Ostatni wojaż dziennikarskiego trampa

W miniony wieczór, w szpitalu im. Rydygiera zmarł Jan Frandofert, który już ćwierć wieku temu był uznawany za nestora krakowskiego dziennikarstwa sportowego. Żył 92 lata.

Jak stwierdził dzisiaj jeden z jego kolegów – Frandofert żył w czasach, gdy ludzie mieli znacznie mniej niż dzisiaj, ale cieszyły ich drobiazgi i więcej byli w stanie poświęcić osiągnięciu swych pragnień. Był współautorem pięciu książek o rodzimych sportowcach, ale najciekawszą – pełną anegdot, wrażeń, obrazów i emocji – mógłby napisać o sobie.
Latem 1982 roku, jako korespondent Tempa, pojechał na piłkarskie mistrzostwa świata Fiatem 126 p. Samochodzikiem o pojemności 600 cm3 i mocy 24 koni mechanicznych przemierzył około sześć tysięcy kilometrów. Z Krakowa przez ówczesną Czechosłowację, Austrię, Szwajcarię, Francję, Kraj Basków, na finiszu starą, krętą, wyboistą drogą nad Atlantykiem, północnym skrajem Hiszpanii. Brzmi to jak opis jednej z najstarszych tras słynnej pielgrzymki El Camino de Santiago, z tym że jego celem nie było sanktuarium Santiago de Compostela, ale nieodległe La Coruna i Vigo, gdzie stacjonowała i grała polska reprezentacja. W dwudrzwiowym maluchu brakowało klimatyzacji, miejsca na nogi i kolana, między głową a podsufitką zostawał nieznaczny prześwit, Pan Janek zaś był mężczyzną postawnym i liczył już 54 lata, jednak przed wojną ludzi robili z wytrzymalszego materiału. Na co dowodem jest także jego towarzysz z tamtej wyprawy, urodzony w 1939 roku Andrzej Stanowski, który jeszcze do niedawna na pomeczowych konferencjach prasowych stawiał do kąta kolejnych trenerów Cracovii.


Jan Frandofert (16.11.1928 – 8.12.2020). fot. sportowetempo.pl

Już jako dziesięciolatek zapisał się w rodzinnych Kielcach do harcerstwa, w czasie wojny należał do Szarych Szeregów oraz oddziału „Bystrego” w Górach Świętokrzyskich. Pełnił służbę obserwacyjną i wywiadowczą. Patriotyczne i niepodległościowe ideały zatrzymał na zawsze. Działał w KPN, był szefem krakowskiego okręgu partii.
Miał duszę trampa, a włóczęgę we krwi. Dwaj jego bracia byli sanacyjnymi oficerami wojska polskiego, po wojnie zostali na Zachodzie. 17-letni Jasiek wymyślił sobie, że dołączy do nich i wybrał się po kryjomu w trasę pociągami towarowymi, przekupując kolejarzy konserwami.
Nie dotarł do celu, młodość upłynęła mu w Kielcach, gdzie wylatał 25 godzin na szybowcach, zyskując uprawnienia zwane „cebulą”, był biegaczem i miotaczem w Tęczy. Tam też zaczynał karierę bramkarską na futbolowym boisku, lecz pewnej nocy milicjanci wsadzili go do samochodu i ekspresowo zmienili mu barwy klubowe na Gwardię (wcześniej i później Partyzanta, a potem Błękitnych). Tam grał na poziomie II ligi, jednocześnie,  pod koniec lat 40., zaczynając pracę dziennikarską w Słowie Ludu.


Młody dziennikarz Słowa Ludu i bramkarz Gwardii Kielce. fot. Świętokrzyska Encyklopedia Sportu

W kontekście wydarzeń ostatnich kilku dni i poprzednich stu lat Pan Janek (jak nazywali go ci, którzy nie mówili na Niego JAF – od skrótu, jakim podpisywał teksty) jawi się w sportowym Krakowie kimś w rodzaju pingwina na Saharze. W mieście owładniętym odwiecznym, nierzadko obłąkanym, antagonizmem był związany zarówno z Wisłą, jak Cracovią i z obydwoma zawsze sympatyzował. Dostał ponoć od legendarnego Mieczysława „Messu” Gracza propozycję dołączenia do drużyny z Reymonta, lecz na przeszkodzie stanęły obowiązki dziennikarskie, natomiast w „Pasach” grywał w koszykówkę. Później został kierownikiem drużyny oraz sekcji hokejowej Cracovii, gdzie występował jego syn Antoni. Tworzył jubileuszową monografię na sześćdziesięciolecie Wisły i do końca był członkiem Rady Seniorów KS Cracovia. Kibicował wnuczce Monice (córce Antoniego), kiedy zdobywała gimnastyczne tytuły mistrzyni Polski i występowała w kadrze narodowej, a trenowała ją jego synowa, Mariola.
Przez wiele lat na równi opisywał imprezy sportowe, co je aranżował. Szefował okręgowym związkom – hokejowemu i kolarskiemu. Promował akcję budowy naturalnych lodowisk, inicjował Kryterium o Złoty Pierścień Krakowa, współorganizował Małopolski Wyścig Górski.
Nieświadomie żegnał przed ostatnim etapem Henryka Łasaka. Najwybitniejszy trener w dziejach polskiego kolarstwa wstąpił do niego na obiad i pogawędkę w drodze do Zakopanego, jednak na zgrupowanie nie dotarł, ginąc w wypadku samochodowym w Skomielnej Białej.


Członek Rady Seniorów Cracovii na stulecie klubu.

Po przenosinach pod Wawel w połowie lat 50. zaczynał w Gazecie Krakowskiej, następnie w popołudniówce Echo Krakowa stanowił osadę działu sportowego wraz z innymi byłymi koszykarzami Cracovii, Mieczysławem Kasprzykiem i Jerzym Langierem. Publikował w kultowym krakowskim tygodniku Przekrój.
Wreszcie, w 1975 roku trafił do Tempa, a niedługo później – jak wspominał autoironicznie – zyskało ono przydomek „Fran Zeitung”. Gazeta wychodziła dwa razy w tygodniu, liczyła kilka stron, a Frandofert zapisywał większość z nich. Obsługiwał mistrzostwa świata, igrzyska olimpijskie, choć nierzadko musiał go sekretnie sponsorować mieszkający w Anglii brat, a niektóre eskapady ze względów oszczędnościowych wyglądały jak ta hiszpańska.
W marcu 1978 roku otrzymał pisemną decyzję o przyznaniu akredytacji na Mundial w Argentynie, a dwa miesiące później została ona odwołana. Nieoficjalnie dowiedział się, że akredytację zablokował dzięki swoim koneksjom u dygnitarzy partyjnych selekcjoner reprezentacji Jacek Gmoch, któremu nie podobały się Jego krytyczne teksty.
W drugiej połowie lat 80. skompletował w swoim CV krakowskie gazety codzienne pracując w Dzienniku Polskim, a jesienią 1991 roku wrócił do Tempa. Pozostał w nim do 2004 roku, kiedy – od pięciu lat funkcjonujące jako oddział Przeglądu Sportowego – zostało nawet w tym kształcie skasowane i ograniczone do grupki kilku korespondentów.


Mundial, na który dostał szlaban, opisał w formie kompendium.

Był jednym z ostatnich przedstawicieli nieistniejącego już świata dziennikarskiego, w którym matura oznaczała wykształcenie wyższe (a na pewno bogatsze) niż niejedno współczesne magisterium, w którym biegłe operowanie w piśmie literacką polszczyzną nie było atutem nielicznych, ale niezbędną umiejętnością wszystkich, w którym obszerniejszą wiedzę nosiło się w głowie, niż dzisiaj można znaleźć w internecie, w którym po narzędzia do stworzenia tekstu nie wystarczyło sięgnąć do kieszeni i torby na laptopa, ale trzeba było szukać dostępnego teleksu, telefonu stacjonarnego, a nawet wysyłać faksem tekst napisany długopisem, czy dyktować go „z głowy” maszynistce. Niezależnie od wszelkich ograniczeń, musiał być odpowiednio długi, ciekawy, dobrze napisany i na czas.
Frandofert nie rozprawiał – jak to dzisiaj mają w zwyczaju dziennikarze – o swojej pasji. Za to pokazywał trzykrotnie młodszym adeptom, zaczynającym obok niego przygodę w redakcji, że trzeba to zwyczajnie lubić, czerpać przyjemność z tego, że jest się w ruchu, w środku choćby peryferyjnych wydarzeń, że obraca się między ludźmi. Z równym upodobaniem jak niegdyś do Londynu, Moskwy i Barcelony teraz jeździł do Mszany, Niedźwiedzia i Alwerni. Tak jak dawniej o Bońkach, Lubańskich i Deynach teraz pisał o Piotrusiach, Mareczkach i Andrzejkach z czwartej ligi (zdrobnieniami właśnie tytułował ich często w bezpośrednich rozmowach i prasowych relacjach).


Chyba najbardziej znana Jego książka – Hokejowa karuzela napisana wspólnie z Bogdanem Tuszyńskim.

Był tenisowym partnerem Adama Nawałki (póki ten nie musiał poddać się operacji biodra) i bodaj pierwszym biografem Agnieszki Radwańskiej, o której zaczął pisać, gdy mając kilka wiosen wzięła rakietę do ręki. Później, przez lata odnotowywał wszystkie jej starty, niezależnie od rangi turnieju. Tematem natchnął go jej dziadek, Władysław, przyjaciel z hokejowych czasów w Cracovii.
„Obecnie wypełnia lukę technologiczną w polskiej telefonizacji, marnotrawiąc olbrzymie ilości energii przy zbieraniu wyników klas niższych po miasteczkach, wsiach i pastwiskach” – z żartobliwą sympatią napisał o Nim w jubileuszowym wydaniu Tempa, w kwietniu 1998 roku, przedwcześnie zmarły Piotr Sikora. Nie ma zbyt wielu równie zabawnych co pomysłowych wynalazków, jak odwrócony do góry nogami krawat, którym Pan Janek przywiązywał sobie słuchawkę telefonu do głowy, dzięki czemu miał obie ręce wolne do notowania na komputerze słuchanej opowieści o meczu. Był to jednocześnie stały element pejzażu opustoszałej w sobotę redakcji przy Alei Pokoju 3 – właśnie wrócił z jakiegoś wyjazdu i do późnego wieczora zbierał relacje oraz wyniki. Z równą intensywnością do niemal 76. roku życia.
Elegancki, pleciony krawat przechowywał w górnej szufladzie biurka i kilka razy zdarzyło mu się spontanicznie go założyć, kiedy uznał, że okazja (nagłe odwiedziny, impreza okolicznościowa) tego wymaga.


W 2010 roku otrzymał odznaczenie od Małopolskiego Związku Piłki Nożnej. Na zdjęciu otaczają go koledzy z dawnego Tempa. fot. sportowetempo.pl

„Koneser płci pięknej, dobrych manier, ubiorów i w ogóle – savoir vivre’u” – pisał o Nim Sikora we wspomnianym dodatku na pięćdziesięciolecie gazety. Jeden z kolegów w czasie randki wpadł po coś do redakcji, z uśmiechem i wyciągniętą ręką podszedł do Pana Janka, ale nadział się na zjeżone spojrzenie i oburzone syknięcie: „Chwileczkę!”. Siedemdziesięcioletni dżentelmen zerwał się, wyminął go, przywitał najpierw z rewerencją dwudziestoparoletnią dziewczynę, pocałował w dłoń, zaproponował miejsce siedzące i coś do picia, dając młodszemu koledze darmową lekcję kindersztuby.
Nawet po znaczącej w decybele (przynajmniej ze strony niżej podpisanego…) kłótni o miejsce na łamach (dysponował nim redagując lokalne kolumny małopolskie) sytuacja szybko wracała równowagi. I wkrótce można było usłyszeć jakiś budzący zakłopotanie komplement, w stylu „Patrząc na buzię daję ci najwyżej dwadzieścia trzy lata” (jeszcze nawet po „trzydziestce”).

Tekst Jana Frandoferta z Tempa można przeczytać TUTAJ.

Nie ma już w Starym Podgórzu dwóch bardzo medialnych lokali, uczęszczanych gremialnie przez pracowników Tempa i GK z ul. Warneńczyka oraz oddziału TVP z Krzemionek. Pierwszy skapitulował bar Hitchcock przy ul. Legionów Piłsudskiego (naprzeciwko przystanku tramwajowego), gdzie dziennikarska brać spożywała alkohol w ilościach przemysłowych. Frandoferta trudno jednak było tam uświadczyć, bo nie podzielał hobby typowego dla wielu dwudziestowiecznych żurnalistów. Za to aż do likwidacji w 2016 roku regularnie bywał w serwującym domowe obiady barze Maryna, położonym w głębi bramy przy Kalwaryjskiej, na piętrze. „Jadł oczami”, jak wspominają zaprzyjaźnieni z Nim właściciele lokalu, Maryla i Andrzej Kurnikowie. Wchodził, widział u kogoś na talerzu coś apetycznie wyglądającego i z apetytem konsumowanego, prosił o to samo.
Do dziewięćdziesiątki prowadził samochód, długo popędzany bardzo ciężką nogą.
Zdarzało mu się przechowywać tabelę III ligi w folderze Kosz, ale komputer, internet i telefonię komórkową opanował szybciej niż gros ludzi z jego pokolenia. A nawet się z elektronicznymi gadżetami polubił i uczucie to zachował, jeszcze ze szpitalnego łóżka wysyłając sms-y z życzeniami andrzejkowymi i komunikatami o stanie zdrowia.
Pół wieku borykał się z dolegliwościami kręgosłupa i cukrzycą, ale 16 listopada obchodził 92. urodziny w niezłej formie fizycznej i bardzo dobrej umysłowej. Dziewięć dni później trafił jednak do szpitala im. Rydygiera, z którego 8 grudnia wyruszył w ostatnią, najdłuższą podróż.
Mszę świętą za duszę Zmarłego zaplanowano na poniedziałek, 14 grudnia, o g. 12, w kościele Narodzenia św. Jana Chrzciciela w Korzkwi. Odprawi ją ks. Paweł Łukaszka, były hokeista, olimpijczyk z Lake Placid, przyjaciel Zmarłego.
Pogrzeb odbędzie się w środę, 16 grudnia, o g. 12, na Cmentarzu Starym w Kielcach, przy ul. Ściegiennego 12.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.