Ostatni papieros Makino

Tekst ukazał się w „Tempie” z 30 grudnia 1998 r. Autor: Piotr Sikora.*

Makino nie palił od 18 października.
Opowiedział jak to się stało:
– Miałem zapalenie oskrzeli. Nie mogłem oddychać. Został mi tylko jeden. Noszę go od dwóch miesięcy.

2-0

W pokoju przy ul. Stachowicza pozostałości po rodzinnych pamiątkach. Stare albumy, trochę książek. W kącie kilka gitar, które jeszcze nie umarły z żalu.
Większość rzeczy Makino zabrał do czwartej żony.
Na ścianie duża fotografia mamy-skrzypaczki. Niżej, mama z ojcem w dorożce, lata trzydzieste. Dorożka skręca przy „Literackiej” od strony Hotelu Francuskiego.
– Ojciec był kapitanem saperów na Kopernika. Koń, ordynans, bryczka. Na trzy dni przed wybuchem wojny ściągnęli go z Równego do zaminowania Poznania. Gdyby nie ten rozkaz, zginąłby w Katyniu.
Mama działała w organizacji sokolskiej. Studiowała na UJ. W Sokole pływała, biegała i skakała w dal. Makino podarował jej medale prezesowi odrodzonych Sokołów – Firlejowi.
– I Firlej je wszystkie powiesił w gablocie. I wiszą.

2-2

Babka de domo Maksymowicz prowadziła dom mody. Grała na fortepianie zanim jeszcze w Krakowie wybudowali Filharmonię. – Pokażę panu plakaty z kim grała. Oko bieleje – mówi Makino. – A te plakaty mają po osiemdziesiąt lat.
Plakatów nie znajduje, za to wpada na księgi pamiątkowe Cracovii.
– Babka akompaniowała mamusi, a mamusia grała na skrzypcach – opowiada.
Była nauczycielką w liceum. Dawała lekcje w domu. Albo w Dworku Łowczego Królewskiego przy Kościuszki. Po wojnie zajmowała się tam sierotami.
Przychodziły do niej różne sławy, Holoubek, Danka Rinn, Kucówna Zośka, syn Kisiela, Wacek. Kto jeszcze, baletmistrz Stanisław Szymański i spiker, fantastyczny facet, Gieniu Pach z warszawskiej telewizji.

Najpierw grał na starej lutni. Gra na kilku instrumentach, ale najbardziej polubił gitary.
To nie jest tak jak śpiewa Stuhr, że on po prostu ma talent. Proszę pana, ja odziedziczyłem po matce geny. I do muzyki, i miłości. Wprawdzie matka była z jednym mężczyzną 47 lat, a ja już mam czwartą żonę, nie szkodzi. Mnie spełniło się wiele z tego, co matce nie wyszło. I mam w genach miłość do kobiet, a w głowie 1500 piosenek. Na każde pana słowo mam w głowie muzykę. I gram.

1-1

Z hymnem dla Cracovii dwa lata się męczył. – Już nie pamiętam, który z prezesów, Boguś Waydowski czy Zdzisek Klimek powiedział mi tak: „Makino, ten stary hymn w formie walca angielskiego nie nadaje się do śpiewania. Napisz nowy”. Nie było muzyki, nie było słów. Poszedłem do Harasymowicza. On napisał kilka wierszy o tym jak Turecki lewą nogą mecz załatwia, ale teraz powiedział mi, że rezygnuje, bo formy nie ma. Zwróciłem się do Jerzego Michała Czarneckiego. Przez noc napisał kilka zwrotek.
Ale muzyki nie miałem. W końcu przechadzam się po Plantach i przy kasztanie, przy którym Bałucki popełnił samobójstwo, wraz z podmuchem wiatru, wszystko mi zagrało:
– Cracovio, Cracovio kochany klubie nasz (…) w diamentach dzisiaj grasz.
Układałem ten hymn pod kibiców.
– Floriańską Bramą wiatr nadleciał, wiatr co przez Błonia gna. I każdy kibic będzie wiedział, że dziś Cracovia gra.
Już widziałem jak ludzie podnoszą się do góry, a potem opadają i kołyszą się: – Cracovio klubie nasz…
Udało się!
– Zagrali to w Sali szermierczej w Sokole przy Manifestu Lipcowego. Tfu, jak ja powiedziałem? W imię Ojca. Że ja pamiętam jeszcze tę nazwę.

1-5

Przyjmuje mnie w swojej słynnej burdelówie. Częstuje herbatą i fałszowanymi piernikami.
– Od kiedy noszę burdelówę na głowie? Od kiedy wyszedłem z Marynarki Wojennej. Byłem bosmanem na ORP „Orzeł”. Mamusia doradziła mi: – To jak już o Krakowie śpiewasz, to ją noś.
I nosi.
– Jakbym zdjął?
Zdejmuje i pokazuje łysinę. Nie ten człowiek.
– Jakbym zdjął, to w życiu nikt by mnie nie poznał.
Jerzy Harasymowicz napisał o nim z tuzin wierszy.
Stanisław Wałach namalował mu portret. W burdelówie, apaszka w groszki. Koszula w kratkę. Chciał ten obraz dla siebie, a malarz:
– Panie Makino, obraz był jeszcze mokry, w Paryżu mi porwali. Za 500 dolarów.
Pewnie potrzebował ktoś w domu – na ścianie – paryskiego apasza.

4-1

Na fotografiach – w burdelówie. Na obrazach też. Na koncertach, na „świętych wojnach”, w przerwach wielkich meczów na „Śląskim”, festynach i knajpach.
– Patrz pan na tę fotografię. To ja z „Andrusami”, a tu Tomek Hopfer z radia, a z prawej Włodziu Korcz. I śpiewamy: „Polska gola, Polska gola, taka jest kibiców wola”.
Śpiewał przed wieloma ważnymi, wielkimi spotkaniami. Po gratisowe wejściówki jeździł do PZPN. Makino ułożył piosenki przed naszymi medalowymi mistrzostwami w 1974 i 1982 roku.
Przed pamiętnym meczem z Holandią w 1975 roku przewidział sukces. 1000 kaset rozeszło się w oka mgnieniu po meczu. Ze stadionu wychodził pięć godzin.
– Trzeba wierzyć w sukces, a potem już wszystko na zasadzie telepatii.
– Kazio Górski szykuje się na mój benefis. Mowę dla mnie pisze. Dzwoni do mnie i pyta: „Panie Makino, kiedy zrobi pan ten benefis?”. Siedziałem z nim w tej jego budce, obok Strejlaua. Tak mnie lubił!
Wyciąga stary plakat.
– Patrz pan. Andrusy przed meczem Wisły na stadionie Górnika Zabrze. Jakie nazwiska: Olek, Oślizło, Lentner, Pohl, Lubański, Gonet, Adamus, Skupnik, Lendzion, Sykta… Kochani. Choć tylu nie żyje.

0-1

Pamiątki. Szopeczka krakowska zrobiona przez Lajkonika. Tego Lajkonika, który się powiesił.
Również sterta podziękowań od „Tempa”.
– Patrz pan, to od Tadzia Dobosza, Jana Rottera, a to od Olka Cichowicza. A te zdjęcia od reporterów. Jak się nazywała ta kobitka? Długa, chuda, blondyna. Ach, Ala Kluk! Kluk! A to piórko srebrne? Chyba od Rysia Niemca je mam…
I naraz.
– Jezus Maria, słyszałem, że „Tempa” już nie będzie.
– Będziemy teraz razem z „Przeglądem” z Warszawy.
– A co z „Tempem”, tym od „Piłkarza”?
– Było.
„Piłkarz”, a później „Tempo” przywołują jego najstarsze wspomnienia futbolowe.
Wycinki, wklejał je do albumów. Podpisywał niewyraźne prasowe fotografie. Albo wręcz redagował informacje: „Parpan strzela gola z 45 metrów. Polska przegrywa z Jugosławią 1-7”.

W końcu poznał redaktorów.
– Redaktor Cichowicz był za Wisłą.
– Rotter nie pamiętam dobrze, jakoś dziwnie… Mieszkał na Syrokomli. Czyli był z Półwsi, ze Zwierzyńca.
No i Dobosz. Oczywiście za Cracovią. To on napisał dla mnie na łożu śmierci balladę na 70-lecie obu klubów, Wisły i Cracovii. W szpitalu go prosiłem. I on napisał ten tekst: „Jedni Wisłę ukochali w sukcesy bogatą, ci Cracovii serce dali za dolę garbatą”. Zagrałem to na melodię: „Kto wypowie Twoje piękno, Krakowie prastary”. On chyba nigdy nie usłyszął mnie jak śpiewam. Zmarło mu się za miesiąc. To straszne. Ludzie, którzy kochali tak te nasze kluby odeszli już z tego świata.

3-1

Z ojcem chodził na Wisłę. Reszta rodziny kibicowała Cracovii.
– Jako chłopak sprzedawałem bajgle na Cracovii. Do przerwy sprzedałem 500 bajgli i było po wszystkim. Miałem pieniądze na orenżadę i kino. Na Fanfana Tulipana…
W niedzielę wybierali się na Błonia, jak na piknik. Kto postawił dobrze na wygraną Cracovii, dostawał bułkę ze sznyclem.
Piłkarze też walczyli o swój obiad.
– Jak nie strzelili bramki od strony Wiechciówki, to nie dostawali zupy, którą Wiecheć gotował, żeby ich kaloriami podratować. Strzelec otrzymywał do rosołu – mięso.
– Panie, ja widzę te wszystkie bramki. I mistrzostwo Cracovii na stadionie Garbarni. 3-1 z Wisłą. Siedziałem na drzewie.

Pod okiem Ignacego Książka grał w juniorach. Na środku pomocy. Na bok zagrywał do Jurka Wylęgały. Teraz Wylęgała jest taksówkarzem. Razem chadzają na mecze. Makino potrafi wymienić wszystkie modele taksówkarskiej dynastii Wylęgałów, od dekawki, krzywej skody, przez warszawę-garbatkę…
Wspomnienia.
Pamięta cenionego plastyka Jana Kurkiewicza. Tego, który stworzył słynny już plakat z chłopakiem malującym na płocie „Cracovia Pany”.
– Mieszkał gdzieś na Emausie. Zawsze w czarnym kapeluszu, czarnym szalu i czarnym długim płaszczu. I on namalował ten sam parkan, przez który chybałem na mecze jak był komplet. Chłopak z plakatu to był syn księgowej Cracovii, pani Żmudki.
– Hymczak, Gędłek, Różankowscy, Bobula, Parpan…
Kobiety. Cała fura. Też chadzał z nimi na mecze. Ale na mniej ważne. Kiedy nie musiał się koncentrować na grze. Najładniejsze były ze Zwierzyńca.
– A gdzie mogą być ładniejsze? W Podgórzu? Nowej Hucie? Bronowicach? Te od Tetmajera i Rydla. Nie panie, to się w głowie nie mieści. Taka Mańka-królowa ze Zwierzyńca? Już nie ma tych czasów.

3-2

„Andrusy” grały dla wszystkich chyba klubów Krakowa.
Jeszcze był sam, bez zespołu. Przed parkanem ludwinowskiego stadionu brzękał na gitarze, siedząc okrakiem na „ifce”.
Po latach zagrał Garbarni stojąc pod niebem.
– Grałem na Pępku Świata czyli na dachu hotelu „Forum”, który postawili w sercu dawnego stadionu. Powiedziałem ludziom:
– W tym miejscu Jasiówka z Browarskim zaczęli mecz i wygrali z niepokonanym Górnikiem Zabrze 3-2. Ja im dedykuję „Ludwinowskie Tango”.
Makino lubi małe kluby. Ludzie zawsze tam honorowi. Zawsze załatwiali sprawy jak należy. A na Wiśle i Cracovii – nie zawsze. Mróz 13 stopni, a tu nawet herbaty nie przynieśli.

Przyszedł stary trener, poprosił, zagrali.
Grali dla emerytów. Też lubią krakowskie, sportowe piosenki.
Chętnie u Stanisława Chemicza. Na prośbę Adama Musiała.
Najwięcej koncertów dał Wiśle i Cracovii. W 1974 roku redakcja „Tempa” ufundowała „Herbową Tarczę Krakowa”, nagrodę dla zwycięzców derbowych spotkań. Mecze nawiązywały do pamiętnego, na stadionie Cracovii, 28 stycznia 1945 roku, zaledwie 10 dni po wkroczeniu do miasta Armii Czerwonej.
Zawsze grały „Andrusy”. Makino.

?

W „Andrusach” zawsze przewagę mieli sympatycy Cracovii. I wówczas, kiedy zespół liczył 10 osób i – przez długie lata – gdy występował w siedmioosobowym składzie. Przedstawia:
– Ja, Makino, wiadomo…
– Ewka Kozakowska-Głębocka za Cracovią. Ona tak to przeżywa. Ja mówię jej: „Ty lepiej nie przychodź na mecze Cracovii”. A ona: „Mowy nie ma. Nawet Klaudunię wezmę, albo Piotrusia, żeby pokazać jak pięknie Cracovia gra”. No i chodzi zrozpaczona, zmarnowana, blada. I papirusy pali. Tylko jedno: „Daj mi papirusa”. A ja już rzuciłem.
– Harmonista Zygmunt Zientara, bardzo porządny człowiek, świetny harmonista jest za Wisłą.
– Perkusista Tadeusz Fudaliński – za Cracovią. Magister inżynier.
– Na mandżolce gra Marek Michalski. Za Wisłą.
– Skrzypek Janusz Wroński zaczynał w Wawelach, a skończy się w „Andrusach”, biało-czerwony.
– Maciek Kowalski gra z Gwiazdą.
Przed meczami zakładali się o wynik.
– Po setce. To znaczy starej setce, za którą można było dostać pół litra i zagrychę. Teraz po 10 złotych. Obstawiało się strzelców. Na przykład, że strzeli Motyka. I Motyka strzelił, a grał w obronie. Wygraną zawsze brałem ja. Wchodziliśmy do najbliższej knajpy i każdy brał to co chciał. Ewa herbatę i ciastko. Dlatego jest taka szczupła. Jak stanie przed zespołem, to zespołu już nie widać. Przydałoby się jej trochę schuść. Inni biorą drinki, wódkę. Ja piwo. Bo ja urodziłem się nad „Barem na stawach”.

0-5

Przychodzili do mnie przed tymi meczami o „Herbową Tarczę Krakowa”. Czasami przed meczem, czasami w trakcie.
– Panie Makino, zagraj pan.
– Grałem i tu, i tam, po drugiej stronie Błoń, „za czterema rurami”. Rur już dawno nie ma, ale ja tak to dalej nazywam. Albo – za pastwiskiem. Bo Błonia to przecież pastwisko. Krowy się pasły.
Graliśmy za – wbitym w śnieg – transparentem z kolejnym numerem świętej wojny. Chyba po 166. ten transparent nam połamali. Zanieśliśmy go do Krążownika – do „Tempa”.

To już nie wróci. Było spokojnie. Żadnych skór i łysych pał. Szczyt wszystkiego jak kibice obrzucili nas gałkami śnieżnymi. To było miłe. Nie bolało. Nikt nie wsadzał do gałek kamieni. Raz gałka uderzyła w otwór gitary i poszły trzy struny. Był śmiech.
– Dziś bałbym się grać. Tyle bandytów jest na stadionie. Współczuję Wiśle, jako krakowianin, przez tego bandziora, który chciał zabić Dino Baggio. Gdyby trafił, na sto lat by nas wyklęto.
– Nie zagrałbym. Nie dlatego, żebym się bał. Wychowany jestem na Zwierzyńcu. Jak ja dałbym się pierwszy uderzyć, byłbym przegrany. Jak się czuło, że się dostanie, wtedy trzeba było uderzyć. Ale na pięści, panie, na pięści, a nie nożem, pałką, kijem baseballowym.
– Zresztą teraz derbów już nie ma.

1-2

Dla „Tempa” też grał.
Gazeta była dla niego fragmentem Krakowa, jak Wisła, jak Cracovia, Garbarnia i wiele innych klubów.
– Ja czytam non-stop. I grałem. Najmilej było na „Tarnowskich Dniach w Sportowym Tempie”. Graliśmy na tarnowskich stadionach, estradach, ryneczku.
– I te wspaniałe bale! Redaktor Rotter zaprosił mnie na trzydziestolecie.
Makino zamienił wtedy przed obiektywem aparatu burdelówę na cylinder i muchę.
Przychodził do Krążownika na Wielopolu. Do dziś wspomina windę (- Taka wolna. Wolniejsza była chyba tylko w telewizji).
Kolędował.
– Chodziliśmy po pokojach. Śpiewaliśmy kolędy krakowskie, łamaliśmy się opłatkiem.
A potem „Andrusy” z niesamowitym hałasem maszerowały po piętrach Krążownika śpiewając:
– Za kolędę dziękujemy/Zdrowia, szczęścia winszujemy/Na ten Nowy Rok/Byście państwo długo żyli/A po śmierci w niebie byli/Na ten Nowy Rok.

Kończy po nowemu.
– A teraz będziecie w Warszawie, a nie w Niebie.
Bez muzyki.
Chwyta się za serce.
– To ja będę musiał chyba teraz wszystkie te odznaki całować – deklaruje.
Zagrał ostatni raz. Na pięćdziesięciolecie.
Elegancki. Podkoszulek, apaszka, burdelówa. Cały Makino odświętny.

0-1

Makino wychodzi na korytarz. Wraca.
– Właśnie wypaliłem tego papierosa. Takie straszne rzeczy pan opowiadał, że musiałem zapalić. Ale już palić nie będę.
Makino jakby go nie było
Może tak w liściach szumi piwo
Rzecz dla poetów.

0-1

Zdarzyło się ostatnio, że nie wpuszczono go na Cracovię.
– Byłem w burdelówie, cieć powiedział mi: „Do kolejki”. A ja hymn Cracovii ułożyłem. I chciałem zapłacić. Zawsze płaciłem, tylko chciałem wejść złym wejściem.
Przemijanie.
A on Cracovii serce oddał.
– Gdybym wygrał totolotka, kupiłbym im Stoiczkowa i Klinsmanna, a potem stadion – jak Tele-Fonika – przygotował. A czy pan wie, że ja welodrom na Cracovii wykładałem betonem? Majster leżał pijany, a ja z dwoma kolegami raz-dwa, raz-dwa. Piękny tor.

3-2

Ponad połowę z 67 gitar rozwalił dla wykonania popisowego numeru, zagrania zygmuntowskiego tonu. Makino podrzucał gitarę do góry, obracała się trzy razy, dźwięk wibrował wokoło jak dzwon na Wawelu.
Kiedy wracał znad Rudawy, koledzy pytali:
– To ty dzwoniłeś? Słychać cię było pod stadionem Cracovii.
Dziś dźwięk gitary nie dolatuje tak daleko.
PIOTR SIKORA

* To inauguracja nowego działu, w którym przedstawiane będą archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – przede wszystkim w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego końca skali. Teksty paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się artykuły zamieszczone w „Tempie” w ciągu kilkunastu lat, przed 31.12.1998.
Jako pierwszy znalazł się reportaż przedwcześnie zmarłego, w 2001 r., Piotra Sikory. „Ostatni papieros Makino”, o Aleksandrze Kobylińskim, został opublikowany w ostatnim numerze „Tempa” w starej formule.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.