Operacja się udała, pacjent zmarł

Tytuł jest podsumowaniem I-ligowego startu siatkarzy AGH 100RK AZS w jednym zdaniu. Poniżej jego rozwinięcie i rozważania na temat przyszłości krakowian.

Na pewno zbudowano przy Piastowskiej w minionym sezonie drużynę funkcjonującą według profesjonalnych – a w niektórych sferach: półprofesjonalnych – zasad. Miała oszczędny, ale zabezpieczony budżet, w którym do dzisiaj na bieżąco realizowane są płatności, opiekę fachowego, szerokiego sztabu szkoleniowego i medycznego. Była zaopatrzona w sprzęt, włącznie z programem analitycznym Data Volley, wraz z obsługującym go specjalistą, czym dysponowało tylko kilka innych klubów w lidze.
Po zakończeniu zawirowań, podpisaniu kontraktów i pewnych przesunięciach personalnych, od drugiej połowy września drużyna nie podlegała niesportowym wstrząsom, czy impulsom wewnętrznym. Nie dotykały jej też drastyczne bądź przewlekłe kłopoty zdrowotne, co jest także zasługą wspomnianej opieki.
Jednocześnie pojawiały się problemy, ograniczenia i błędy organizacyjno-administracyjne, o których pisaliśmy w cyklu o KrakVolleyu – TUTAJ i TUTAJ, a przede wszystkim: TUTAJ – do którego jeszcze wrócimy w drugiej części tekstu. Te kwestie, z których najważniejszą są warunki panujące w sali – nie miały jednak przesądzającego wpływu na wynik.

Casting na pierwszoligowca


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Tuż przed rozpoczęciem sezonu przypominaliśmy, że od 1993 roku, kiedy z ówczesnej Serii B wycofał się Hutnik, żadna drużyna z Krakowa (Wawel, Wanda) i okolic (Okocimski Brzesko) nie utrzymała się po awansie na zapleczu ekstraklasy. AGH 100RK AZS wpisał się w ten schemat. Obserwowaliśmy wymienione ekipy z bliska, akademicy na niektórych polach je przewyższali, na innych byli gorsi, cechą wspólną wszystkich było niewielkie rozeznanie ludzi kompletujących składy na rynku stricte I-ligowym (najlepiej wyglądało to w Wandzie, gdzie z kolei potencjał nie został wykorzystany).
Planowe budowanie drużyny, w zależności od przyjętego celu i warunków finansowych, polega na wybieraniu zawodników do niej pasujących. W AGH natomiast zawodnicy byli wybierani na treningach testowych z tych, którzy się na nie przyjechali, a także spośród dotychczasowych, „zasiedziałych” w klubie. Oczywiście, sytuacja była trudna, bo informacja o grze w I lidze przyszła późno, a pierwszy trening testowy odbył się jeszcze „w II lidze”, jednak już po administracyjnym awansie ciągle na rynku byli dostępni siatkarze. Z tego co dowiedzieliśmy się wówczas, były pewne rozmowy, ale skończyły się zaraz po podaniu oczekiwań finansowych, natomiast kilku innych zawodników nie odpowiedziało na zaproszenie na casting. I to jest zadanie do odrobienia – wzmocnienia dobiera się wśród zawodników, o których wiadomo, że spełnią wymagania sportowe i mogą mieć przystępne wymagania finansowe, a nie z tych, którzy się zgłoszą. Zdarzają się wyjątki, ale one nie zmieniają zasady.

Inna sprawa, że na szaleństwa transferowe nie pozwalał budżet, który początkowo zakrojony był ponad 800 tys., ale ostatecznie szacunkowo wyniósł blisko 1/4 mniej (a i to włącznie z wewnątrzuczelnianym rozliczeniem kosztów hali). Jeszcze w listopadzie był pomysł zatrudnienia doświadczonego rozgrywającego, Łukasza Kruka, jednak ten miał zobowiązania rodzinne (mieszka z bliskimi w Radomiu) i zawodowe (jest grającym trenerem w STS Skarżysko-Kamienna). Można było jednak ściągnąć na parę miesięcy rutynowanego siatkarza, choćby z zagranicy, niekoniecznie na rozegranie. Ale środków na to raczej brakowało, co pokazują różnego rodzaju oszczędności (choćby kilkugodzinne wyjazdy w dniu meczu, zamiast dzień wcześniej, z noclegiem).

Mój dom nie jest moją twierdzą

Wojciech Kasza powtarzał kilkakrotnie, że do pełnego przygotowania młodego zespołu potrzebne byłyby przedpołudniowe treningi.Nie pozwalały na to jednak okoliczności – w tym czasie zajęta była sala, a wielu zawodników miało obowiązki na uczelni. Rodzi się jednak pytanie, czy wszyscy by to wytrzymali, czy dokręcenie sprężyny o jeszcze kilka obrotów nie spowodowałoby jej pęknięcia. I nie chodzi tu tylko o kwestie fizyczne, ale mentalne – część dnia spędzonego na wykładach/ćwiczeniach, wśród innych ludzi, życie innymi sprawami było chyba korzystniejsze dla psychiki niż całodzienne pochłonięcie siatkówką.
Tak czy owak, została wykonana olbrzymia praca, a każdy kto chciałby to podważyć, powinien zacząć od wskazania sezonu, jaki w I lidze na takim – nierównym, ale chwilami dobrym – poziomie zagrali np.: Patryk Akala, Michał Dzierwa, Karol Galiński, Jakub Kosiek, Patryk Łaba, Konrad Mucha. Mieli dotąd znikome kontakty z I ligą, lecz to akurat świadczy o poczynionym przez nich progresie.

Po degradacji ani trener, ani zawodnicy nie mogą mieć jednak powodów do satysfakcji. Zawinili wszyscy; nie ma znaczenia, czy ktoś nie potrafił pociągnąć drużyny jako teoretyczny lider, czy wchodząc z ławki (co świetnie sprawdzało się np. w TKS Tychy). Zresztą nie tylko ostatni etap sezonu powinien być przedmiotem analizy błędów i powodów spadku. Wystarczy przypomnieć mecze z października i listopada, z których większość była zacięta, a sety tracone przez serie błędów lub/i w końcówkach. Żadnego spotkania nie trzeba było wygrać, ale zdobywając poszczególne sety można było zdobyć nawet parę punktów więcej. Może to ich zabrakło w tabeli po sezonie zasadniczym?

Wspomniana wyżej analiza powinna powstać wśród zawodników i sztabie szkoleniowym, który jako jedyny dysponuje ku temu materiałem. Jest jednak zjawisko wyraźnie widoczne. W rozgrywkach 2013/14 drużyna AGH 100RK AZS zaliczyła łącznie 27 oficjalnych meczów (w tym w play off i w Pucharze Polski). W 14 spotkaniach we własnej hali zdobyła 9 punktów, a w 13 spotkaniach na wyjeździe – 18 punktów. Zadziwiające odwrócenie ról.
Ale może te statystyki mają głębszy sens i są świadectwem prawidłowości rządzącej „Agiehowcami”? Mecze u siebie były zwykle obarczone większa presją – taki mecz  bardziej „wypada” wygrać, częściej jest się faworytem, mając teoretyczny atut własnego parkietu. Do tego namacalna obecność bliskich i znajomych, lęk przed wygłupieniem się, albo ośmieszeniem przez radykalnego i głośnego w ocenach trenera. W efekcie paradoks – obawa przed błędami wywołująca błędy. A bardziej ogólnie – niemożność poradzenia sobie z napięciem, gdy staje się ono mocniej odczuwalne. Można tu przytoczyć przykłady wspomnianych meczów z I rundy, potem z II rundy, kiedy stawką było 8. miejsce (zwłaszcza nieszczęsne lutowe 1:3 z Tychami, ale też nieco wcześniejsze konfrontacje z Avią Świdnik i Krispolem Września – fragmentami wyglądające fatalnie), a przede wszystkim – oba spotkania play out w Krakowie.

Repetować czy kupować?

Zaraz następnego dnia po degradacji pojawiły się w Krakowie głosy – nie tylko kibiców – o możliwości uzyskania wolnego miejsca w I lidze na trzy sposoby: po rozszerzeniu Plus Ligi, po rezygnacji któregoś z obecnych I-ligowców, po poszerzeniu I ligi. Ostatnia ewentualność jest najmniej prawdopodobna; jak udało nam się nieoficjalnie dowiedzieć w PZPS, jedynym tego rodzaju pomysłem rozważanym – czysto teoretycznie – w przeszłości było poszerzenie ligi do 16 drużyn i rozgrywki na pierwszym etapie w dwóch grupach terytorialnych, a w drugiej – w „silniejszej” i „słabszej”. Jednak po konsultacji z klubami ten pomysł został zarzucony.
Jeśli chodzi o rezygnację obecnego I-ligowca (-ów) to nie wiadomo, kiedy do niej dojdzie (i czy nie w lipcu, kiedy upływa termin zgłoszeń do PZPS), a jeśli nawet stanie się to wcześniej, to taki klub będzie najprawdopodobniej dążył do sprzedaży miejsca. A to przy okazji będzie sporo kosztować, kwota może być pięcio-, ale może i 6-cyfrowa.
Na pewno do Plus Ligi będą aplikować zespoły z jej zaplecza (prawdopodobnie trzy), ale procedura rozpatrywania ich zgłoszeń może przeciągnąć się jak w ubiegłym roku (jeśli coś nastąpi szybciej – to odrzucenie zgłoszenia, ale wtedy miejsce się nie zwolni…).

Podsumowując – przy każdej z trzech powyższych ewentualności istotną rolę będzie odgrywał czas, sprawy mogą się rozstrzygnąć dopiero późno w czerwcu. I jak się nastawiać na taką sytuację: zebrać budżet, drużynę i czekać na szczęśliwy obrót wypadków, czy najpierw czekać, a potem działać, przerabiając fragmenty ubiegłorocznego scenariusza?
Trzeba też zdawać sobie sprawę, że w tym roku może być więcej chętnych na I ligę, bo w turnieju finałowym II ligi (15-18 maja) wystąpi sześć zespołów, z czego cztery pozostaną bez awansu.
Przede wszystkim jednak takie, niesportowe, „wślizgiwanie się” do I ligi po raz drugi z rzędu jest kiepskie wizerunkowo. Rok temu jeszcze można to było rozsądnie wyjaśnić: „pracowali ciężko, starali się, walczyli do końca, awans był bardzo blisko, brakło niewiele, głównie szczęścia”. Ale drugi raz to samo? To jak wyciąganie za uszy słabego studenta, który nie jest w stanie zaliczyć przedmiotu. Może lepiej repetować rok niżej, a przy okazji nauczyć się paru innych rzeczy?

Razem czy osobno?

W podlinkowanych na wstępie tekstach pisaliśmy o projekcie KrakVolley – połączenia sił krakowskich klubów, głównie AGH 100RK i Hutnika – dla stworzenia w przyszłości ekstraklasowego zespołu. Być może jednak dzisiaj – kiedy akademicy spadli, a Hutnik stracił szanse awansu – tym bardziej warto byłoby się połączyć. Z trzech głównych powodów:
– Aby nie wycinać się nawzajem sportowo w następnym sezonie II-ligowym, a wcześniej – na rynku transferowym, walcząc o siatkarzy przebywających w Krakowie.
– Aby nadać sens ewentualnym staraniom o wolne miejsce na zapleczu ekstraklasy, bądź kupnu tego miejsca – teraz robiłby to zupełnie nowy podmiot, szermując hasłem, że I liga należy się Krakowowi, miastu, gdzie powstała piękna hala i odbędą się mistrzostwa świata.
– Aby wspólnie zgromadzić większe fundusze niż w pojedynkę, co będzie miało znaczenie dla występów w I lidze (w najbliższym sezonie lub dopiero kolejnym), czy późniejszego szturmu na Plus Ligę. I aby wspólnie ułożyć kwestie organizacyjne, także związane z obiektami, gdzie występowałaby drużyna. Wiele kwestii tego rodzaju można poustalać i załatwić nawet w przypadku występów w II lidze.

Bardziej prawdopodobna wydaje się samotna droga AGH. A najzdrowszym rozwiązaniem byłaby gra w II lidze, ale przy zbliżonych nakładach (udział w rozgrywkach będzie znacznie taszy) i zachowaniu większości składu, z wymianą niektórych ogniw. Tak aby stara-nowa drużyna była faworytem do awansu, a potem może łatwiej poradziłaby sobie w I lidze. Przykładem może być Krispol Września, który w tym sezonie na zapleczu ekstraklasy zagrał składem, który zgromadził na walkę w II lidze, a kiedy we wrześniu został zakwalifikowany wyżej – dokonał tylko jednego transferu.
Naturalnym kandydatem na szkoleniowca tej drużyny jest Wojciech Kasza, zresztą w Krakowie, poza nim, jedynym „męskim” trenerem z wiedzą, doświadczeniem, pozycją i autorytetem jest Jerzy Piwowar, który przy Piastowskiej już pracował. A biorąc pod uwagę okoliczności rozstania, nie wiadomo, czy zgodziłby się na powrót.
Jest też kilku młodych, ciekawych trenerów z coraz większą wiedzą, ale oni jednak muszą jeszcze budować swoją – nazwijmy to tak – charyzmę.
Nie wiadomo, czy Kaszę będą satysfakcjonowały warunki albo czy nie staną mu na przeszkodzie względy prywatne (jego żona gra w Chemiku Police).
W odwodzie jest Śląsk (albo raczej województwo śląskie) i grupa dobrych trenerów tam mieszkających/pracujących.

Jak udało nam się dowiedzieć, w lutym, członkowie zarządu AGH 100RK AZS spotkali się z władzami uczelni. Padały wówczas ponoć deklaracje o znacznym zwiększeniu jej finansowego zaangażowania, nawet o kilkaset tysięcy złotych. Wtedy jednak dotyczyły one występów w I lidze.
Kluczem do wszystkiego, co w klubie wydarzy się w najbliższych tygodniach i miesiącach będzie wiążąca decyzja rektora o wysokości nakładów w nowej sytuacji, a może również o ewentualnych staraniach o miejsce w I lidze. Jeśli nie znajdą się nowi sponsorzy, a Storkpharm znacząco nie zwiększy przeznaczanych środków, w tej chwili tylko uczelnia może zapewnić gros budżetu, w ramach którego będzie działał zarząd AGH 100RK AZS.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.