Oto jest Kasia!

Najważniejsze w życiu to znaleźć się w odpowiednim miejscu, we właściwym czasie, w sprzyjających okolicznościach. Jest ktoś, komu przytrafiło się niemal idealne zrządzenie losu.
Gdyby nie rewolucja w krajach arabskich przed kilkunastu miesiącami, nie załamałby się tamtejszy rynek zbytu słodyczy wadowickiej „Skawy” i firma nie obniżyłaby nakładów na drużynę AZS UEK. Klub nie zaproponowałby siatkarkom obniżonych kontraktów i te gremialnie nie odeszłyby ze składu. Nie trzeba byłoby szukać tańszych zawodniczek z niższych lig. A gdyby potem do sponsorowania nie włączyła się Armatura, nie przyszłyby ekstraklasowe wyjadaczki, przy których niedoświadczonej dziewczynie gra się dużo pewniej. No i gdyby tak bardzo nie przeciągnęła się rehabilitacja Edyty Rzenno, jej młodsza koleżanka mogłaby nie mieć abonamentu na miejsce w podstawowej „szóstce”. Ale to wszystko się wydarzyło i kiedy dzisiaj spytać kogoś z krakowskiego środowiska siatkarskiego o Katarzynę Połeć, odpowiedź często brzmi: „Nie wiem o niej za wiele, bo wcześniej o niej nie słyszałem, ale wiem, że za rok-dwa na pewno zagra w ekstraklasie„.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Kiedy pan to tak zobrazował, widać, jak bardzo mi się poszczęściło – kiwa głową mierząca 191 cm, sprawna środkowa. – Ale to jeszcze nie wszystko! Przecież przez cały poprzedni sezon grałam dosyć słabo i na pewno nie wyróżniałam się w Czarnych Słupsk, walczących na dodatek o utrzymanie. Na początku maja przyjechałam do Krakowa na Akademickie Mistrzostwa Polski i miałam tu trzy dni konia. Może to powietrze?… Czułam tyle siły! Po każdym meczu chciałam dalej grać, byłam nie najedzona siatkówką.
Kiedy po dwóch tygodniach zadzwonił z propozycją trener „Ekonomicznej”, Tomasz Klocek – była zaskoczona, ale nie na tyle, by się długo zastanawiać. Zwłaszcza że to samo radzili rodzice.
I tak niezwykłości się dopełniły, bo Kaśka przemyśliwała przez całą wiosnę nad… zakończeniem kariery siatkarskiej. – Czemu? A! Byłam już sześć lat w Słupsku i nic się prawie nie działo – tłumaczy. – Po sezonie chciałam rzucić sport i zająć się studiami.

Jeśli dziś czwartek, to skaczemy w dal

Marek Majewski, trener Czarnych, swoje zawodniczki wyciągał z różnych dziwnych miejsc. Jedną z sali judo, inną z obozu strażackiego dla młodzieży. Kasię zobaczył na boisku do koszykówki, gdzie reprezentowała swoje gimnazjum z Ustki w rozgrywkach szkolnych. – Spytał, czy nie wolałabym pograć w siatkę, krótko odpowiedziałam: „Nie, dziękuję”. Liczyła się tylko lekkoatletyka, moja pierwsza i największa sportowa miłość – zwierza się.
W Jantarze Ustka od ósmego roku życia skała w dal, będąc dwunastolatką legitymowała się rewelacyjnym rekordem: 530 cm. – Uwielbiałam to! Nawet na WF w szkole męczyłam nauczyciela „Proszę pana, proszę pana, błagam, poskaczmy w dal! Poskaczmy w dal!!” – wspomina, pokazując jak składała dłonie do modlitwy przed wuefistą.
Nie wiem, czy pan słyszał o czwartkach lekkoatletycznych?
– No tak, w Krakowie też coś takiego urządzano co roku, dla szkół.
Właśnie, a finały były organizowane w Warszawie, dla najlepszych zawodników, po jednym z każdego województwa. I ja tam byłam trzy razy – dla podkreślenia pokazuje trzy palce, oczy jej błyszczą, a w głosie brzmi duma.

Bardzo szybko rosła, lekkoatletyczny trener przestawił ją na skok wzwyż, ale zatracała już tamtą werwę. Krążyła między konkurencjami – sto metrów przez płotki, rzut szczepem, pchnięcie kulą – a na domiar złego, coraz bardziej bolały ją kolana. – Rodzice się przestraszyli, bo naprawdę pojawiły się poważne problemy. Bardzo żałowałam, ale musiałam zrezygnować z treningów.
Czasu miała więcej, w którąś sobotę poszła na mecz Czarnych, w którym występowała jej koleżanka, Anna Szutenberg. Majewski ponownie zwrócił na nią uwagę. – Po weekendzie wróciłyśmy do szkoły i Ania pyta, czy byłaby możliwość, żebym przyszła na zajęcia, bo trener prosił – opowiada. – Strasznie się opierałam początkowo, miałam ogromny dystans do siatkówki. No ale Ania ze mną pogadała, pogadała, więc powiedziałam: „No dobra, pójdę na te jedne zajęcia”. Potem pojechałam na turniej z dziewczynami. I tak już zostało
Dolegliwości kolan mijały, po roku ćwiczeń siatkarskich (na dobre zaczęła je w pierwszej klasie liceum) stawy nie odzywały się w ogóle. Można też było wrócić do lekkiej atletyki. – Myślałam o tym, ale skoro jakoś mi szło, postanowiłam, że zostanę przy siatkówce. Ponoć dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki – tłumaczy. – Widocznie tak miało być, tak miałam zapisane.
Za chwilę traci powagę, zakrywa twarz dłońmi i trzęsie się ze śmiechu na wspomnienie kultowego dowcipu klubowego w Słupsku. Trener wziął przerwę i w zdenerwowaniu huknął na dziewczynki: „Nie chowajcie piasku do głowy!”.

Rodzina zastępcza

Takie bardzo luźne skojarzenie… W dziecięcej książce Miry Jaworczakowej, z której został zaczerpnięty tytuł tekstu Kasia jest egoistyczną dziewczynką, która zmienia się pod wpływem opieki nad nowonarodzoną siostrzyczką. Nasza bohaterka jest bardzo związana z rodziną, którą… bardzo chętnie opuściła latem ubiegłego roku. – Kiedyś musiałam to zrobić. Pogadam z najbliższymi godzinkę na skypie i jest OK. Z czym się tak dobrze czuję tutaj? Ze świadomością, że jestem na własnym utrzymaniu, sama musze o siebie zadbać.
– I to jest takie fajne?!
Uhm.

O sześć lat starszy brat też jest podłączony do sieci skype. Wyjechał z domu w tym samym wieku co siostra, trafił do Anglii, gdzie pracuje, założył rodzinę. – A ja tutaj mam drugą rodzinę – Katarzyna zakreśla znak cudzysłowu: – Rodzinę zastępczą.
Połeć, Barbara Kubieniec i Żaneta Baran mieszkają niedaleko Ronda Grzegórzeckiego, o jeden przystanek tramwajowy od hali Uniwersytetu Ekonomicznego. – Przed przyjazdem do Krakowa zastanawiałam się jak to będzie ze współlokatorkami, czy nie będziemy się kłócić – zwierza się. – Ale super się dogadujemy, nie ma spięć, nieporozumień.
– Nawet o łazienkę?…
– W ogóle. Mamy tak dużą łazienkę, że naraz się mieścimy. Mamy brodzik, wannę i umywalkę, nawet jednocześnie wszystkie możemy myć włosy.

Duże miasto szału nie robi

Wzięła urlop dziekański, bo nie wiedziała, czy pogodzi naukę i zajęcia uczelniane z intensywnymi, ciężkimi treningami, przed którymi przestrzegał ją Tomasz Klocek. Studia na trzecim roku pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej, zaczęte na Akademii Pomorskiej, chce wznowić jesienią na Uniwersytecie Pedagogicznym. Póki co, odpoczywa, ogląda filmy, rozmawia z rodziną, siedzi w internecie i trochę zwiedza. Inaczej niż znakomita większość przybywajacych tu sportowców nie wygłasza rytualnych – i chyba nie zawsze w ich przypadku szczerych – zachwytów nad Krakowem. – Miasto jak miasto, szału nie robi. Jest ładny, ale żeby się w nim zakochać to nie… Nie ma takiego, które by mnie szczególnie urzekło. Paryż? Byłam dwa razy i też jakoś nie. Generalnie, nie lubię dużych miast, tłumu – z wdziękiem trzyma się roli dziewczyny z prowincji. – Urodziłam się i wychowałam w Ustce, gdzie mieszka 18 tysięcy ludzi. Zimą, o 19, żywej duszy nie spotka się na ulicy. Przyjechałam do Krakowa i, Boże, tu samochód, tam samochód; dwunasta w nocy, ludzie chodzą, samochody jeżdżą.
– A kilkaset osób siedzących nad głową w hali UEK nie przeraża?
Nie. Jestem skupiona wyłącznie na meczu i nie myślę o tym. Mogłoby być 10 tysięcy i w ogóle bym tego nie odczuwała.

Początki w Krakowie były ciężkie. Kaśka przyjeżdżając tutaj obawiała się aklimatyzacji w zespole, trudności w zrozumieniu z rozgrywającymi, a przede wszystkim – poziomu pierwszej ligi. I czarne sny zaczęły się sprawdzać… – Nigdy nie zapomnę meczu ze Spartą w Warszawie – kręci głową. – Przez dwa pierwsze sety nie wiedziałam, co się dzieje na boisku, nie wiedziałam, gdzie jest piłka. Dopiero od trzeciego seta się trochę rozluźniłam, zaczęłam co nieco grać. Ale nigdy nie zapomnę tego meczu i tego stresu. I szoku, bo przegrałyśmy z drużyną, którą uważałyśmy za dużo słabszą.

Potem było coraz lepiej. Zdając tacie relację po konfrontacji, coraz częściej mogła opowiadać, dlaczego jest zadowolona. Zresztą ich mały obrzęd po wyjeździe córki z domu uległ odwróceniu. Dawniej odbywał się przed grą i tato był najlepszym motywatorem, a później nieodmiennie zasiadał na trybunie. – Przez sześć lat chyba tylko raz zdarzyło mu się, że nie przyszedł – wspomina Katarzyna. – A wcześniej w domu powtarzał, że mam się nie przejmować niczym, mam grać swoje, to co potrafię, a niezależnie co się wydarzy – dla niego i tak jestem najlepsza i najważniejsza. To mnie zawsze uspokajało.
PAWEŁ FLESZAR

KATARZYNA POŁEĆ JESZCZE INACZEJ:
Ci, co mnie znają, tak na mnie wołają… Kacha, Kasiek
Kiedy byłam mała, chciałam zostać… lekarzem
Gdybym spotkała samą siebie sprzed 10 lat, powiedziałabym jej… nie używaj prostownicy, bo kiedyś będziesz chciała mieć znowu kręcone włosy 🙂
Spotykam siebie za 10 lat… szczęśliwą żoną z 3 trójką kochających dzieciaczków 🙂
Ślinka mi cieknie na samą myśl o… Naleśnikach z nutellą i bananami
Nic tak nie gasi pragnienia, jak… woda truskawkowa Żywiec 🙂
Książka na najbliższej półce… Dean Koontz „Apokalipsa”
Zapominam o popcornie i coli, gdy oglądam… nie ma takiego filmu, żebym mogła zapomnieć o popcornie i coli 😉
Bohater filmowy lub komiksowy, którym chciałabym zostać… gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień, pewnie byłabym Supermanem 🙂
Gdybym miała zagrać w reklamie, wybrałabym… rolę Małego Głoda w reklamie Danio 🙂
Zawsze na moim iPodzie… pop i r’n’b, Beyonce, Alicia Keys, Jennifer Hudson,
Mogę słuchać bez końca… Jennifer Hudson „Thin like a man”
Skąd biorą się ludzie, którzy nie lubią zwierząt, skoro on jest taki milusi… Kiedyś sprawię sobie doga niemieckiego o imieniu Scooby 🙂
Niech sobie kpią z przesądów, ale ja nie wyjdę na mecz bez… bransoletki robionej przez koleżankę z drużyny 🙂
Ulubiony sport do oglądania… na żywo: siatkówka , koszykówka, lekkoatletyka; w telewizji wszystkie sporty, nawet piłka nożna 😉
Przy sobie mam zawsze… kolczyki 🙂
Najdziwniejszy prezent, jaki dostałam… jeszcze takiego nie dostałam 🙂
Swojemu wrogowi podarowałabym… uśmiech 🙂

Skomentuj