Paweł Brożek – stary bożek

W hitowym – zarówno jeśli chodzi o rangę, jak i otoczkę – meczu jesieni Wisła Kraków pokonała Legię Warszawa, 1:0.

Zwycięską bramkę zdobył Paweł Brożek, który przez cały mijający tydzień leczył uraz mięśniowy i nie ćwiczył z drużyną, dopiero w ostatnich dniach miał zajęcia z fizjoterapeutą, a wczoraj rozruch. Fakt, że po takiej przerwie i dolegliwościach biegał w dobrej dyspozycji przez półtorej godziny, trafiając na dodatek w końcówce, sprowokował pytanie do Franciszka Smudy, czy informacje o kontuzji napastnika nie były zasłoną dymną. – Nigdy nie „kituję”! – zapierał się w swoim stylu szkoleniowiec. – Do dzisiejszego rana czekaliśmy z decyzją, czy go wystawić, a w trakcie gry baliśmy się z doktorem, czy mu się to nie odnowi. Dostał jakiś „zastrzyczek” od bólu – ja się na tym nie znam – i wytrzymał, choć przez ostatnie dziesięć minut sygnalizował zmianę.
Kiedyś krążyło o „Broziu” żartobliwe hasło „Paweł Brożek, nowy bożek” – wszak miał być następcą znakomitych snajperów minionej dekady, Macieja Żurawskiego i Tomasza Frankowskiego. Taki nowy już nie jest, ale gole strzela po dawnemu: niedługo przed wyjazdem z kraju, w listopadzie 2010 r. zgnębił Legię dwukrotnie w Krakowie (skończyło się 4:0), a dzisiaj raz, ale na wagę trzech punktów. W 82. minucie dostał prostopadłe podanie od Łukasza Garguły wybiegł sam na sam z Wojciechem Skabą i posłał półgórną piłkę obok niego.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Nie widziałem gola, choć stałem przy linii, bo akurat przygotowywałem podwójną zmianę, dzięki której mieliśmy wygrać mecz – rozbrajająco wyznał opiekun gości, Jan Urban. – Mieliśmy sytuacje, wydawało mi się, że jesteśmy coraz bliżej uzyskania prowadzenia.
Poza porzekadłem o indyku, który myślał o niedzieli, a w sobotę ścięli mu łeb, jego słowa wywołują refleksję, czy lepsza dla Legii nie była pierwsza połowa, kiedy kontrolowała przebieg wydarzeń. Wybijali krakowian z rytmu, zwalniając grę poprzecznymi podaniami, a kiedy przyspieszyli i zaczęli nacierać – wiślacy również nie potrafili odebrać im inicjatywy.
Wśród niecelnych lub słabych strzałów wyróżniły się cztery. Pierwszy, oddany po nieoczekiwanym prezencie (Łukasz Burliga nie doskoczył do fubolówki i spadła pod nogi rywala) przez Michała Żyro – złapał Michał Miśkiewicz. Drugi, perełka dnia, półprzewrotka Tomasza Brzyskiego z 18 metrów, bezpośrednio po dośrodkowaniu Dominika Furmana z rogu – Miśkiewicz paradą piąstkuje spod poprzeczki. Trzeci, po rzucie rożnym i główce Arkadiusza Głowackiego piłka spada na zaskoczonego, stojącego przy dalszym słupku, Brożka, odbija mu się od kolan i ląduje w rękach Skaby. Czwarta, kiedy stołeczny golkiper wybrał się na wycieczkę w pole, nie zdołał przerwać akcji, lecz  Emmanuel Sarki z ostrego kąta na prawym skrzydle nie przelobował go, kiedy wracał do bramki.

Spotkanie miało oprawę godną „polskiego klasyku”. Frekwencja rekordowa na nowym stadionie przy Reymonta, największa od lat 70., kiedy „Biała Gwiazda” mierzyła się ze Śląskiem Wrocław czy Celtikiem Glasgow (jeszcze może porównywalna zdarzyła się 1983 roku, podczas meczu z Widzewem Łódź). Trybuny czerwone z niebieskimi akcentami, pulsujące niemal bez przerwy. Dołożyła się nawet pogoda, bo dzień był cieplejszy niż wiele dotychczasowych. Zabrakło tylko trochę „mięsa”; szybkiego tempa, dramatycznych zwrotów akcji. Druga połowa przyniosła za to lepsze okazje do zdobycia gola, choćby te wspomniane przez Urbana. Najmniej wyobraźni do zobaczenia futbolówki w siatce potrzeba było przy sytuacjach Wladimera Dwaiszwilego – najpierw obronił Miśkiewicz, a za drugim razem ciałem, kładąc się, uderzenie zatrzymał Głowacki. W neutralizowaniu wielu innych zagrożeń udanie sekundował mu dzisiaj Osman Chavez, choćby blokując Helio Pinto w ostatniej minucie.
Po drugiej stronie, nieco wcześniej Rafał Boguski z pięciu metrów z półobrotu (stojąc bokiem) trafił poprzeczkę, natomiast „Brozio” w podobnej odległości od bramki dobiegając do centry Wilde-Donalda Guerriera przeskoczył nad futbolówką. Haitańczyk szarpnął jeszcze tuż przed ostatnim gwizdkiem, nie oddał jednak stojącemu w lepszej pozycji Patrykowi Małeckiemu (o co ten miał potem do niego pretensje), kopnął sprzed linii pola karnego, ale Skaba odbił na róg.

Po jedenastu kolejkach T-Mobile Ekstraklasy Wisła jest ciągle niepokonana, znalazła się na 3. miejscu w tabeli, o trzy punkty za warszawianami. W najbliższy weekend liga ma przerwę ze względu na reprezentację, a „Biała Gwiazda”  – w niedzielę, 13 października, o g. 15.30 – rozegra na własnym obiekcie mecz towarzyski z niemieckim, ekstraklasowym VfL Wolfsburg.
PAWEŁ FLESZAR

WISŁA Kraków – LEGIA Warszawa 1:0 (0:0)
Bramka: Brożek 82. Sędziował: Szymon Marciniak (Płock). Żółte kartki: Burliga – Żyro, Broź. Widzów: 32 458.
WISŁA: Miśkiewicz – Burliga, Głowacki, Chavez, Bunoza – Stjepanović – Sarki (59. Małecki), Chrapek (59. Guerrier), Garguła, Boguski – Brożek (90. Stolarski). Trener: Franciszek Smuda.
LEGIA: Skaba – Broź, Rzeźniczak, Dossa Junior, Brzyski – Jodłowiec, Łukasik, Furman (84. Pinto) – Ojamaa (46. Kucharczyk), Żyro (84. Wawrzyniak) – Dwaliszwili. Trener: Jan Urban.

Pozostałe wyniki i tabelę T-Mobile Ekstraklasy można znaleźć TUTAJ.

Komentowanie zablokowane.