Olimpijczycy i kowboje

Czterdzieści lat temu szczyt popularności przeżywał styl dziennikarski zwany gonzo – literacki sposób tworzenia reportaży, mieszający prawdę z fikcją. Najsłynniejszym jego przedstawicielem był Hunter S. Thompson, autor „Lęku i odrazy w Las Vegas”, który miał kiedyś stwierdzić: „Nie znalazłem jeszcze narkotyku, który dawałby takiego kopa jak pisanie”…
Henryk Wilk w swojej książce „Olimpijczycy i kowboje” pełnymi garściami czerpie z tradycji gonzo.

Wiecie, o czym myśleli Marvin Hagler i Roberto Duran, okładając się pięściami w jednym z najciekawszych pojedynków lat 80.? Jak Wayne Gretzky przeżywał w samotności pokoju hotelowego utratę skuteczności podczas decydujących meczów play off NHL? Co Kareem Abdul Jabbar powiedział na ucho Mosesowi Malone, gratulując mu zdobytego właśnie mistrzostwa NBA?
Nie przejmujcie się, że nie wiecie, bo możecie o tym przeczytać w „Olimpijczykach i kowbojach”. Henryk Wilk też tego nie wiedział (jak pewnie nikt, poza samymi bohaterami), ale jest mistrzem ubierania faktów w kostium beletrystyki.
Powieść o amerykańskim sporcie piętnaście lat temu w Polsce miała gwarantowaną poczytność – była leciutkim uchyleniem drzwi do fascynującego, ale hermetycznego świata. Dzisiaj, kiedy amerykańska rzeczywistość – poprzez telewizję, internet, a i nieskrępowane podróże – leży przed nami jak na talerzu, książkę ciągle czyta się pasjonująco. Choćby dzięki niezrównanemu stylowi narracji.

„Nie tracił głowy, z tym większą jednak ostrością widział nadciągającą klęskę. Dwadzieścia punktów straty! Cóż mógł robić w tej sytuacji?! Mógł tylko robić swoje. Udało mu się dostać piłkę pod tablicą Nowego Jorku. Ale zaraz na plecach zawisły mu dwie góry mięśni. Próbowali go odepchnąć. Zaparł się. Czuł ich całymi plecami. Zrobił zwód w lewo, że niby idzie do środka. Tam przesunęli się obaj przeciwnicy. Tylko na parę cali, ale przesunęli się. Popchnął ich jeszcze w tym kierunku, sam błyskawicznie obrócił się przez prawe ramię, wyskoczył, tamci też skoczyli, ale nie sięgnęli piłki, lewą ręką wstrzelił piłkę do kosza. I jeszcze zarobił jeden punkt za przewinienie środkowego Nowego Jorku.
Takie zagrania działają jak iskra. Zapalają coś w człowieku. Zapalają ogień w drużynie. Przez dziesięć minut grał tylko jeden zespół. Tylko Filadelfia. W ciągu tych dziesięciu minut Siedemdziesięciosześcioroczniacy zdobyli dwadzieścia dwa punkty, a stracili… jeden. Nowojorczanie nie zdołali oprzytomnieć po takim ciosie.”

Opowiedziany w ten sposób, ekscytujący jest nawet turniej golfa. Autor podejmuje również ambitną próbę wyjaśnienia reguł baseballa. Jak mu się udało – każdy może sprawdzić na sobie.

Książka jest przy okazji świadectwem tamtych czasów w… Polsce. W kraju rządzonym przez generałów powieść o USA musiała być antyamerykańska. I jest, dzięki ostatniemu rozdziałowi, dopisanemu już po pierwszym oddaniu maszynopisu do druku, gdzie Henryk Wilk rozprawia się z „american way of life” bez dbałości o prawdę, uczciwość i sprawiedliwość. Choć, jak zwykle, z talentem.
PAWEŁ FLESZAR

Henryk Wilk „Olimpijczycy i kowboje”. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1985

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*