Ogień prosto z pieca

Obecny szkoleniowiec Śląska, Orest Lenczyk, gdy prowadził Wisłę 11 lat temu, podczas jednej z typowych dla siebie, nietypowych odpraw zaczął rysować na tablicy piec. Według objaśnień, piec był stary, częściowo przepalony, częściowo pordzewiały. – Należy się zastanowić, czy coś takiego da się jeszcze naprawić, czy lepiej jednak wyrzucić go, bo bardziej opłaca się kupić nowy – analizował z poważną miną Lenczyk.
– Byłem wtedy jednym z najstarszych zawodników, od pewnego czasu dolegało mi kolano – opowiadał kiedyś z uśmiechem Kazimierz Moskal. – Uznałem, że to aluzja do mnie. Spytałem o to trenera, a on się obruszył, że nigdy by mnie tak nie obraził…

Dzisiaj stanęli przeciwko sobie. Lenczyk, który wygląda jakby czas się go nie imał, nawet kiedy nie nosi bluzy z kapturem i nie robi fikołków na murawie. I Moskal, który po tamtej odprawie grał jeszcze pięć lat, a odkąd zawiesił buty na kołku – swoją uczciwość, prostolinijność i skłonność do poświęceń przeniósł do zawodu trenera. Stał się wypróbowanym pomocnikiem szkoleniowców (zwłaszcza zagranicznych) pracujących w Wiśle oraz strażakiem, gaszącym pożary po ich zwolnieniu. Po raz trzeci (licząc pamiętny z epizod w „meczu stulecia”, wygranym z Sevillą)  musi prowadzić zespół, którego wcześniej nie kompletował i nie przygotowywał. Tym razem jednak, inaczej niż w kiepskim okresie wiosną 2007, zaliczył zwycięstwo wręcz potrójne. Jego drużyna pokonała 1:0 liderującego Śląska na jego stadionie, co może sprawić, że Moskal zachowa stanowisko po zakończeniu sezonu. Dzięki temu Wisła ma też do wrocławian siedem punktów straty, zamiast powszechnie do dzisiaj sugerowanych trzynastu, dzięki czemu zachowuje szanse na obronę mistrzostwa. I wreszcie – powszechnie lubiany Kazek okazał się lepszy od nestora polskich trenerów w konfrontacji w pewnej mierze rozgrywającej się w sferze taktyki.

Goście zagęścili środek pola; przed Cezarym Wilkiem operowało trzech zawodników, nie było za to tradycyjnej dwójki skrzydłowych. Miejscowi mieli mniejszą swobodę ruchów, a wiślacy właśnie z tej strefy wypuszczali żądła, najczęściej w postaci wjazdów w pole karne Gervasio Nuneza. Właśnie po jednej z takich akcji Argentyńczyk nabrał Waldemara Sobotę na faul, za co krakowianie zostali nagrodzeni rzutem karnym. Wykorzystał go człowiek, dla którego metafora z piecem jest tyleż smutna co prawdziwa. Nie tylko pewny plasowany strzał po uprzednim posłaniu w przeciwny róg Mariana Kelemena i nie tylko dzisiejszy, niezły występ dają nadzieję, że stawy Rafała Boguskiego, przez kilkanaście miesięcy będące w opłakanym stanie, pozwolą mu na powrót do dawnej, wysokiej formy.

Kolejnym – i chyba najbardziej zasłużonym – ojcem zwycięstwa był najstarszy na boisku Siergiej Pareiko. Po uzyskaniu prowadzenia, aktywni dotąd krakowianie niepotrzebnie i zbyt głęboko się cofnęli. Gospodarze stworzyli kilka świetnych okazji, ale estoński golkiper w niewiarygodny wprost sposób bronił uderzenia z 5 metrów Soboty (głową po koźle) i Cristiana Diaza (przewrotką). Pewnie zachowywał się we wszystkich innych sytuacjach (Śląsk zanotował aż 8 strzałów celnych i wiele wrzutek w pole karne), a w jednej miał duże szczęście: kiedy Diaz, także z linii pola bramkowego, posłał piłkę nad poprzeczką.

Spotkanie rozgrywane na nowym Stadionie Miejskim we Wrocławiu przy czterdziestotysięcznej publiczności, było – jak na polskie realia – tej oprawy godne. W pierwszej połowie zadbali o to przyjezdni, atakując z werwą i inwencją. Stałym zagrożeniem byli wspomniany Nunez, Tomas Jirsak i Ivica Iliev, jednak brakowało im bądź precyzji, bądź sposobu na oszukanie Kelemena.
Wyśmienite możliwości do zdobycia goli, porównywalne z „wrocławskimi” z drugiej połowy, mieli za to Cwetan Genkow (dwukrotnie) i Wilk. Bułgarski napastnik był jednak tak zaskoczony tym, że Kelemen na linii pola karnego strącił mu futbolówkę pod nogi, że odbił ja przed siebie, tymczasem pusta bramka była kilka metrów w lewo. Za drugim razem jego uderzenie z 7 metrów zablokował Mariusz Pawelec, natomiast główkującemu z podobnej odległości, centralnie na wprost bramki, Wilkowi poślizgnęła się noga i posłał piłkę w górę, a nie przed siebie.

Po długiej pauzie spowodowanej kontuzją wrócił Patryk Małecki i podpisał listę obecności dwiema dynamicznymi akcjami, w tym jedną zakończoną ostrym strzałem, z trudem obronionym przez Kelemena. To kolejna przesłanka nadziei dla kibiców Wisły, że przed nadejściem zimy czeka ich jeszcze kilka słonecznych dni.
PAWEŁ FLESZAR

ŚLĄSK Wrocław – WISŁA Kraków 0:1 (0:0)
Bramka: Rafał Boguski 50 k. Sędziował: Marcin Borski (Warszawa). Żółte kartki: Sobota, Mila – Wilk, Jirsák, Núnez, Lamey. Widzów: 40.000.
ŚLĄSK: Kelemen – Celeban, Fojut, Pietrasiak, Pawelec – Kaźmierczak, Dudek – Sobota (88. Socha),  Mila (78. Voskamp), Ćwielong (46. Madej) – Díaz. Trener: Orest Lenczyk.
WISŁA: Pareiko – Lamey, Czekaj (73. Chávez), Díaz, Paljić – Wilk – Boguski (76. Małecki), Núnez, Jirsák (68. Garguła) – Iliev, Genkow. Trener: Kazimierz Moskal.

Pozostałe wyniki i tabelę można znaleźć TUTAJ

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*