Ostatnie podejścia

Tekst ukazał się w „Tempie” z 10 lipca 1989 r. Autor: Michał Żurowski.*

Radek najbardziej kocha chrzestną. Mówi, że mamę i tatę kocha równo, ale chrzestną najbardziej. Dostał od niej już dwa razy narty. A ostatnio łyżwy.
– A od taty co dostałeś?
– Od taty nic, tata nie pracuje.
– Panie Janku, dawno pan nie pracuje?
– Ostatnio zwolniłem się. No, porzuciłem robotę w „wupecu”. Za mało płacili.
– Za mało na picie było, nie?
– Radek, kto cię pytał o zdanie?! Nie widzisz, że ten pan przyszedł do tatusia? Idź na dwór.
– Czekaj Radek. Wiesz, że tata był kiedyś sportowcem?
– Nie, tata nic mi nie mówił.
– Nie pokazywał ci medali, pucharów?
– Puchary wszystkie potłuczone, a po medalach tylko takie fajne pudełka zostały. Jak byłem kiedyś na podwórku to pokradli, magnetofon też ktoś wyniósł…

Radek Wojnowski – dziesięcioletni blondynek o niebieskich oczach, do złudzenia przypominający ojca: czterdziestoletniego blondyna o zniszczonej twarzy z oczami dziecka – wybiegł na podwórko. Ma ferie zimowe. Nikt z rówieśników nie wie, że jest synem byłego mistrza Europy. Wielu wie, że jest synem pijaka. Podwórko jest fajniejsze od domu. Na stole zostały wianek petów i miska z resztką manny na wodzie. W łóżku został tata, którego obudził jakiś pan zadający pytania, jak milicjant albo kurator.
W mieszkaniu zostałem z błądzącym zdziwionymi, małymi oczkami najlepszym sztangistą w historii Pomorza, rekordzistą świata, mistrzem Europy, dwukrotnym olimpijczykiem. Człowiek, którego nazwisko figuruje do dziś, po szesnastu latach – mimo zawrotnego postępu wyników – na piątym miejscu w historii polskiej wagi piórkowej, bije dziś we mnie wczorajszym chuchem nie przetrawionego piwa.

*

Po uroczystościach 100-lecia sportu bydgoskiego, kiedy zamiast mistrza sztangi zobaczyłem na akademii puste krzesło, poszedłem do sekcji podnoszenia ciężarów Zawiszy. Aby dojść do pokoju kierownika, trzeba najpierw minąć korytarz będący galerią chwały wojskowego klubu. Duże fotografie w ramkach przypominają reprezentantów wielu dyscyplin – mistrz olimpijski, mistrz świata, Europy, Spartakiady Armii Zaprzyjaźnionych, znowu świata, Europy…
W głowie kręci się od kolorów, medali, cyfr, a i stopni wojskowych, bo większość tych legend z fotografii to oficerowie i podoficerowie Wojska Polskiego. Jest wśród nich także starszy sierżant Jan Wojnowski. Na ścianie jest, a w życiu? Wszak krzesło było puste.

– To był wyjątkowy talent – wspomina Czesław Paterka i trzeba mu wierzyć. Człowiek, którego pierwszego spytałem o Wojnowskiego, był kiedyś jego kolegą z pomostu, a dziś jest cenionym szkoleniowcem pierwszoligowej drużyny. – Oczywiście, trwalsze miejsce od Janka zdobyli w historii Baszanowski, Smalcerz, Paliński i kilku innych, ale zapewniam pana, że Wojnowski był przy nich wszystkich niepowtarzalną perłą. Ani wcześniej, ani później nie widziałem chłopaka o takich predyspozycjach fizycznych do dźwigania ciężarów. Przede wszystkim wrodzona szybkość, koordynacja ruchów, ale także siła. Pokaż mi pan zawodnika tej wagi, który przysiada ze sztangą 220 kilogramów! Tylko że przy tych możliwościach Janek powinien w życiu wygrać dużo więcej niż wygrał i startować dłużej niż startował. Jeśli nie wie pan dlaczego, niech pan jedzie na Błonie i sam go zapyta. My z nim nie mamy kontaktu. Próbowaliśmy, ale on wybrał życie niebieskiego ptaka. Może pan będzie miał więcej szczęścia, niż my, jego koledzy.

Bo szczęście trzeba było mieć rzeczywiście. Po kilku spalonych podejściach zlitowała się wreszcie jedna z sąsiadek, przekonana, że jestem komornikiem: – Jego najlepiej w „Antałku” szukać. Wie pan, taka szklana piwiarnia przy Szubińskiej.
I rzeczywiście. Był to strzał w dziesiątkę. Wskazówka tak celna, że o rozmowie nie mogłem nawet marzyć. „Antałek” daje schronienie niebieskim ptakom, za to rannym ptaszków, ludzi wstających nad ranem do pracy nie bardzo toleruje. Do wieżowca na Błoniu wróciłem rano. Mistrz jeszcze spał.
– No, piję, piję często – zaczął wyjaśniać konspiracyjnym tonem, gdy Radek wyszedł z mieszkania. – Mam problemy, konkubina, to znaczy matka mojego syna, ciąga mnie po sądach. Raz mnie oskarżyła, że brałem jej zakładowe pieniądze. A ja wiedziałem, że to jej?! Przecież pieniądze nie są znaczone. Dostałem rok w zawieszeniu. Potem znowu mnie oskarżyła, że ją chciałem zabić. Uniewinnili mnie z braku dowodów, ale czekam co teraz będzie z rewizją. A jutro mam sprawę o alimenty. Jak pracuję, to oddaję normalnie. Teraz przez trzy miesiące nie pracowałem i masz pan. Nie mogę się jakoś w robocie utrzymać. Wie pan jak to jest, człowiek zabaluje, parę razy się nie pokaże, a już porzucenie wpisują…

Wiele jest dorosłych życiorysów, których początkiem i końcem jest kieszeń. I ten zaczął się od wyprawy „za chlebem”. Wojnowski pochodzi z kujawskiej wsi Torzewo. Czarnoziemy tam urodzajne, ale siedemnastoletniego ślusarza kusiła wojewódzka, wielkoprzemysłowa Bydgoszcz. Podbój świata zaczął więc Janek od hotelu robotniczego na osiedlu Kapuściska i hali produkcyjnej „Zachemu”. W wolnych chwilach brygada Janka wyszukiwała sobie drążki z zębatymi kołami i młodzieńcy popisywali się siłą. Jeden z nich, były wioślarz Zawiszy, szybko spostrzegł, kto najłatwiej radzi sobie z pięćdziesięciokilogramowym żelastwem. – Aleś ty chłopie mocny! – rzekł do Wojnowskiego. – Z ciebie trzeba zrobić sportowca.
Tak chłopak z Torzewa trafił na pierwszy trening z prawdziwą sztangą, prowadzony przez Krzysztofa Becka. Znakomity niegdyś sportowiec, trener, dziś pułkownik w stanie spoczynku, lepiej od swojego wychowanka pamięta tamto popołudnie 1966 roku.

– Już na dzień dobry zdziwił mnie trochę, bo był po kilku „jasnych:. Byłem jednak ciekawy, co to za kozak. Na próbę kazałem mu oderwać od ziemi ciężar 120 kilogramów. Dał radę, a za chwilę widziałem już, jak przysiada ze sztangą 110 kg. Jak na żółtodzioba ważącego 54 kilogramy, to było dużo. Już po kilku zajęciach wiedziałem, że trafiło mi się coś niezwykłego. Chłopak szybko łapał wszystkie detale techniki poszczególnych bojów. A że szybkość i siłę przyniósł ze sobą, więc postępy były ogromne. Kilka miesięcy później zdobył brązowy medal mistrzostw Polski juniorów.

*

Hotel robotniczy, koledzy z pracy, wielkie – dla wiejskiego chłopaka – miasto, to wszystko powinno przyciągać raczej do innych rozrywek, niż do podrzucania żelaznych kół na gryfie. Więc co przyciągało do klubu?
– Pieniądze. W zakładzie zarabiałem 700 złotych, więc gdy w Zawiszy dostałem po pół roku bony żywnościowe, to już było coś. Poza tym mówili mi wciąż, że jestem obiecujący, wszystko mi się udawało…
Udawało się szybko, nawet na przekór utartym regułom wychowania i szkolenia. 1 maja 1967 roku Janek nie dotarł na defiladę sportowców i… nie pokazał się w klubie do jesieni. Beck go nie przekreślił. Wojnowski naprawdę musiał być niezwykłym talentem, jeżeli po przepracowaniu zimy i wiosny olimpijskiego roku 1968, w katowickich mistrzostwach Polski seniorów zostawił za sobą całą kadrę na Meksyk.
Klemens Roguski, widząc jak dzieciak z półtorarocznym stażem zawodniczym wygrywa z wicemistrzem świata Mieczysławem Nowakiem, nie daje szans występującemu wtedy w kategorii piórkowej Henrykowi Trębickiemu, włącza bydgoszczanina do przygotowań centralnych. Nie wie trener kadry o kilkumiesięcznych „wagarach” mistrza i latem zaprasza do przymiarki garnituru na uroczyste otwarcie igrzysk olimpijskich.

Miał być „eskortą” Nowaka w walce ze wspaniałymi japońskimi braćmi Yoshinobu i Yoshiyuki Miyake. Tymczasem wbrew teoriom głoszącym, że zmiana pokoleń w tej dyscyplinie nie odbywa się z dnia na dzień, właśnie Wojnowski okazał się liderem polskiej ekipy w swojej wadze. Był czwarty. Do brązowego medalisty zabrakło mu 2,5 kilograma, do srebra 5 kg, ale dający ten medal wynik Rosjanina Dito Szanidze był już rekordem Europy. Piątego w klasyfikacji Nowaka wyprzedził o 7,5 kg.
– Szkoda ostatniego podejścia w podrzucie – mówi dziś Wojnowski. – Mając świadomość moich predyspozycji, nie pracowałem jak trzeba nad techniką. Przekonałem się, że dysponując efektowne ciężary trzeba kombinować. Inni wybijali sztangę z klatki, wchodzili biodrami, grzbietem, a ja tylko: „ile Bozia pary dała”.
– To nieprawda, że nie pracowaliśmy nad techniką – wspomina pułkownik Beck. – Pracowaliśmy, ale przy wszystkich swoich zaletach Wojnowski miał niekorzystną budowę ciała – złe proporcje między przedramieniem a ramieniem. Przy podrzucie sztanga nie leżała mu po zarzuceniu na piersiach. Inni wybijali z klatki, a on musiał siłą rzeczy pchać rękami. Na szczęście, miał w nich dynamit. Co on wyprawiał! W czasie, gdy rekord świata w rwaniu wynosił 122 kilogramy, on wyrywał na treningach 130 kg po kilka razy. Czegoś takiego nigdy nie widziałem.

*

Ogromne możliwości potwierdził medalem w 1970 roku. W węgierskim Szombathely zdobył wicemistrzostwo Europy i w roli faworyta pojechał za „Wielką Wodę”, do Columbus, na mistrzostwa świata. Wspaniałe i dziwne zarazem były te mistrzostwa. Nowak – złoto, Wojnowski – srebro, a po mistrzostwach seria dyskwalifikacji. Dopingowa zaraza lat osiemdziesiątych była wtedy czymś równie odległym jak wyniki Naima Suleymanoglu, a jednak działacze światowej federacji zdyskwalifikowali za niedozwolone wspomaganie Polaków, Rosjanina, Węgra i Japończyka. Jeszcze większe zdziwienie – bo Wojnowski do dziś twierdzi, że nie wie, o co wtedy chodziło – nastąpiło na kolejnych mistrzostwach świata, w Limie.
Wojnowski pojechał do Peru jako czempion europejski z Sofii. Na miejscu okazało się, że panowie w granatowych garniturach przepraszają za nieporozumienie i zwracają medale z Columbus. Bydgoszczanin został więc wicemistrzem świata po rocznym zawieszeniu tej godności.

Wtedy rozpoczął się jednak drugi – obyczajowy – wątek jego przygody ze sportem. Za kołnierz nie wylewał już wcześniej, ale „ciężary” mierzone w gramach zręcznie ukrywano. Z czasem jednak były to już takie „osiągnięcia”, że w sportowym światku rozchodziła się druga sława Wojnowskiego. Po Limie zahuczało już trochę dalej niż na pomoście i w okolicach, bo „przygotowań” i wyników był zbyt ścisły. Koledzy i trener Beck, który zna sprawę tylko z opowiadań, wspominają, że Janek wchodził do samolotu, odlatującego na mistrzostwa do Peru, przy pomocy dwóch przyjaciół z reprezentacji. Sam bohater dziś nieznacznie prostuje tę przygodę:
W przeddzień odlotu do Limy ostro zabalowałem w warszawskiej restauracji „Kaukaska”. Nikt mnie nie wprowadzał do samolotu, tyle że mnie w hotelu musieli spakować. Dlaczego mnie w ogóle zabrali? A kto miał lecieć? Miałem się już na miejscu wziąć w garść, do dnia startu zostało kilka dni i trenerzy liczyli, że dojdę do siebie. Niestety, nie zbiłem wagi. Nie mogłem wytrzymać w saunie, lekarz zauważył objawy zapaści. Wróciłem do kraju, nie wychodząc w Peru na pomost. Nie, to nie było pierwszy raz. Już w Sofii, następnego dnia po zdobyciu złota, trzeba było sukces opić. Bar był w tej samej hali, gdzie startował Baszanowski, ale jego walki już nie pamiętam…

Alkoholowe antrakty w karierach mistrzów. Ani to nowe, ani specjalnie oryginalne. Jedno, co odróżnia tę opowieść od innych dramatów, to ton relacji, jaką daje sam Wojnowski. Nie oskarża nikogo, nie wskazuje winowajców swojego zmarnowanego życia. Ani razu nie posłuży się sprawdzonymi przez innych sformułowaniami: „pili działacze, to i ja piłem, jak byłem potrzebny – przymykali oko, a potem wyrzucili mnie na bruk„. Zmęczony trudami wyczerpującego poprzedniego popołudnia, patrzy wstecz bardzo prostolinijnie i lapidarnie: „piłem, bo chciałem, to było moje życie…„.

*

– Wie pan jak to jest. Byłem sam, bez żony i dzieci na utrzymaniu. Dość szybko dostałem mieszkanie z wojska, po każdych zawodach na brak gotówki nie narzekałem. Co było robić? Byłem młody. W „Zodiaku” miałem swój stolik, w „Orbisie” też nie musiałem czekać na progu. Koledzy sami się znaleźli. Z czasem prezes klubu zaczął wołać mnie na dywanik, ale kończyło się na gadaniu. Nawet jak mnie dyskwalifikowali, to potem szybko odwieszali, bo były zawody. Moje punkty mocno pracowały na czterokrotne drużynowe mistrzostwo Polski, które w tamtych latach zdobywał Zawisza. Pod koniec tego najciekawszego dla mnie sezonu ’71 byłem z kolegą w „Słowiance”. Mieliśmy mocno w czubach i kolega, wychodząc, zamiast ręką otworzył sobie wahadłowe drzwi kopniakiem. Na nieszczęście, po drugiej stronie stał milicjant i dostał w głowę. Rzucił się na nas, ale po co zaczął szarpać mnie? No i zwichnąłem mu rękę. Trafiłem na komendę, potem do WSW. Cała sprawa skończyła się tak, że z obozu kondycyjnego kazali mi wysłać do niego widokówkę z przeprosinami. Bałem się sądu, a tu tylko widokówka…

Czy należy szukać winnych gdzie indziej, jeśli on sam ich nie szuka? Niby stał się osobą publiczną, nie żył na pustyni, był sportowcem pod opieką ludzi wielce zasłużonych dla polskiego sportu, ludzi, którzy zajmowali się takimi prawdziwymi dżentelmenami wielkiego wyczynu jak Zygmunt Smalcerz czy Waldemar Baszanowski. Był podoficerem Wojska Polskiego, członkiem partii. Ale czy przestał być przede wszystkim chłopakiem z Torzewa, któremu wszystko się udawało?
– Robiliśmy wszystko, co było można – zapewnia dziś Beck. – W 1972 roku powstała nawet specjalna komisja „do spraw Wojnowskiego”, w składzie trzech podpułkowników, m.in. szef kadr POW. Zaczęło się od tego, że nie przyjechał po igrzyskach w Monachium na spotkanie z generałem Barańskim, ówczesnym dowódcą okręgu. Popędziłem po niego samochodem na Błonie, a on leży z dziewczyną w betach i mówi, że mundur zgubił. Pojechałem do innego sierżanta pożyczyć ten mundur, ubrałem Janka i „stówą” na uroczystość do Zawiszy. Generał ze spokojem skomentował: „Wybitnym się zdarza”. Tłumaczyliśmy Wojnowskiemu wielokrotnie, że mundur, że stopień, że czystość sportu, że w końcu pieniądze też za to są. Nie pomagało. Zabraliśmy mu najpierw dożywianie. Kazałem wpłacać mu na książeczkę, zamiast do ręki. Za to kupiliśmy mu meble, bo nie miał nic. Dostał naganę partyjną. Ale kiedy opowiadał na obozach kadry o tym wszystkim, to się tylko śmiali. Nie miałem wpływu na to, co dzieje się w Zakopanem i Warszawie, a wiele przede mną ukrywano. Dziś niektórzy mówią, że ja go wykończyłem. Tak, to ja napisałem, by rozliczyli go dyscyplinarnie. Myślałem, że będzie szkoleniowcem, ale straciłem cierpliwość. Został usunięty z wojska. Człowiek jest kowalem swojego losu
Widokówkę do milicjanta wysłał jednak Janek po zabawie w Bydgoszczy i z obozu klubowego. Może i wykułby coś kowal Wojnowski, gdyby w tej kuźni nauczyciele rzemiosła inaczej w miech dmuchali.

*

Najdłużej utrzymał się w gazowni i w „Łączności” – po dwa lata. Jaki będzie kres tej drogi? Więzienia się nie boi. Był.
– Raz sikałem w bramie i odsiedziałem kolegium, bo nie miałem 20 tysięcy na grzywnę. Ostatnio parę miesięcy też za grzywnę, bo mnie konkubina podała, że jej pieniądze z torebki wyciągałem. No, wyciągałem, grosze na piwo. Włóczy mnie ta konkubina po sądach, ale i utrzymuje. Głupio, co?
Nie utrzymał najtrudniejszego ciężaru, jaki może spaść na sportowca: ciężaru sukcesu – mówi Czesław Paterka. – Idący za awansem sportowym awans społeczny okazał się za ciężki. Sądzę, że koleżeński i bezkonfliktowy Janek miał to nieszczęście, że sport nie zdążył go uodpornić. Są zawodnicy, którzy dojrzewają w porażkach, wiedzą jak żmudne jest powtarzanie tych samych elementów po sto razy, by o kilogram poprawić rekord życiowy. Jankowi te sprawy były obce. Wykończył go własny talent.

*

Od czasu, gdy poznawałem historię zaliczanych sportowych bojów Wojnowskiego i spalonych przez niego życiowych podejść, minęły dwa lata. Jesienią tego roku Radek otworzył mi znowu drzwi. Na pytanie, gdzie szukać taty, chłopiec bez wahania recytuje adres: Żwirki i Wigury 1. I zaraz dodaje – tata jest w pracy!
Prywatny wytwórca siatek ogrodzeniowych nie ma nic do zarzucenia swojemu jedynemu pracownikowi. Tyle że zaraz po pierwszym każdego miesiąca trzeba go trzymać krótko, bo może nie wytrwać. Wojnowski chce wytrwać. Musi wytrwać. Na kolejną grzywnę za długi alimentacyjne znów nie będzie miał od kogo pożyczyć i pójdzie siedzieć. Do „Antałka” czasem wyskoczy, ale zaraz leci do domu, bo wprawdzie chłopak „ma po matce książki, lecz po ojcu sprawność”. Lepiej więc już niech przy książkach zostanie.

*

Radek urodził się trochę za późno. W 1976 roku jego ojciec palił ostatnie podejścia. Jana Wojnowskiego podziwiały tłumy, taty Radka już nie.
MICHAŁ ŻUROWSKI

* To kolejna pozycja nowego działu, w którym przedstawiane będą archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się artykuły z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Powyższy tekst został wyróżniony w Konkursie im. Jana Rottera.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.