Odnaleziona klepka w łańcuckiej hali

Diametralnie odmienny przebieg od poprzedniego miał drugi mecz play off I ligi koszykarzy, w którym Sokół pokonał ACK UTH Rosę 84:59, rozstrzeliwując radomian w trzech pierwszych kwartach.

Postawa gospodarzy różniła się jak pełna uciążliwych obowiązków sobota (sprzątanie, zakupy, te rzeczy) od świątecznej niedzieli. Tak jak wczoraj rzut im nie „siedział”, tak teraz przez pół godziny trafiali raz za razem. – Czy znam tajemnicę, dlaczego czasem „nie wpada”? Nie odkryłem jej – podchwytuje żart świetnie dysponowany dzisiaj Szymon Rduch. – Różnicą była przede wszystkim decyzyjność i oddawanie rzutów w pierwsze tempo akcji.
– To w dużej mierze kwestia psychologiczna; zaczynasz trafiać, zyskujesz pewność siebie i twoje wybory są coraz lepsze – dodaje Karol Szpyrka, który w obu spotkaniach wspierał łańcucian na ławce rezerwowych. Podpowiadał, zdarzało mu się nawet podczas przerwy na żądanie kulą pokazywać coś koledze na boisku. Został mu jeden rok studiów na wrocławskiej AWF, wcześniej w trakcie sezonu czasami pomagał Dariuszowi Kaszowskiemu w sprawach trenerskich. „Szpyra” jest po operacji biodra, niedługo wybiera się na konsultację do Poznania, gdzie przechodził zabieg. – Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł odstawić kule i rehabilitacja będzie przebiegać zgodnie z założeniami – mówi.

Sformułowanie „trafiać ze swojej klepki” rozpropagował w latach 90. XX w. Włodzimierz Szaranowicz, komentujący wtedy w TVP mecze NBA. Z humorem podchodził do kpin widzów, pytających go w listach: „Co to znaczy, że Michael Jordan rzuca ze swojej klepki? Czyżby był stolarzem?”. Tłumaczył, że chodzi o pozycję, w które zawodnik najlepiej się czuje. Dla Sokołów były to dzisiaj okolice miejsca, gdzie linia „trzypunktowa” z łuku staje się równoległa do bocznej, na lewym skrzydle połowy, na którą zawsze najpierw atakują. Rduch, Tomasz Fortuna i Bartosz Czerwonka kłuli stamtąd bezlitośnie, obnażając miękkie podbrzusze strefowej obrony gości.
„Czerwony” na dodatek był ambitny w poszukiwaniach i odnalazł to samo miejsce za osiami symetrii: na prawej flance wspomnianej połowy i, po przerwie, na lewej flance przeciwnej połowy (skopiował to Marcin Pławucki). Poza tym Rduch, Dawid Bręk, Maciej Klima – pełna statystyka zdobyczy znajduje się pod tekstem – mierzyli naprzeciwko kosza bądź z prawego półskrzydła. Tak pompowany wynik rósł na ogół równomiernie – 5:0, 5:5, 12:7, 12:9, 25:9 (koniec pierwszej kwarty), 30:11, 33:13, 40:15, 42:21 (koniec II kwarty), 52:21, 55:23, 64:28, 69:30 i 71:32 (najwyższe prowadzenie w III kwarcie).
Miejscowi musieli być bardzo rozdrażnieni sobotnią przeprawą, bo niezależnie od rozmiarów różnicy, miejscowi nie folgowali, „dusili” przeciwników w defensywie, wskakiwali im na plecy pod koszem. – Byliśmy mądrzejsi o poprzedni dzień; wtedy przecież także miewaliśmy niezłą przewagę, a potem ledwo uratowaliśmy dogrywkę – tłumaczy Rduch.

Przyjezdni w pewnym momencie przeszli na krycie „każdy swego”, ale to była woda na młyn Rafała Kulikowskiego, który strząsał ich z barków w „trumnie” i zaliczał „trójki” na swoją modłę, czyli akcje 2+1. W jednej sytuacji Bręk minął dryblingiem kilku radomian, a kiedy dwaj z nich zaczęli go „prasować”, podał kozłem za plecy do Jacka Balawendra, który mógł wskoczyć w puste miejsce z prawej strony tablicy.
W czwartej kwarcie sporo minut otrzymali dublerzy, a Przemysław Wrona został najlepszym zbierającym spotkania. Ku satysfakcji gromady kibiców, którzy przyjechali dopingować go z rodzinnej Słotwiny, żywiecczyzny. – 28 osób, to wszystko moi krewni – uśmiecha się Przemek. – Byli już na meczach w Gliwicach, Tychach.
W ostatniej fazie nieźle zaprezentowali się również rezerwowi Rosy, choćby Mikołaj Stopierzyński, czy Maciej Michalski, lecz najlepszy okres drużyna zanotowała zaraz na starcie konfrontacji. Grę starał się zdominować wówczas Jakub Schenk, który kilka razy z powodzeniem spenetrował zonę gospodarzy. Wreszcie jednak dostał „czapę” od Kulikowskiego, złapał drugiego faula i musiał odpocząć na ławce.
– Mieliśmy fatalną skuteczność; z tak doświadczoną drużyną jak Sokół nie da się w ten sposób nic zrobić. Wydaje mi się, że to tkwiło w głowach. Postaramy się pozbierać i postawić znowu w najbliższą sobotę – komentuje szkoleniowiec Rosy, Karol Gutkowski. On z kolei budzi podziw swoją osobistą walką, heroizmem. Jest po ciężkiej chorobie i amputacji prawej nogi. Szybko się pozbierał i wrócił na ławkę jeszcze pod koniec rundy zasadniczej. W czasie przerw podjeżdża do podopiecznych na biurowym krzesełku, poza tym porusza się o kulach. Imponuje spokojem, opanowaniem. – Podchodzę normalnie do swoich obowiązków. Ale oczywiście koszykówka jest odskocznią od wszystkich problemów – zwierza się.

W ćwierćfinale play off jest 2-0, rywalizacja toczy się do trzech zwycięstw, ale teraz przenosi się do Radomia, gdzie zawsze szło łańcucianom jak po grudzie. Kaszowski i występujący w Rosie „od zawsze” Piotr Kardaś nie za bardzo mogą sobie przypomnieć, żeby Sokół kiedykolwiek tam wygrał. Stawiają wreszcie hipotezę, że mogło się tak zdarzyć w sezonie 2010/11 i faktycznie po sprawdzeniu okazuje się, że 23 października 2010 r. padł wynik 62:74 na korzyść ekipy z Podkarpacia. Lista jej tamtejszych niepowodzeń jest jednak dużo dłuższa, a dwa przeszły do anegdoty. Gdy obie drużyny walczyły wiosną 2004 roku o awans na zaplecze ekstraklasy Sokół triumfował dwukrotnie u siebie i działacze doszli do wniosku, że nie trzeba nawet bukować noclegu w Radomiu, bo na pewno poradzi sobie po raz trzeci. Tymczasem w sobotę wygrała ówczesna Rosasport i trzeba było szukać lokum, a po niedzielnej porażce – potykać się jeszcze w środę we własnej hali, co już przyniosło sukces.
– Rezerwujecie hotel? Bo jakby co, mogę wam wynająć moje dwa pokoje – dowcipkuje Kardaś.
– Będziemy się starać, żeby ci nie robić kłopotu – odgryza się szkoleniowiec Sokoła. W kwietniu Kaszowscy mają bardzo udaną passę. Najpierw 14-letni syn, Mateusz, w barwach województwa dolnośląskiego (uczy się basketu w WKK Wrocław) zdobył złoty medal ogólnopolskiej olimpiady młodzieży, a indywidualnie otrzymał nagrodę MVP turnieju finałowego. Potem tatę wybrano w głosowaniu zorganizowanym przez PZKosz najlepszym trenerem I ligi w sezonie zasadniczym. Teraz dwa zwycięstwa z Rosą. Tylko ten wyjazd do Radomia…
– Nie ma co sięgać daleko do historii, możemy się odnosić tylko do styczniowej porażki tam. Wtedy jednak byliśmy w innej dyspozycji po przerwie świątecznej – przekonuje Szymek Rduch. – Obecnie jestem już spokojny o naszą formę.
PAWEŁ FLESZAR

Relację z pierwszego meczu można znaleźć TUTAJ, a galerie z obu spotkań TUTAJ i TUTAJ.

SOKÓŁ Łańcut – ACK UTH ROSA II Radom 84:59 (25:9, 17:12, 29:15, 13:23)
Sędziowali: Marek Borowy, Mirosław Wysocki, Robert Rydz. Widzów: 400.
SOKÓŁ: Kulikowski 18 (8 zb., 2 prz.), Rduch 16 (4×3), Klima 11 (1×3, 7 zb., 2 prz.), Fortuna 9 (3×3), Bręk 3 (1×3, 7 as., 4 zb.) oraz Czerwonka 12 (4×3), Pisarczyk 6 (5 zb.), Balawender 4, Pławucki 3 (1×3), Wrona 2 (10 zb.), Buszta, Jeger. Trener: Dariusz Kaszowski.
ROSA: Schenk 10 (1×3, 2 prz.), Bonarek 8 (7 zb.), Zegzuła 6 (7 zb.), Cetnar 5 (4 zb.), Jeszke 4 oraz Stopierzyński 11 (5 zb., 2 prz.), Sobuta 7, Kapturski 4 (4 zb.), Michalski 4, Kardaś, Czajkowski. Trener: Karol Gutkowski.

Komentowanie zablokowane.