Ogień prosto z pieca

Obecny szkoleniowiec Śląska, Orest Lenczyk, gdy prowadził Wisłę 11 lat temu, podczas jednej z typowych dla siebie, nietypowych odpraw zaczął rysować na tablicy piec. Według objaśnień, piec był stary, częściowo przepalony, częściowo pordzewiały. – Należy się zastanowić, czy coś takiego da się jeszcze naprawić, czy lepiej jednak wyrzucić go, bo bardziej opłaca się kupić nowy – analizował z poważną miną Lenczyk.
– Byłem wtedy jednym z najstarszych zawodników, od pewnego czasu dolegało mi kolano – opowiadał kiedyś z uśmiechem Kazimierz Moskal. – Uznałem, że to aluzja do mnie. Spytałem o to trenera, a on się obruszył, że nigdy by mnie tak nie obraził…

Dzisiaj stanęli przeciwko sobie. Lenczyk, który wygląda jakby czas się go nie imał, nawet kiedy nie nosi bluzy z kapturem i nie robi fikołków na murawie. I Moskal, który po tamtej odprawie grał jeszcze pięć lat, a odkąd zawiesił buty na kołku – swoją uczciwość, prostolinijność i skłonność do poświęceń przeniósł do zawodu trenera. Stał się wypróbowanym pomocnikiem szkoleniowców (zwłaszcza zagranicznych) pracujących w Wiśle oraz strażakiem, gaszącym pożary po ich zwolnieniu. Po raz trzeci (licząc pamiętny z epizod w „meczu stulecia”, wygranym z Sevillą)  musi prowadzić zespół, którego wcześniej nie kompletował i nie przygotowywał. Tym razem jednak, inaczej niż w kiepskim okresie wiosną 2007, zaliczył zwycięstwo wręcz potrójne. Jego drużyna pokonała 1:0 liderującego Śląska na jego stadionie, co może sprawić, że Moskal zachowa stanowisko po zakończeniu sezonu. Dzięki temu Wisła ma też do wrocławian siedem punktów straty, zamiast powszechnie do dzisiaj sugerowanych trzynastu, dzięki czemu zachowuje szanse na obronę mistrzostwa. I wreszcie – powszechnie lubiany Kazek okazał się lepszy od nestora polskich trenerów w konfrontacji w pewnej mierze rozgrywającej się w sferze taktyki.
Czytaj dalej »

Praca, wypłata i urlop

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 15 marca 2002 roku

Przed rewanżem z Rocchigianim wiedziałem, że coś muszę ze sobą zrobić – wspomina Dariusz Michalczewski. – Mówię do Fritza Sdunka: „Słuchaj, Fryc, jadę w góry, napisz mi plan przygotowań”.
Po powrocie z samotnego pobytu w Zakopanem, tak zbił Graziano Rocchigianiego, że ten – znękany – poddał się przed końcem pojedynku.

Historia jak z filmu „Rocky”. Tyle że przygotowania do zawodowej walki bokserskiej wyglądają inaczej niż wymyślił to dla odgrywanego przez siebie bohatera Sylvester Stallone. Michalczewski nie okłada pięściami tusz wołowych w rzeźni, nie ugania się, dla nabrania kondycji, za kurczakami po podwórku. Jest w Zakopanem już po raz siódmy, tym razem towarzyszy mu nowa narzeczona Patrycja z dwójką swoich dzieci, brat Tomasz, masażysta Krzysztof Busch i dwóch osiadłych w Niemczech bokserów z byłej Jugosławii – Stipe Drews i Aleksander Petković. Nie ma trenera Fritza Sdunka, który w Hamburgu dogląda braci Kliczków. Ekipa dostała od niego rozpisany na kartce plan zajęć na dwa tygodnie.

Dzień rozpoczyna się od basenu. – To taki „brandzelek”, idziemy sobie tylko lekko popływać – wyjaśnia „Tygrys”. Przed południem ośmiokilometrowy bieg; pierwszą rundkę wokół stadionu zakopiańskiego COS-u bokserzy przebywają truchtem, bądź spacerkiem. Potem już raźniej biegną po alejkach pokrytych spłachetkami topniejącego śniegu i kupkami zrudziałych, zeszłorocznych igieł. Otwarty jak zwykle („Nie mówcie do mnie per pan, Darek jestem”), gestykuluje podczas biegu, opowiadając coś po niemiecku Drewsowi. Z chwili na chwilę nakręca tempo. Na piątym okrążeniu jest już sam. – Goście nie wytrzymują, muszą się przyzwyczaić – komentuje. Kończy bieg niemal dublując kumpli. – Nie rozumiem ich, przyjechali tu sami, a ja mam kobietę i większe obowiązki: „abendstrening”, „morgenstrening”. A i tak za mną nie nadążają.
Czytaj dalej »

Warto rozmawiać ;)

W ładnym stylu Krakowska Akademia Wanda Instal pokonała BBTS Bielsko-Biała 3:0 (25:23, 25:21, 25:23). Krakowianie awansowali do IV rundy Pucharu Polski, w której – znowu we własnej hali – zmierzą się 7 grudnia z MKS MOS Będzin. Stawką konfrontacji będzie możliwość rywalizacji z zespołem ekstraklasowym w V rundzie.

Póki co, gospodarze doskonale poradzili sobie z liderem I ligi, w której wszak idzie im kiepsko; są na ostatnim miejscu w tabeli. W pierwszej partii walka była bardzo wyrównana, w lustrzany wręcz sposób: jak Bartłomiej Soroka zrobił asa na Wojciechu Włodarczyku, to za chwilę Włodarczyk ukąsił w ten sam sposób Sorokę. Dwa asy Damiana Domonika dające prowadzenie 12:10, natychmiast bilansował swoimi serwisami Krzysztof Latocha (12:12). Przy stanie 23:23 ten ostatni uderzył jednak w aut, a Domonik zaaplikował przyjezdnym kolejnego asa (w całym meczu miał ich 5).
Czytaj dalej »

Inżynierowie po przejściach

Przez kilkanaście ostatnich miesięcy drużyna siatkarzy Politechniki Kraków, która jeszcze w sezonie 2009/10 zażarcie walczyła w czubie grupy IV drugiej ligi, przeżyła zwielokrotnione trzęsienie ziemi. Najpierw, latem 2010, ze względów formalno-prawnych załamało się finansowanie przez uczelnię, odeszły w niepamięć wysokie kontrakty, a wraz z nimi pożegnało się z klubem siedmiu zawodników, w tym pięciu podstawowych.
Trener Marek Fornal z tych co pozostali oraz kilku wyszperanych juniorów stworzył młody, ale ciekawy i rozwojowy skład. I wtedy przyszła druga fala trzęsienia ziemi. Ze względów bardziej organizacyjnych niż finansowych musiał odejść szkoleniowiec, na pewien czas pod znakiem zapytania stanął start Politechniki w lidze, odeszli więc też dwaj potencjalni liderzy zespołu: Paweł Golec (do Wandy Instal Kraków) i Kordian Szpyrka (do Kęczanina).
Udało się znaleźć środki na występy w lidze, trenerem został debiutujący w tej roli, niedawny jeszcze zawodnik, 30-letni Mateusz Śrutowski, a Politechnika była typowana do ostatniego miejsca w tabeli.
Czytaj dalej »

Wimbledon

O dziwo, podobne historie się zdarzały. Choćby w przypadku Gorana Ivanisevicia, która w latach 90. był jednym z najlepszych tenisistów na świecie, w 1994 roku zajmował drugie miejsce, zwyciężał w prestiżowych zawodach, bił się na szczytach drabinek turniejów wielkoszlemowych. Pod koniec dekady zaczął jednak przegrywać z przeciwnikami i kontuzjowanym ramieniem, a gabinety lekarskie odwiedzał równie często, co korty. Wypadł poza czołową setkę rankingu, a w 2001 roku „dziką kartę” w Wimbledonie dostał chyba głównie w uznaniu dla dawnych sukcesów i kolorytu, jaki wnosił do rywalizacji. I pewnie nie zależało mu na takiej wdzięczności, bo przeszedł przez turniej jak burza, w półfinale odprawiając miejscowego faworyta, Tima Henmana… A potem, po porywającej, pięciosetowej walce, wyrwał złotą wazę Patrickowi Rafterowi.
Czytaj dalej »

Żona dla obcokrajowca

Tekst ukazał się w miesięczniku „futbol.pl” z listopada 2007 r.

Dwie lewe nogi do tanga, trzy paszporty w szufladzie, krew czterech narodowości w żyłach. 31 lat i 250 kilowatów energii w walce. To Mauro Cantoro, świeżo upieczony Polak, który jednak kiepsko daje się opisać w liczbach.

Grudzień to miły miesiąc. Czas piłkarskiego urlopu, odwiedzin w Buenos Aires, gdzie mieszkają rodzice i panuje wtedy lato. Grudzień to niebezpieczny miesiąc. Można natknąć się w Buenos na Giovanniego Calvanese, opiekuna ze szkółki piłkarskiej Velez Sarsfield, który już kilka razy spytał z wyrzutem: „Co się stało, Mauro? Miałeś 14 lat i byłeś kapitanem reprezentacji narodowej młodzików. Miałeś szesnaście lat, gdy debiutowałeś w pierwszej lidze przeciwko mistrzowi Argentyny – River Plate, na El Monumental. Miałeś wszystko w rękach i gdzie to teraz jest?”.
Stary trener liczył, że Cantoro zrobi taką karierę, jak jego koledzy z juniorskich gier: Juan Sebastian Veron, Marcelo Gallardo, Juan Pablo Sorin.
Czytaj dalej »

Siatkówka na osłodę

AGH Galeco Wisła pokonała w Krakowie MKS MOS Wieliczka 3:0, a przebieg meczu był odzwierciedleniem różnicy potencjałów, zaangażowanych środków finansowych i aspiracji obu drużyn.
Nastoletnie wieliczanki rozpoczęły ze sporą walecznością, ofiarnie broniąc i zmuszając gospodynie do ponawiania akcji. Najlepszy sposób na nie znalazła Paulina Stojek, która zmieniając rytm ataku – uderzając mocno bądź zwalniając rękę – zanotowała stuprocentową skuteczność w pierwszym secie.
Z czasem wiślaczki coraz bezwzględniej łamały opór rywalek: ustawiając sobie grę serwisem, sporo punktów zdobywając blokiem, a przede wszystkim – efektywnie kontrując.

W wigilię spotkania rozgrywająca Wisły, Adrianna Szady przestała być nastolatką. Ten przykry fakt;) osłodziła sobie, zaliczając dzisiaj bardzo udany występ. Na ogół z wyczuciem prowadziła akcje, dbając o zbilansowanie ataku, nie odżegnywała się od finezji (kilka razy kiwając lub wypuszczając na podwójną krótką Magdę Jagodzińską), a regularnie nękała zespół gości „brazylijkami” zza linii końcowej.
Czytaj dalej »

Witajcie w gorszych czasach

– W ubiegłym sezonie przegrały tu Winiary Kalisz, a potem wywalczyły mistrzostwo, więc liczę, że z nami będzie tak samo – mówił w Myślenicach w grudniu 2005 roku, trener Muszynianki, Bogdan Serwiński. Jego drużyna, bez przekąsu nazywana „dream teamem” właśnie została dotkliwie upokorzona przez miejscowy Dalin. Nie pomogła trójka mistrzyń Europy: Joanna Mirek, Milena Rosner, Natalia Bamber oraz była rozgrywająca RC Cannes – Monika Smak, podobnie jak wcześniej – pod wodzą Igora Prielożnego – nie dały rady Anna Barańska, Lena Dziękiewicz, Agata Sawicka, Agata Żebrowska.

Wtedy można było pokpiwać sobie z marnych pociech współtwórcy sukcesów zespołu znad Popradu (wszak już rok wcześniej poległ w Myślenicach, a mistrzostwa nie zdobył), później okazało się, że miał rację. Po paru miesiącach Muszynianka paradowała w blasku złotych medali, a jej odwieczny przeciwnik (rywalizacja ta obrosła wiele kontrowersji, poczynając jeszcze od Serii B) – Dalin – w chwale zespołu, który kreuje mistrzów, spuszczając im lanie. I ze zdolnością do lansowania anonimowych zawodniczek na klasowe siatkarki. Karolina Kosek, Magdalena Saad, Dorota Ściurka, Ewelina Dązbłaż, Sylwia Wojcieska, Karolina Olczyk – tylko pierwsza z nich była wychowanką Dalinu, ale ekstraklasowe szlify i uznanie zawdzięczają mu wszystkie.
Czytaj dalej »

Pogoń się nie Kaja

Dalin Myślenice przegrał, 2:3, z Pogonią Proszowice mecz, który na początku, a potem długo w trakcie wydawał się pod jego kontrolą. Gospodynie powitały rywalki płaską, ostrą zagrywką, dzięki której każda z nich dokładała 1-2 punkty do przewagi (12:6, 13:8).
Za jednym zamachem zbilansowała ją jednak własnym serwisem Małgorzata Żyła, ustawiając grę pod kontry finalizowane najczęściej przez Kaję Rydzyńską (13:13). Po wyrównanym fragmencie, w końcówce największą wartość miały dwie główne opcje ataku Pogoni – Rydzyńska i Agnieszka Woźniak.

Z Dalinu powoli uciekało życie, ale poderwała go do walki powracająca w tym sezonie po roku przerwy Anna Wojtan. Najpierw podaniami zza linii końcowej dała myśleniczankom prowadzenie (od 7:9 do 12:9), a później często sprawnie rozrzucała blok Pogoni. Coraz więcej pojedynków na siatce zaczęły wygrywać, górujące dotąd tylko wzrostem, środkowe, Natalia Perlińska i Marta Świerczyńska. Niezłe efekty przynosiła również w 3. i 4. partii taktyka zamęczania serwisem Rydzyńskiej i Woźniak.
Czytaj dalej »

Światła stadionów

Jeśli lubicie amerykańskie filmy o sporcie, to nie ma po co was przekonywać – ten jest jednym z najlepszych. Do tego stopnia, że może przypaść do gustu nawet widzom, którzy nie przepadają za tym rodzajem produktów Hollywood.
Prowincjonalne, rozprażone słońcem miasteczko w Teksasie ze stadionem liczącym więcej miejsc, niż żyje tutaj ludzi. I drużyna futbolowa liceum Permian High, której zawodnicy muszą zmierzyć się z powszechnym uwielbieniem i presją wyniku przerastającymi ich 17-letnią wytrzymałość.

Lokalni notable i biznesmeni pouczający trenera, kogo ma wystawić w obronie i jaki wariant taktyczny ataku zastosować w konfrontacji z najgroźniejszym rywalem. Mama odpytująca z zagrywek quarterbacka podczas śniadania. Ojciec opieprzający publicznie skrzydłowego za wypuszczenie piłki. Tablice przed domami, informujące, który z członków drużyny w nim mieszka. A gdy przychodzi piątkowy mecz – miasteczko przenosi się na stadion i zamykana jest nawet apteka…
Czytaj dalej »