Jeden Grunwald w Wieliczce

Trwa kiepska passa drugoligowych siatkarek MKS MOS Wieliczka, które dzisiaj uległy Extrans Patrii Sędziszów 0:3 (25:27, 17:25, 17:25). Ciągle dobrze radzi sobie za to występujący na ich „starych śmieciach” (w Gimnazjum w Wieliczce, skąd żeńska ekipa przeniosła się do nowiutkiej hali Solne Miasto) zespół MKS Biskupice. W trzecioligowej konfrontacji pokonał Grunwald Chełmek 3:2 (25:20, 25:18, 23:25, 15:25, 15:13), choć zwycięstwo mogło być okazalsze.

MKS MOS zaczął jak zwykle nieźle i dzięki dosyć dokładnej grze minimalnie przeważał. Pomagały mu też rywalki, psując sporo serwisów. Kiedy jeszcze Katarzyna Durbas zademonstrowała im trzykrotnie, jak należy wprowadzać piłkę zza linii końcowej – zrobiło się 18:12. Później jednak sędziszowianki, ofiarnie broniąc i skutecznie kontrując, odrabiały straty.
Trenerskim nosem wykazała się Monika Bartnicka – której występ układał się gorzej niż w ostatnich tygodniach – już w połowie seta wpuszczając za siebie na parkiet Magdalenę Radoń. Przedostatni punkt zdobyła dla Patrii Karina Róg, a ostatni był efektem nieczystego odbicia po stronie miejscowych.
Czytaj dalej »

Czekając na pierwszą miłość

Wywiad ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 11 czerwca 2004 r.

Poker jest sztuką oszustwa, przyjacielu. Graliśmy uczciwie: ja oszukiwałem, ty oszukiwałeś, wygrał najlepszy„. Oto cyniczna wizja rywalizacji przedstawiana przez Wielkiego Szu – najbardziej rozpoznawalną rolę JANA NOWICKIEGO. Prywatnie doskonały aktor jest entuzjastą sportu, od lat posiada stałe miejsce na trybunie honorowej stadionu krakowskiej Wisły. Czytaj dalej »

Krótka wycieczka do świata baśni

Piłkarze Wisły, po ładnej grze, pokonali na wyjeździe Odense BK 2:1. Zachowują dzięki temu szanse na awans do fazy pucharowej Ligi Europy. Warunkiem jest jednak ich zwycięstwo 14 grudnia z Twente Enschede w Krakowie oraz remis lub porażka Fulham w Londynie z Duńczykami.

Kiedy po upływie niespełna pół godziny goście prowadzili 2:0 obserwatorzy przecierali oczy ze zdumienia nie tylko nieoczekiwanym rozwojem sytuacji. Wiślacy zdobyli bowiem gole po wyśmienitych akcjach. Pierwsza zaczęła się blisko linii środkowej, skąd Dragan Paljić znalazł dobrze dysponowanego Łukasza Gargułę, który po rajdzie środkiem wypuścił w pole karne Dudu Bitona. Były w tej akcji intuicyjne zagrania bez piłki – najpierw podanie Paljicia przepuścił Andraż Kirm, myląc przeciwników, a potem Biton otrzymując futbolówkę od Garguły zrobił przed przyjęciem ruch w prawo, a sam skręcił w lewo. Był wreszcie szybki i ostry strzał o włos przed interweniującym obrońcą.
Do opisu trafienia Patryka Małeckiego, należałoby z kolei dodać ankietę, która jego bramka pucharowa była ładniejsza: dzisiejsza czy z sierpniowej konfrontacji z Apoelem Nikozja. Tym razem przedarł się z lewego skrzydła do środka, składał się między dwoma Duńczykami. Piłka wpadła w długi róg nieco niżej niż wtedy, ale i uderzał z większej odległości.
Czytaj dalej »

Królowa ringu

Meg Ryan nazywana jest „królową komedii romantycznej”. Słusznie, bo doskonale sprawdza się takim repertuarze, i niesłusznie, bo nie stanowi on, wbrew temu co twierdzi wielu krytyków, jej wyłącznego pola do popisu. Dowodem na to wiele filmów innych gatunków, w tym „Królowa ringu”, obyczajowa opowieść oparta na fragmentach życiorysu Jackie Kallen – jednej z niewielu kobiet, które odniosły sukces w branży bokserskiej.

Jackie była menedżerem mistrzów świata w sześciu różnych kategoriach wagowych.
Tutaj dostrzega talent pięściarski w murzyńskim chłopcu balansującym na skraju kryminalnego półświatka. A dalej opowieść toczy się tak, jak takie historie zazwyczaj toczą się w filmach. Włącznie z problemami z przebiciem się przez mur męskiego szowinizmu i lojalnością zgubioną po zachłyśnięciu pierwszą sławą. Już na początku, na widok wysuniętego w wyrazie uporu podbródka Meg, trudno mieć wątpliwości co do zakończenia. Ale warto obejrzeć film aż do finału, nie tylko ze względu na urok odtwórczyni głównej roli, czy sos humoru, którym podlana jest całość.
Czytaj dalej »

Ja swoją ambicję mam…

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Super Volley” z lutego 2008 roku

– Można go nie lubić, ale cenić trzeba – powiedział kiedyś Sławomir Gerymski o trenerze, z którym o mało się nie pobił. Bo Jan Such nie wiedział, co znaczy słowo pokora, nigdy nie schylił głowy przed przeciwnościami i na ogół je pokonywał.

Latem 1968 roku obok ronda w Katowicach wznoszono już bryłę „Spodka”. Jan Such na ulicy pchał zepsutą, starą furgonetkę marki „Żuk” z dobytkiem swojego przyjaciela Stanisława Gościniaka. Słynny rozgrywający grał właśnie na olimpiadzie w Meksyku, ale zdecydował już, że po igrzyskach przeniesie się z czołowej drużyny w kraju – Gwardii Wrocław do II-ligowej Resovii. Such pomagał żonie Gościniaka w przeprowadzce, wcześniej na zgrupowaniach wieczorami rozmawiali, jak finezyjnie i skutecznie chcieliby grać w Rzeszowie. Rzeczywistość uniosła ciężar marzeń – Resovia lat 70. do dzisiaj jest uznawana za najlepszy zespół klubowy w historii rodzimej siatkówki. A zawodnicy znad Wisłoka wraz z 26-letnim (!) trenerem-wizjonerem, Januszem Strzelczykiem stworzyli fascynującą grę, okrzykniętą mianem „polskiej szkoły siatkówki”. – Byliśmy właściwie drugim zespołem świata, za CSKA Moskwa, obecnie polskim klubom sporo do tego brakuje… – ocenia Such, który ostatnie trzydzieści lat spędził na ławce trenerskiej. – Do tego szybkie akcje na krótkim wycinku siatki. Jeszcze w tamtym roku próbowałem z Resovią grać kombinacyjnie: podwójną krótką z rozciągnięciem na atak z drugiej linii, z prawego skrzydła. Dzisiaj króluje łomot: siła, skoczność, olbrzymie przygotowanie fizyczne. I wszyscy grają „pod jedno kopyto”, jeden system, a gdy ktoś się z niego wyłamuje – nie jest nowoczesnym trenerem.
Czytaj dalej »

Piłkarze nie drwale i swoją technikę mają

Podobnie jak przed rokiem, Cracovia pokonała GKS Bełchatów jedną bramką – 2:1 – zdobytą w ostatniej minucie. Wtedy jednak krakowianie gonili wynik od 0:2 i wszystkie gole strzelali w końcówce. Dzisiaj to oni mogli mieć bezpieczną przewagę już po pierwszej połowie.

Mateusz Żytko po rzucie rożnym Milosa Kosanovicia chyba został nieco zlekceważony, bo uderzał z 6 metrów prawie bez asysty (niedługo później identyczną sytuację miał Jan Hosek, ale Łukasz Sapela obronił). Później „Pasy”, po przeprowadzonych z polotem akcjach, stworzyły sporo świetnych okazji. Najlepsze dwie miał Aleksejs Visniakovs, który najpierw trafił z 12 metrów w obrońcę, a w 30. minucie wyszedł sam na sam, lecz robiąc zamach potknął się i upadając posłał piłkę w słupek.
Czytaj dalej »

Poligon na Wiśle, stres w Wieliczce

W dzisiejszych meczach grypy IV drugiej ligi siatkarek AGH Galeco Wisła pokonała w Krakowie Jedynkę Tarnów 3:0 (25:23, 25:20, 25:13), a MKS MOS Wieliczka uległ u siebie Tomasovii 1:3 (25:23, 23:25, 16:25, 23:25).

Spotkanie w hali przy Reymonta było poligonem doświadczalnym. Najpoważniejszy eksperyment trwa od początku sezonu. Magdalena Pytel, która w BKS Bielsko-Biała była obiecującą środkową, komplementowaną przez tamtejszych trenerów za doskonałe wyczucie bloku, w Wiśle została przyjmującą. Dzisiaj po raz pierwszy wystąpiła w całym spotkaniu. Okazało się, że aby osiągnąć pułap wartościowej skrzydłowej, musi przeskoczyć olbrzymie problemy z odbiorem serwisu przeciwnika, ale przy siatce udowodniła, iż czasem słabość można przekuć w siłę. Wcześniej zwykle ćwiczyła atak z krótkiej, więc rzadko dysponuje klasycznym, mocnym uderzeniem w drugim tempie, nadto chyba nieco hamuje ją kontuzja mięśni prawego ramienia, z jaką długo borykała się w Bielsku. Jednak właśnie zbijając półplasem, bądź kiwając, umieściła wiele piłek w polu tarnowianek (m.in. ostatnią w pierwszej partii). W trzeciej odsłonie tak się rozochociła, że przyłożyła kilka razy „całą parą”, w tym – z szóstej strefy.
Czytaj dalej »

Ogień prosto z pieca

Obecny szkoleniowiec Śląska, Orest Lenczyk, gdy prowadził Wisłę 11 lat temu, podczas jednej z typowych dla siebie, nietypowych odpraw zaczął rysować na tablicy piec. Według objaśnień, piec był stary, częściowo przepalony, częściowo pordzewiały. – Należy się zastanowić, czy coś takiego da się jeszcze naprawić, czy lepiej jednak wyrzucić go, bo bardziej opłaca się kupić nowy – analizował z poważną miną Lenczyk.
– Byłem wtedy jednym z najstarszych zawodników, od pewnego czasu dolegało mi kolano – opowiadał kiedyś z uśmiechem Kazimierz Moskal. – Uznałem, że to aluzja do mnie. Spytałem o to trenera, a on się obruszył, że nigdy by mnie tak nie obraził…

Dzisiaj stanęli przeciwko sobie. Lenczyk, który wygląda jakby czas się go nie imał, nawet kiedy nie nosi bluzy z kapturem i nie robi fikołków na murawie. I Moskal, który po tamtej odprawie grał jeszcze pięć lat, a odkąd zawiesił buty na kołku – swoją uczciwość, prostolinijność i skłonność do poświęceń przeniósł do zawodu trenera. Stał się wypróbowanym pomocnikiem szkoleniowców (zwłaszcza zagranicznych) pracujących w Wiśle oraz strażakiem, gaszącym pożary po ich zwolnieniu. Po raz trzeci (licząc pamiętny z epizod w „meczu stulecia”, wygranym z Sevillą)  musi prowadzić zespół, którego wcześniej nie kompletował i nie przygotowywał. Tym razem jednak, inaczej niż w kiepskim okresie wiosną 2007, zaliczył zwycięstwo wręcz potrójne. Jego drużyna pokonała 1:0 liderującego Śląska na jego stadionie, co może sprawić, że Moskal zachowa stanowisko po zakończeniu sezonu. Dzięki temu Wisła ma też do wrocławian siedem punktów straty, zamiast powszechnie do dzisiaj sugerowanych trzynastu, dzięki czemu zachowuje szanse na obronę mistrzostwa. I wreszcie – powszechnie lubiany Kazek okazał się lepszy od nestora polskich trenerów w konfrontacji w pewnej mierze rozgrywającej się w sferze taktyki.
Czytaj dalej »

Praca, wypłata i urlop

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 15 marca 2002 roku

Przed rewanżem z Rocchigianim wiedziałem, że coś muszę ze sobą zrobić – wspomina Dariusz Michalczewski. – Mówię do Fritza Sdunka: „Słuchaj, Fryc, jadę w góry, napisz mi plan przygotowań”.
Po powrocie z samotnego pobytu w Zakopanem, tak zbił Graziano Rocchigianiego, że ten – znękany – poddał się przed końcem pojedynku.

Historia jak z filmu „Rocky”. Tyle że przygotowania do zawodowej walki bokserskiej wyglądają inaczej niż wymyślił to dla odgrywanego przez siebie bohatera Sylvester Stallone. Michalczewski nie okłada pięściami tusz wołowych w rzeźni, nie ugania się, dla nabrania kondycji, za kurczakami po podwórku. Jest w Zakopanem już po raz siódmy, tym razem towarzyszy mu nowa narzeczona Patrycja z dwójką swoich dzieci, brat Tomasz, masażysta Krzysztof Busch i dwóch osiadłych w Niemczech bokserów z byłej Jugosławii – Stipe Drews i Aleksander Petković. Nie ma trenera Fritza Sdunka, który w Hamburgu dogląda braci Kliczków. Ekipa dostała od niego rozpisany na kartce plan zajęć na dwa tygodnie.

Dzień rozpoczyna się od basenu. – To taki „brandzelek”, idziemy sobie tylko lekko popływać – wyjaśnia „Tygrys”. Przed południem ośmiokilometrowy bieg; pierwszą rundkę wokół stadionu zakopiańskiego COS-u bokserzy przebywają truchtem, bądź spacerkiem. Potem już raźniej biegną po alejkach pokrytych spłachetkami topniejącego śniegu i kupkami zrudziałych, zeszłorocznych igieł. Otwarty jak zwykle („Nie mówcie do mnie per pan, Darek jestem”), gestykuluje podczas biegu, opowiadając coś po niemiecku Drewsowi. Z chwili na chwilę nakręca tempo. Na piątym okrążeniu jest już sam. – Goście nie wytrzymują, muszą się przyzwyczaić – komentuje. Kończy bieg niemal dublując kumpli. – Nie rozumiem ich, przyjechali tu sami, a ja mam kobietę i większe obowiązki: „abendstrening”, „morgenstrening”. A i tak za mną nie nadążają.
Czytaj dalej »

Warto rozmawiać ;)

W ładnym stylu Krakowska Akademia Wanda Instal pokonała BBTS Bielsko-Biała 3:0 (25:23, 25:21, 25:23). Krakowianie awansowali do IV rundy Pucharu Polski, w której – znowu we własnej hali – zmierzą się 7 grudnia z MKS MOS Będzin. Stawką konfrontacji będzie możliwość rywalizacji z zespołem ekstraklasowym w V rundzie.

Póki co, gospodarze doskonale poradzili sobie z liderem I ligi, w której wszak idzie im kiepsko; są na ostatnim miejscu w tabeli. W pierwszej partii walka była bardzo wyrównana, w lustrzany wręcz sposób: jak Bartłomiej Soroka zrobił asa na Wojciechu Włodarczyku, to za chwilę Włodarczyk ukąsił w ten sam sposób Sorokę. Dwa asy Damiana Domonika dające prowadzenie 12:10, natychmiast bilansował swoimi serwisami Krzysztof Latocha (12:12). Przy stanie 23:23 ten ostatni uderzył jednak w aut, a Domonik zaaplikował przyjezdnym kolejnego asa (w całym meczu miał ich 5).
Czytaj dalej »