Pedagogika według Karpola

Wywiad ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „Przeglądu Sportowego” z 7 stycznia 2005 r.

Kontrowersyjny, porywczy, despotyczny, niekiedy ordynarny. No i co z tego? Bezprecedensowa lista sukcesów w każdym języku odpowiada „Tak” na pytanie, czy Nikołaj Karpol był wielkim trenerem. Jednym z największych w historii siatkówki.

Starszy, niepozorny mężczyzna w małym, hotelowym pokoju. Trochę drobiazgów na niskim stoliku, nad głową gadający telewizor, nierozpakowana waliza przy łóżku. Siwe włosy zaczesane do tyłu, bose stopy wyciągnięte wprost na podłogowej wykładzinie. Nikołaj Karpol dzisiaj. A gdzie się podział trener, który stojąc przy linii wygrywał kolejny ważny mecz? Furiat wymachujący zawodniczkom pięściami przed nosem?
Tylko na chwilę ożywa klimat tamtych dni: do pokoju wchodzi była podopieczna, potem asystentka, a teraz następczyni Karpola na stanowisku trenera Urałoczki Jekatierinburg, Walentyna Ogienko – i wypręża się niemal na baczność przy drzwiach. Tak, jak często robiły to jej koleżanki, gdy charyzmatyczny szkoleniowiec wchodził do hali.
Po przegranym finale olimpijskim w Atenach ogłosił: – Kończę z pracą trenerską.

„Car”, „Wielki mag siatkówki” roztacza jeszcze aurę dawnej władzy, ale po targających nim niegdyś emocjach pozostały smutek i zmęczenie, czające się w głębi oczu. – Jestem emerytem, przyszedł na mnie czas – mówi z bezbronnym uśmiechem.
– Trudno w to uwierzyć, wyobrazić sobie ławkę trenerską bez pana. Nie brakuje panu adrenaliny?


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Mam 66 lat, przeżyłem już dość interesujących zdarzeń. Teraz jestem działaczem w Urałoczce i wychowuję wnuka. Misza ma piętnaście lat, gra w tenisa, a ja chcę zrobić z niego dobrego sportowca. To duża robota.
– Zmęczył się pan siatkówką?
– Kończąc sezon w klubie, od razu przechodziłem do przygotowań kadry. I tak przez 30 lat – ani jednego urlopu. Czasem pracowałem jednocześnie w kilku drużynach. W pewnym okresie w samej Urałoczce były trzy zespoły, które prowadziłem. Postanowiłem to rzucić.
– A może znudziło się panu wygrywanie?
– Nie. Wygrywałem często, ale za każdym razem było to przyjemne. Najchętniej wspominam, jak w 1963 roku, z drużyną szkoły rzemieślniczej ze Swierdłowska, zdobyliśmy juniorskie mistrzostwo Republiki Rosyjskiej. Ech, minęło już ponad czterdzieści lat, a ja ciągle pamiętam tamte dzieciaki. To było moje pierwsze zwycięstwo jako młodego trenera, razem łamaliśmy stereotypy.
– Równie jak pan kontrowersyjny, trener futbolu amerykańskiego, Vince Lombardi mawiał: „Porażka jest gorsza niż śmierć, bo z porażką trzeba żyć”.
– Nie zgadzam się z tym. Oczywiście, każdą porażkę trzeba przeżywać, ale nie należy jej porównywać ze śmiercią. Przeżyłem różne porażki. Najgorszą – w 2003 roku na mistrzostwach Europy. Odczułem ją najdotkliwiej, bo nic nie zawiniłem i nic nie mogłem poradzić. Otruli nas w Turcji. Nie tylko nas – w sumie pięć zespołów grających w Ankarze.
– Czym was otruli?!
– Skąd mam wiedzieć? Dziewczyny były chore, miały wysoką temperaturę, niektóre wylądowały w szpitalu. Czyste otrucie.
– Nie próbował pan interweniować?
– Przecież wszyscy o tym wiedzieli. Turcy wszelkimi sposobami starali się poprawić swoje położenie. Nie dało się niczego zrobić.
– Powiedział pan kiedyś: „Panowie z federacji siatkarskiej nie mają pojęcia o tej dyscyplinie. Nie chcę mieć do czynienia z dyletantami”. Wydarzenia z Ankary były jednym z powodów tak ostrych słów?
– Trochę inaczej mówiłem. Powiedziałem, że obecnie jest zbyt wielu dyletantów we władzach wszelkich związków sportowych, a często bardzo dużo od nich zależy. Nie są specjalistami, ale biznesmenami i dlatego rozstrzygają problemy niewłaściwie, nie na korzyść sportu. Weźmy siatkówkę – czy to normalne, że cykl Grand Prix kończył się w 2004 roku 12 dni przed olimpiadą?!
– Zawsze był pan nerwowy, zwłaszcza na parkiecie. Miało to pomóc drużynie, czy nie radził pan sobie z presją?
– Wszystko było pod kontrolą. Wszystko!
– Aktor z pana.
– To nie było aktorstwo, ale część taktyki, podejście psychologiczne. Są różni hipnotyzerzy, którzy wpływają na ludzi i ja psychologicznie wpływałem na zawodniczki. Wszystko zależy od tego, jak trener rozumie swoją rolę. Według mnie, powinien być jeszcze jednym zawodnikiem, uczestniczyć w grze. Prowadzić zespół, a nie tylko przyglądać mu się biernie z boku. Wtedy pomaga drużynie.
– I to jest właśnie pańska filozofia?
– Uważam, że wiedzy trenerskiej, w żadnej dyscyplinie, nie zdobywa się na uczelni. Trzeba odnaleźć w sobie powołanie, które pozwoli najpełniej wykorzystać charakter i zdolności, jakie dał Bóg, przyroda. Trzeba znaleźć swoje miejsce i wzniecić w sobie ogień. Myślę, że mnie się to udało.
– A praca na treningach nie była ważna?
– Była, była. Generalnie jednak, nie uważam się za specjalistę od siatkówki czy sportu. To sprawa drugorzędna. Przecież skończyłem studia matematyczne, a dopiero potem moją specjalnością stała się siatkówka. Przede wszystkim jednak byłem pedagogiem, nauczycielem.
– Stosowane przez pana metody trudno znaleźć w podręcznikach pedagogicznych.
– Każdy pedagog ma swoje metody. Ważne, żeby były efekty.
– Efekty były, ale co z efektownością? Nieraz krytykowano, że pańskie drużyny prezentują bardzo prostą, wręcz prymitywną siatkówkę: odbiór, piłka w górę i atak z jak najwyższego pułapu. Prawie żadnych kombinacji, zero finezji.
– Nie, nie, nie! Nie tak. Zupełnie nie tak. Przez całą historię mojej pracy, przez te kilkadziesiąt lat, nikt w Europie nie grał tak szybko jak moje zawodniczki: Ogienko i Smirnowa. To nie moja idea – grać prosto. Do gry kombinacyjnej potrzeba odpowiednich wykonawców, aby nie dopuszczać do zbyt wielu błędów, żeby nie było awanturnictwa na parkiecie. Kiedy miałem 17-, 18-letnie rozgrywające, nie mogłem powierzać im zbyt skomplikowanych zadań taktycznych. Zawsze grałem na krawędzi ryzyka, ale nie na tyle, żeby przez ryzyko przegrać. Ot, tak.
– Po pańskiej deklaracji w Atenach na jednej z polskich witryn internetowych pojawił się wpis: „Poprośmy Karpola, żeby został trenerem naszych siatkarzy”. Podjąłby się pan?
– Bardzo mi miło, ale nie. Żeby stworzyć drużynę – potrzeba czasu, a ja już nie mam czasu. Jestem stary.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

REGRES POCZUCIA HUMORU
Od stycznia 2004 roku Karpol nie miał w Polsce zbyt dobrej publicity. Po porażce z naszą reprezentacją na turnieju przedolimpijskim w Baku, powiedział do chorego na raka węzłów chłonnych szkoleniowca Polek, Andrzeja Niemczyka: „Nie ciesz się, i tak nie dożyjesz do igrzysk”. – Słyszało to wiele osób, ale tylko ja odebrałem to jako dowcip, bo znam go od trzydziestu lat i dobrze rozumiem – twierdzi Niemczyk. – Nieraz solidnie razem popiliśmy, przegadaliśmy wiele godzin, tylko poczucie humoru miał dawniej w lepszym guście.

– Karpol za siatkówkę dałby się pokrajać – charakteryzuje Niemczyk kolegę po fachu. – Impulsywne zachowanie podczas meczów było chyba bardziej potrzebne jemu, niż zawodniczkom, które zwierzały się, że nie zwracają już na to uwagi. A on przynajmniej mógł się wyładować. W końcu jednak obracało się to przeciwko niemu, bo dziewczyny miały dość jego zachowania i niewolniczo długich kontraktów. Odchodziły z Urałoczki, niektóre nie chciały grać w reprezentacji.
– Zawsze był bardziej menedżerem, niż trenerem; prowadzenie zajęć powierzał asystentom, głównie Miszy Omleczence – opowiada Niemczyk. – Najlepiej mu się żyło „za Sojuza”, bo dostawał wszystko, czego chciał, a do Urałoczki mógł ściągać najlepsze dziewczyny z całego kraju. Przyjaźnił się z Borysem Jelcynem, byłym prezydentem Rosji, a wcześniej pierwszym sekretarzem partii w Swierdłowsku. Jelcyn zresztą kiedyś dobrze grał w siatkówkę.

LITANIA SUKCESÓW
Nikołaj Aleksiejewicz Karpol pięć razy prowadził reprezentacje siatkarek ZSRR i Rosji w ścisłym finale igrzysk olimpijskich, dwa z nich wygrał. Zdobył mistrzostwo świata i sześć razy mistrzostwo Europy. Dziewiętnaście razy jego zespoły klubowe występowały w finale Pucharu Europy, 10 razy kończyły go zwycięsko: 8 razy Urałoczka Jekatierinburg (wcześniej Swierdłowsk), po 1 triumfie – Mladost Zagrzeb i OK Dubrownik.

Ma na koncie 24 złote medale lig ZSRR i Rosji (wszystkie z Urałoczką, którą stworzył praktycznie od podstaw) i cztery Chorwacji. Był także doradcą w klubach hiszpańskich, tureckich i japońskich. – Nie jestem bogaty, ale zapewniłem rodzinie warunki do dostatniego życia – mówi Karpol, który wychowywał się w wielkiej biedzie: ojciec zginął na wojnie, a niepełnosprawna matka musiała oddać jego młodszego brata do domu dziecka, bo nie była w stanie utrzymać obu synów.

Skomentuj