Oleńka, co nie chciała być kilerem

O koniunkturach w produkcji chusteczek higienicznych. Sposobach na oczyszczenie głowy, definicjach słowa próżność, makijażu telewizyjnym i bójce o dwa złote. O sprawach zabawnych, poważnych i ostatecznych. O tym wszystkim opowiedziała Aleksandra Jagieło, zanim poszła smażyć naleśniki, na które zaprosiła do domu grupę znajomych.**

– Zacznijmy od początku… Naszej pierwszej rozmowy wiosną 2001 roku. Akurat przegrałyście mecz decydujący o brązowym medalu, polało się sporo łez. A pani siedziała spokojnie na trybunie bielskiej hali i przez godzinę uprzejmie i cierpliwie odpowiadała na wszystkie, nawet niezbyt mądre, pytania.
– Tak dobrze pan to pamięta?!
– Tak, bo przy każdym późniejszym wywiadzie wyglądało to tak samo, a z tego co wiem, nie byłem traktowany w szczególnie uprzywilejowany sposób. Na zachodzie nazywają to profesjonalizmem. U nas takiego podejścia sportowców do mediów brakuje. Zresztą wtedy, w wieku 20 lat, nawet nie mogła się pani tego wcześniej nauczyć.
– Wydaje mi się, że to wynikało i wynika z mojego charakteru. No i tak byłam nauczona już w domu – żeby szanować innych ludzi. Poza tym, zawsze zdawałam sobie sprawę, że gdy jest się wyczynowym sportowcem, trzeba się liczyć z koniecznością odpowiadania na pytania; nie tylko w momentach, kiedy się wygrywa i jest się zadowolonym. Trzeba się czasami tłumaczyć… A mąż mówi o mnie, że „zawsze się daję wrobić” (śmiech).
– Pytałem wtedy, czy pani nie czuje, że ucieka jej coś, co mają rówieśnicy. Odpowiedziała pani, wskazując na boisko: „Ja tutaj mam swoje rozrywki i radości. A co to za przyjemność, cieszyć się z tego, że jest się na dyskotece?!”. Dzisiaj patrzy pani na to tak samo?
– To też nie tak, że w ogóle do dyskotek, na imprezy, nie chodziłam. Nie byłam stałą bywalczynią, ale czasami potrzebowałam tego, jak chyba każdy. Pójść gdzieś, zabawić się, potańczyć – to była dla mnie niezła rozrywka. To byłoby chyba trochę nienormalne, gdyby młoda dziewczyna tego nie robiła, bo jednak można się w ten sposób zrelaksować – to „oczyszcza głowę”.
– A jak teraz ją pani oczyszcza?
– Ciągle to lubię. Są jednak problemy. Nigdy nie wiadomo „kiedy”, bo tu mecz, tam inny wyjazd. Poza tym, gdy mieszka się w małej miejscowości, to czasem nie ma gdzie pójść. No i niekiedy ludzie różnie patrzą… Teraz jednak już wolimy się spotkać z koleżankami w domu którejś z nas, posiedzieć, pośmiać się, pogadać. Nigdy nie uważałam, że w trakcie kariery coś mi uciekło. Choć żałowałam, gdy przepadały urodziny kogoś bliskiego, jakieś spotkania rodzinne.
– A dzisiaj nie czuje pani, że czegoś brakuje? Na przykład macierzyństwa?
– Nie żałuję tego, bo to w jakiś sposób mój wybór. Ale to naprawdę trudna decyzja. Myślisz: „Może teraz?”. A tu znowu powołanie do kadry. „No to jeszcze nie”. Ale wydaje mi się, że już powoli do niej dojrzewam. Zresztą, obecnie kobiety często później poświęcają się macierzyństwu. Zanim urodzi się dziecko, myśli się o tym, by zapewnić mu przyzwoite warunki, do czego potrzebne są środki finansowe. Poza tym, wcześniej nie planowałam dziecka, bo nie miałam męża…
– Mąż przy takich okazjach się przydaje…
– Właśnie (śmiech). Dla mnie jedno z drugim się wiąże. Mąż pojawił się dwa lata temu i teraz plany też są bardziej konkretne.
– W młodości mieszkała pani w zamkniętych enklawach, zakonach wręcz. Choćby w Szkole Mistrzostwa Sportowego. Nie brakowało pani takiego zwykłego kontaktu z rówieśnikami, poznawania ich, życia ich życiem, prozaicznymi, codziennymi sprawami?
– To prawda, miałam zawsze do czynienia z ludźmi związanymi z siatkówką. Ale już w Bielsku było inaczej niż w SMS. Studiowałam, miałam kolegów i koleżanki z uczelni. Później też poznawałam ludzi spoza siatkówki. Choćby z Fundacji Agaty Mróz i Fundacji Herosi. Mieć za dużo znajomych też nie jest dobrze, bo nie wiadomo, jak ich później „obskoczyć”, żeby nikt nie czuł się urażony i zapomniany (śmiech).
– Utrzymuje pani przyjaźnie sprzed lat?
– Mam dwie koleżanki jeszcze z Tychów, ze szkoły podstawowej. Może nie widujemy się zbyt często, ale utrzymujemy kontakt telefoniczny. Przez „nk” poznajdowało się trochę osób, było kilka spotkań klasowych, ale ja oczywiście nie mogłam na nie przyjść, ze względu na mecze.
– Kilka przyjaciółek „od serca” zyskała pani dzięki siatkówce. Joanna Staniucha-Szczurek, Izabela Bełcik, Sylwia Pycia. Siedzicie, przywołujecie przeszłość: „A pamiętasz, jak kiedyś…”.
– Nie wiadomo byłoby, od czego zacząć. Z Aśką Staniuchą to mamy tyle wspomnień, że… oj, masakra! (śmiech) Kiedyś prawie doszło do bójki między nami. O dwa złote.
– Miałyście po pięć lat?
– Po dwadzieścia! W Bielsku robiłyśmy zakupy w sklepie spożywczym. Dzieliłyśmy się kosztami i zaczęła się kłótnia, kto komu ma oddać dwa złote. Wyszłyśmy ze sklepu, kłóciłyśmy się dalej na parkingu. Ona wreszcie mówi: „To dobra, niech ci będzie, oddam ci te dwa złote!”. Ja na to: „Już nie chcę, zabierz je sobie!”. Wciskała mi monetę do portfela, portfel upadł, wszystko się wysypało. Zaczęła mi pomagać zbierać, ja do niej: „Zostaw! To mój portfel! Daj mi spokój!” (śmiech)
– Aż boję się pytać o inne wspomnienia.
– Z Aśką zawsze się przyjaźniłyśmy, ale miałyśmy taki okres w Bielsku, kiedy sporo się kłóciłyśmy, przestałyśmy razem mieszkać, nasze drogi na chwilę się rozeszły. W „Szkole” też było sporo przygód, wtedy była jeszcze Kasia Wieliczko.
– Znana ze swego temperamentu.
– Tak. Kiedyś, po przegranym sparingu, w pokoju zaczęłyśmy śpiewać „I just call to say: I love you”, Stevie Wondera. Kasia tańczyła na stole, udawała że robi striptease, ja w czarnych okularach, Aśka jako mikrofonu używała tubki kleju biurowego. I nagle wpadła trenerka Leszczyńska, krzycząc, co my wyprawiamy, bo na dole cały sekretariat się trzęsie. A my, przerażone, zastygłyśmy w pół ruchu, z otwartymi ustami. Sporo było takich sytuacji.
– Może w ten sposób od kosztów przejdziemy do korzyści płynących z bycia siatkarką?
– To fajny sposób na życie, bardzo go lubię. Mam dzięki temu wiele rzeczy, których normalnie bym nie miała.
– Jakich?
– Sam fakt, że uprawiam sport – to już jest przyjemność. Nigdy nie miałam czasu na myślenie o głupotach, choćby piciu, czy innych używkach.
– Nie za bardzo chce mi się wierzyć, by panią to pociągało.
– Może i nie, ale nigdy nie wiadomo. Dzięki siatkówce w ogóle nie było takiego niebezpieczeństwa. Poza tym, bardzo dużo zwiedziłam, poznałam świetnych z ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakty. No i kwestie materialne, one też są ważne. Dzięki grze w siatkówkę mogę pozwolić sobie na więcej, niż gdybym miała inny zawód.
– A sukcesy wymieni pani dopiero na czwartym-piątym miejscu?!
– No nie, oczywiście, one grają istotną rolę. Pewnie jako druga rzecz, po tych znajomościach i przyjaźniach. Gdy byłam młodsza, to one były najważniejsze. Każdy medal, każde zwycięstwo przyjmowałam inaczej. Może dlatego, że wtedy się nie zarabiało – sukcesy to było wszystko, co otrzymywałyśmy w zamian za wysiłek.
– Zawsze trudnym tematem były studia, nauka. Za pierwszym razem czułem się, jakbym wjechał na minę. „Zdałam maturę, zaliczyłam pierwszy rok, to chyba jakoś sobie radzę!!!”
– Zdenerwowałam się? (śmiech)
– Jak na panią, to bardzo. Przypuszczałem nawet, że pani studiuje nie po to, żeby zdobyć wiedzę, dyplom, ale przede wszystkim – by udowodnić, że nie jest pani gorsza od rówieśników, którzy nie mają takich obciążeń.
– Na początku studiów miałam wyjątkowo ciężki okres. Trudne mecze, gdy z BKS walczyłyśmy o medale. Do tego niektóre przedmioty, z czego matematyka i ekonomia śniły mi się po nocach. I jeszcze egzamin na prawo jazdy, dwa razy oblany. Nie byłam w stanie spokojnie do tego wszystkiego podchodzić i o tym mówić. Gdy już to sobie poukładałam, to znacznie mi się poprawiło samopoczucie.
– Zrobiła pani licencjat na kierunku „Marketing i zarządzanie w administracji”.
– Potem wyjechałam do Włoch. Postanowiłam, że nie będę tego „kaleczyć”, robić po łebkach, dojeżdżać. Gdy skończę karierę, zrobię studia magisterskie.
– Gdzie?
– Wrócę w rodzinne strony.
– Do Tychów?
– Nie, w okolicach Szczyrku mamy dom. W Buczkowicach, w bardzo ładnym miejscu, niedaleko domu Aśki Szczurek. Jesteśmy na siebie „skazane”, już na zawsze…
– W galerii na „naszej-klasie” ma pani zdjęcie z podpisem: „Całe życie z piłką. Fajne życie”. Będzie całe?
– Chodziło mi o dotychczasowe. A co dalej? Do tej pory się zapierałam, że nie chciałabym być trenerem. A teraz zmieniło się tyle, że… się nie zapieram. Ale też nie myślę o tym poważnie. Nie mam specjalnego pomysłu na przyszłość. Najbardziej marzy mi się odpoczynek. No i – nie ukrywam – dziecko.
– Trudno mi uwierzyć, że nie ma pani żadnych marzeń, planów, celów. Nie wysyłam pani na emeryturę, ale też wątpię, żeby po zakończeniu kariery – niezależnie, kiedy ono nastąpi – siedziała pani w domu i odpoczywała.
– Było parę sytuacji w moim życiu, które potwierdziły, że to jest tak, jak w tym porzekadle: „Człowiek planuje, a Pan Bóg krzyżuje”. Dlatego wolę się cieszyć tym, co mam w danym momencie. Mogę trochę myśleć o przyszłości, ale bez przesady – i tak nie wiadomo, co nas czeka za dzień-dwa.
– Nauczyło tego panią życie Agaty Mróz?
– Miedzy innymi – tak.
– Kiedyś wydawało mi się na wskroś optymistyczną historią, filmową wręcz. Taką uniwersalną przypowieścią o sensie trwania i nadziei. Ale teraz nastraja przeciwnie. Pokazuje, że życie jest odległe od filmów; szczęśliwe zakończenia rzadko się w nim zdarzają.
– Nie. Zawsze trzeba mieć nadzieję. I Agata to właśnie pokazała – że warto wierzyć. Wiem, jak bardzo jej zależało na urodzeniu dziecka. Mimo że pewną walkę przegrała, to wcześniej była bardzo szczęśliwa. Odchodziła spełniona.
– A pani własne decyzje? Można zaryzykować tezę, że dwie ostatnie zmiany klubów to z miłości? I to nie do siatkówki.
– Do facetów? Nie, raczej nie! Wyjazd do Włoch był zawsze moim marzeniem i cieszyłam się, że w końcu może się ono spełnić. Natomiast powrót był spowodowany tęsknotą za Polską i za najbliższymi – szczególnie za siostrą – których bardzo rzadko mogłam spotykać. Poza tym, razem z Waldkiem, który był we Włoszech ze mną, mieliśmy wspólne plany i chcieliśmy je już realizować we kraju. Obydwoje pochodzimy z Tychów, znamy się bardzo długo, tyle że późno wpadliśmy sobie w oko…
Do tego pojawiły się propozycje z Muszyny i Bielska, pokazujące, że jeszcze nie wypadłam tutaj z obiegu i dodające pewności siebie. Pozostało – wracać.
– To właśnie najbardziej dziwi u pani – tyle zdecydowania i waleczności na boisku, przy nieustannej potrzebie akceptacji.
– Nawet mam czasami żal o to sama do siebie, bo ciągle są chwile, kiedy brakuje mi pewności siebie, kiedy podłamują mnie niepowodzenia. Chciałabym umieć wyjść w każdym momencie z nastawieniem: „Jestem świetna, najlepsza – zaraz wam pokażę!”. A tu nic z tego. (śmiech)
– Dawniej to był główny zarzut wobec pani. Trener Niemczyk mówił: „Oleńka mogłaby być super zawodniczką, ale trzeba zrobić z niej kilera, co jest trudne”.
– No cóż, taka jestem, już się nie zmienię. Nie zmienię charakteru po to, żeby komuś sprawić przyjemność. Nie będę inna, nawet jeśli miałabym być przez to lepsza.
– Wie pani w ogóle, co to jest próżność?
– Jasne, że wiem, co to jest próżność. Mam wytłumaczyć? (śmiech)
– Nie pytam o słownikową definicję. Proszę wyjaśnić na swoich przykładach. Wątpię, żeby pani sobie poradziła.
– No, czy ja wiem? Gdy mnie chwalą, robi mi się miło…
– Też mi próżność.
– Jakoś tak mam. Ktoś mówi: „Świetnie zagrałaś”, a ja nie potrafię tego przyznać, zwykle odpowiadam: „Mogło być lepiej”.
– To może choć taka czysto kobieca, np. przed lustrem?
– Trochę czasu przed nim spędzam, wiadomo.
– Pięć minut czy godzinę?
– Więcej niż pięć minut i dużo mniej niż godzinę. Do meczu „telewizyjnego” zawsze lepiej się przygotowuję, nakładam mocniejszy makijaż. Co i tak nie ma wielkiego sensu, bo wszystko szybko spływa.
– Może porozmawiamy trochę o siatkówce?
– Czemu nie. (śmiech)
– Nie zawsze była pani pierwszoplanową zawodniczką reprezentacji, ale kiedy pani w niej grała – drużyna na ogół odnosiła sukcesy, a kiedy nie miała pani powołania – nie. Przypadek czy prawidłowość?
– Uzgadniał pan to z moją mamą? (śmiech) Ona ciągle to powtarza.
– Nie rozmawialiśmy nawet. To spostrzeżenie po prostu samo się narzuca.
– Trudno mi cokolwiek mądrego powiedzieć. Tak się jakoś złożyło szczęśliwie.
– Moim zdaniem to nie przypadek, choćby ostatnie mistrzostwa Europy to pokazały. Może spełniała pani rolę spajającą drużynę? Często na dodatek była pani jej kapitanem.
– No, nie wiem… Ciągle mnie pytają, dlaczego prawie zawsze jestem wybierana kapitanem, co takiego robię. A ja nie potrafię nic powiedzieć. Wydaje mi się, że zachowuję się normalnie, naturalnie. W poprzednim sezonie śmiałyśmy się z tego z Martą Solipiwko. Na jednym z treningów była taka sytuacja, że dostała piłkę na drugą linię i przebiła palcami. Ja do niej: „Marta, atakuj to; jak teraz nie zaatakujesz, to na meczu tym bardziej!”. A następnego dnia, w meczu z Asystelem Novara, Asia Mirek wystawiła jej sytuacyjną piłkę z lewego na prawe, przez całe boisko, a Marta huknęła. Żartowała później w szatni: „Myślałam tylko, że muszę przyłożyć, bo potem Ola będzie na mnie krzyczeć”.
– Do dziś trudno mi zrozumieć posunięcie Marco Bonitty, który zrezygnował z pani, a nigdy właściwie nawet pani nie wypróbował.
– Był nawet kiedyś w Muszynie i rozmawiał także ze mną. Gdy jednak ogłoszono, że on zostaje trenerem reprezentacji, ja już wiedziałam, że będę miała latem dłuższe wakacje.
– Dlaczego?!
– Słyszałam o nim trochę we Włoszech. Jakoś przeczuwałam, że nie będę mu pasować do koncepcji. Tym większą satysfakcją było już samo powołanie od trenera Matlaka, a medal mistrzostw Europy… To rzeczywiście był dowód, że do czegoś się przydałam. Przede wszystkim jednak dla mnie.
– Ale igrzyska po drodze uciekły. Londyn 2012 jest teraz największym marzeniem na resztę kariery?
– To faktycznie największy żal, że nie miałam możliwości pojechać na olimpiadę. Trudno mi jednak myśleć o Londynie. To prawie dwa lata, nie wiem, co do tego czasu ze mną będzie.
– A co ma być? Nie jest pani taka stara…
– No dobrze, będzie to dla mnie marzenie. Jeśli jeszcze ono się spełni, to będę szczęśliwa. Ale muszę się liczyć z tym, że jednak się nie uda.
– Na koniec pytanie-zagadka; zobaczymy, czy zorientuje się pani, o co chodzi. Jak się miewa przemysł produkcji chusteczek higienicznych?
– Chodzi o to, że jestem najbardziej zasmarkaną siatkarką w Polsce? (śmiech) Ja i mój katar to jest niekończąca się opowieść. W ostatnim sezonie przez wiele miesięcy nie mogłam się wyleczyć. Gdy dostawałam sms-y po meczach, to poza gratulacjami zawsze było coś o wycieraniu nosa.
– Ciekawe. Ale nie o to mi chodziło. Pani mama w swoim czasie zużywała ich nie mniej.
– A! Tak! Podczas gry, siedząc na trybunie, mięła chusteczki i robiła z nich małe kulki. To było, gdy grałam w SMS i Bielsku. Gdy wyjechałam – nie mogła przychodzić na mecze i przestała ich tyle niszczyć. Choć czasami jeszcze strasznie się denerwuje.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

ŁYK STATYSTYKI*
Aleksandra Jagieło (nazwisko panieńskie: Przybysz). Urodzona: 2 czerwca 1980 roku w Nisku. Wzrost: 180 cm, pozycja na boisku: atakująca z przyjęciem (do 2004 r.), przyjmująca.
Kluby: MOSiR MOSM Tychy (1990-1995), SMS Sosnowiec (1995-99), BKS Stal Bielsko-Biała (1999-2004), Rebecchi River Volley Rivergaro (2004-2007), Muszynianka Fakro (2007-2011).
Sukcesy – seniorskie: dwukrotnie mistrzostwo Europy (2003, 2005), brązowy medal mistrzostw Europy (2009), dziewiąte miejsce mistrzostw świata (2010), pięciokrotnie mistrzostwo Polski (2003, 2004, 2008, 2009, 2011), dwukrotnie Puchar Polski (2004, 2011), wicemistrzostwo Polski (2010), brązowy medal mistrzostw Polski (2000), dwukrotnie czwarte miejsce mistrzostw Polski (2001, 2002); młodzieżowe: brązowy medal mistrzostw Europy kadetek (1997), brązowy medal europejskiej olimpiady młodzieży (1997), piąte miejsce mistrzostw świata juniorek (1999), piąte miejsce mistrzostw Europy juniorek (1998), siódme miejsce mistrzostw świata kadetek (1997), srebrny medal mistrzostw Polski juniorek (1997).
Odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi przez Prezydenta RP w 2005 r. W sezonie 1999/2000 najlepsza zagrywająca i najlepsza siatkarka ligi (przy okazji – najmłodsza laureatka tego plebiscytu). Siatkarka roku 2009 w plebiscycie „Siatkarskie Plusy” organizowanym przez PZPS i firmę Polkomtel.

* Stan na koniec sezonu 2010/11.

** Powyższy wywiad powstał ponad rok temu dla potrzeb tworzonego serwisu sportmalopolski.pl. Serwis nie ruszył, a wywiad się nie ukazał. Później w życiu Aleksandry Jagieło zaszły zmiany, w wyniku których zdezaktualizowała się część poruszanych kwestii. Większość ciągle jednak pozostaje aktualna, a narracja bohaterki – ciekawa i często zabawna.
O tekście, który został z jakichś powodów spóźniony mawia się w żargonie dziennikarskim „przestudzony”. Ten jest z zamrażarki, ale trzymając się tej metafory – mrożone warzywa i owoce zachowują większość wartości odżywczych;)

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*