Odzyskane 2 minuty Andrzeja Klee

Po raz pierwszy w historii koszykarze Sokoła Łańcut awansowali do finału I ligi, w piątym meczu pasjonującego play off pokonując Miasto Szkła Krosno, 86:78.

Gdyby kiedyś powstała książka o niezbyt długiej, ale brzemiennej w wydarzenia i smaczki, derbowej rywalizacji ośrodków basketu z Łańcuta i Krosna, a autor miał ambicję odejść w kompozycji od chronologii – opis ostatnich 13 dni idealnie nadaje się na pierwszy, wciągający czytelnika rozdział. Niespodziewane dwa wyjazdowe zwycięstwa Miasta Szkła („Zdemolowali nas wtedy” – mówi Maciej Klima, kapitan Sokoła) i nie mniej zaskakujący „powrót z dalekiej podróży” przeciwników na obcym parkiecie („Pokazali wielki charakter” – uważa trener krośnian, Michał Baran). I rozstrzygająca konfrontacja w Łańcucie, będąca kwintesencją dotychczasowych.
Zaczął ją Marcin Salamonik, wyrównał Dawid Bręk, po chwili role się odwróciły, bo to gospodarze mieli inicjatywę – 10:4, 13:9, 20:16 – a goście co rusz doskakiwali – 10:9, 13:12, 22:20. Łomotanina trwała na drugim piętrze (tablice), na pierwszym (zapasy na stojąco) i w parterze (pogonie za piłką na czworakach). Symptomatyczne były boje Dariusza Oczkowicza, który przyklejał się do łańcuckich strzelców, uniemożliwiając im oddanie rzutu (zwłaszcza w pierwszej kwarcie), ale i sam był podobnie masowany w obronie (przede wszystkim w drugiej połowie).

Losy zaczęły się przechylać w drugiej odsłonie. Uwydatniła się, widoczna już wcześniej, przewaga miejscowych na deskach. Rafał Kulikowski zaliczył cztery zbiórki ofensywne, a jego drużyna w sumie siedem, dzięki czemu do przerwy zdobyła 12 punktów w ponowieniach (przy jednym przyjezdnych). Świetnie na zmianach pokazywali się Przemysław Wrona (pięć piłek wyłapanych na wysokości własnej obręczy, jedna zablokowana i jedna wyrwana na leżąco), ruchliwy jak kulka rtęci Marcin Pławucki, czy twardzi Tomasz Pisarczyk i Bartosz Czerwonka. – Każdy, kto wszedł z ławki, dał dzisiaj coś wartościowego – podkreśla szkoleniowiec Sokoła, Dariusz Kaszowski, z czym komponują się słowa Bręka: – Nie szukajmy bohaterów, bo wygraliśmy dlatego, że byliśmy zespołem. Trzymaliśmy się razem w każdym momencie, nawet po dwóch pierwszych porażkach.
Trzy „trójki”: jego, Tomasza Fortuny i Szymona Rducha, z naddatkiem zbilansowały jedną w wykonaniu rozgrywającego gości, Michała Barana i przez całą przerwę na tablicy świeciło się 41:28.

Drugą połowę krośnianie zaczęli strefą, na co „Breniu” odpowiedział dwukrotnie zza łuku, a jego stary kompan Rduch trafił wycofując się w to miejsce na koźle. Licytował się z nimi Baran (dwa celne rzuty za trzy), ale miejscowi mieli dodatni bilans w próbach innego rodzaju, ponadto przebudził się ich kapitan. Klima zaczął spotkanie od trzech pudeł z dystansu („Gdy mnie w niedzielę zablokowało, to i dzisiaj długo nie mogłem się przełamać„), ale kiedy przymierzył z obwodu dokładniej, korygował zapis na 63:41 i 70:49 – na wstępie czwartej kwarty. W pierwszej z opisywanych akcji Fortuna popisał się widowiskowym przechwytem, wylatując za linię i odrzucając w powietrzu piłkę, a zaraz po drugiej z nich – Tomek „zaczapował” swego dawnego partnera Barana.
Po dwóch osobistych Kulikowskiego, na osiem minut przed końcem, było 72:51, ale każdemu, komu na myśl przyszłoby wtedy sformułowanie „bezpieczna przewaga”, stawały przed oczami mecze tych ekip z rundy zasadniczej. W każdym krośnianie odrabiali straty, w pierwszym, jesienią ubiegłego roku – większe niż teraz.

I znowu podążyli tą drogą. Nie notowali już deficytu w zbiórkach, Salamonik punktował raz za razem, a potem Damian Pieloch zaznaczył „trójkami” rezultaty 73:60, 77:67 i 82:76 (na 55 sekund przed ostatnią syreną). Na dodatek łańcucianie ulegali presji nie tylko przeciwnika, ale i nerwów – jedną piłkę zgubili jeszcze na własnej połowie, inną na tamtej, przydarzyły się im kroki i faul w ataku, a z sześciu wolnych udanie wyegzekwowali dwa. Przyjezdni nie wykorzystali jednak wszystkich stworzonych w ten sposób szans.
Wreszcie, na 47.8 sekundy przed finałem, przy stanie 83:76, naciskany Pieloch spudłował z daleka z odchylenia. Sokół długo przetrzymał piłkę, dalej Pisarczyk zebrał ją w ataku po osobistych zmarnowanych przez kolegę. Na 29.9 s było 84:76, jednak łańcucianie nie pozwolili rywalom na próbę z dystansu, a tylko na dwa wolne Adama Parzycha. Przy 84:78 uwolnili się od krycia na całym placu i Fortuna wjazdem na pusty kosz rozwiał wątpliwości.
– Psychologia to jakieś 70% sukcesu w sporcie, a od pewnego momentu w półfinałach przeciwnicy byli w tej sferze lepsi, bardziej zdeterminowani – podsumował całość trener Miasta Szkła.

Żywiołowy doping łańcuckiego „młyna” w decydującym okresie stawał się ekstatyczny. Po ostatnim gwizdku tamtejsi kibice znaleźli się na boisku najkrótszą trasą – po sforsowaniu metalowej barierki zeskakując z położonej na galerii trybuny. Podczas długiej fety najbardziej poruszający widok stanowiła wieloosobowa, skacząca, wirująca i śpiewająca elipsa trzymających się za ramiona fanów, zawodników, ich bliskich, sympatii.
– Super jest ta radość, ale mam nadzieję, że będziemy się jeszcze cieszyć po finale – uśmiecha się przekornie Dawid Bręk. Dla niego udział w nim będzie swoistym zadośćuczynieniem od losu, wszak triumf swojego Polfarmeksu Kutno w ubiegłosezonowej rozgrywce obserwował z boku, po operacji zszycia zerwanego ścięgna achillesa.

Większe koło zatoczyły dzieje Sokoła, który pierwszy raz znalazł się w najlepszej dwójce I ligi, ale bardzo blisko niej był już w pierwszym swoim sezonie na tym poziomie. Dziesięć lat temu walczył w równie emocjonującym półfinale z Polpakiem Świecie. Piąta konfrontacja odbywała się na Pojezierzu Pomorskim, finaliści mieli wtedy również zapewniony awans do najwyższej ligi. Łańcucianie długo prowadzili, w pewnym momencie dziennikarz Radia Rzeszów, członek mistrzowskiego składu Resovii z lat 70., Andrzej Klee krzyknął w eter: „Sokół jest dwie minuty od ekstraklasy!”.
Tamten finisz należał jednak do Polpaku. Teraz nikt nie odbierze już finału podopiecznym Dariusza Kaszowskiego, ale też mają malutko czasu na świętowanie i odpoczynek. – W czwartek odnowa i dzień wolny, w piątek rano trening, po którym wyjeżdżamy do Ostrowa Wielkopolskiego – wyjaśnia. Tam czekają ich dwa spotkania ze Stalą, w sobotę i niedzielę, potem seria przenosi się na Podkarpacie.
– Życzę wam zwycięstwa w finale, jesteście w nim faworytem – żegnał się Michał Baran, którego team zmierzy się w dwumeczu o trzecią lokatę z Legią Warszawa.
PAWEŁ FLESZAR

Galerie z meczu można zobaczyć TUTAJ i TUTAJ, a filmik z fragmentem zwycięskiej fety – TUTAJ.

SOKÓŁ Łańcut – MIASTO SZKŁA Krosno 86:78 (20:16, 21:12, 24:21, 21:29)
Sędziowali: Adam Krasuski, Andrzej Walczak i Marcin Wasilewski. Widzów: 1000.
SOKÓŁ: Bręk 19 (3×3, 5 zb., 5 as., 3 prz.), Kulikowski 14 (7 zb.), Fortuna 12 (2×3, 6 zb.), Rduch 11 (3×3), Klima 8 (2×3, 5 zb.) oraz Pławucki 10 (2×3, 4 as.), Pisarczyk 9 (1×3, 8 zb., 5 as.), Wrona 3 (5 zb.), Czerwonka (2 prz.). Trener: Dariusz Kaszowski.
MIASTO SZKŁA: Pieloch 17 (4×3, 8 zb.), Baran 15 (3×3, 9 as.), Salamonik 14 (1×3, 4 zb.), Dłuski 12 (4 zb., 2 prz.), Oczkowicz 7 (7 as.) oraz Wyka 9 (1×3, 4 zb., 2 prz.), Parzych 4, Misiewicz, Małgorzaciak. Trener: Michał Baran.

Komentowanie zablokowane.