Pętla

Tekst ukazał się w „Tempie” z 21 sierpnia 1992 r. Autor: Jerzy Mucha.*

Obiecywałeś, że to zrobisz, ale tak naprawdę nikt nie wierzył, że targniesz się na życie. Zanim obwiązałeś szyję sznurem elektrycznym i powiesiłeś się na kaloryferze, spotkałeś trzy dni wcześniej znajomego prokuratora. Śmiałeś się i dowcipkowałeś w swoim stylu, informując go jednocześnie, że piszesz książkę wspomnieniową o swojej przygodzie w ringu. Nigdy już jej nie dokończysz, choć tak naprawdę, to nigdy jej nie zacząłeś. Ostatni, najokrutniejszy rozdział dopisał los, a ty nie próbowałeś nawet zmienić tego scenariusza.

Twoje krótkie, bo zaledwie 43-letnie, życie cały czas było walką. Walczyłeś z rówieśnikami o suchą bułkę, za kradzież, po której wsadzono Cię do poprawczaka, jak również z rywalami na ringu, gdzie demonstrowałeś świetne wyszkolenie techniczne oraz silny cios.
W dalekim Ełku, gdzie wychowywałeś się bez ojca i matki, musiałeś kraść, żeby przeżyć. Ulica była prawdziwą szkołą życia i tego się nigdy nie wstydziłeś. Ale właśnie w zakładzie poprawczym napatoczyłeś się na wspaniałego wychowawcę, który zaszczepił w Tobie marzenia o rodzinnym domu, o potrzebie walczenia o ludzką godność. Wtedy mocno przyrzekłeś sobie w duchu: „Poczekajcie wszyscy, jeszcze wam Leszek Błażyński pokaże!”. Pokazałeś, choć nie o takim zakończeniu marzyłeś.
W kronice w Twoim poprawczaku widnieje do dzisiaj wpis: „Były wychowanek – teraz mistrz Europy”. A pod spodem Twój podpis. Jakże zupełnie inny od tego, który zostawiłeś na pożegnalnym skrawku papieru, znalezionym przez Twojego syna Marka i policjantów z VII komisariatu.

Zanim wywalczyłeś w 1977 roku w Halle ten upragniony tytuł mistrza Europy bijąc w finale Tkaczenkę, byłeś już bokserem pełną gębą. Swój pierwszy sukces również osiągnąłeś w mistrzostwach Starego Kontynentu zdobywając w 1971 r. srebrny medal. Marzył Ci się olimpijski kruszec i choć dwukrotnie na Twojej szyi zawisł brąz, to jednak pragnąłeś zupełnie innego koloru.
W Monachium pokonał Cię zawsze niewygodny Bułgar Kostadinow, natomiast w Montrealu przydarzył ci się ten dyskusyjny werdykt w półfinale, z późniejszym triumfatorem igrzysk, Amerykaninem Leo Randolphem. Mówiłeś „trudno” i walczyłeś dalej, choć był to już szczyt Twojej kariery bokserskiej. Wcześniej, już poza ringiem, starłeś się ze swoim trenerem i jednocześnie ojcem chrzestnym syna, Zbigniewem Pietrzykowskim. Dostałeś w BBTS nauczkę w postaci dyskwalifikacji. Dała znać o sobie rogata dusza, która wychodziła z Ciebie w Szombierkach Bytom czy Victorii Jaworzno.

W 1983 roku zawiesiłeś rękawice na kołku. Na „do widzenia” walczyłeś z Henrykiem Średnickim, w ramach II-ligowego meczu Szombierek z Górnikiem Sosnowiec. W obu tych klubach boks zniknął nagle i bezboleśnie. Ty zapewne męczyłeś się dużo krócej z zaciskającą się pętlą.
Twoja 4. runda była rekordowa i pobiła te najkrótsze w karierze. Po jej zakończeniu imałeś się różnych profesji i przedsięwzięć, ale niespokojna dusza ciągle pchała Cię do przodu. Z Heńkiem Średnickim, nad którym głośno się żaliłeś, dziwiąc się jego pozaringowym wyskokom, stanąłeś jeszcze raz do pojedynku. W blasku jupiterów i świateł kamer telewizyjnych, żwawo wyskoczyliście do „klatki”, chcąc zarobić główną nagrodę – 2 miliony złotych. Ta quasi-zawodowa walka, której i Ty „matkowałeś”, nie była może najgenialniejszym pomysłem, ale zabrzański Dom Muzyki i Tańca trząsł się od braw. Był boks, tania rozrywka, gołe panienki – a więc to, co lubiłeś na co dzień, gdy folgowałeś sobie przy kufelku piwa. Wygrałeś jeszcze raz z Heńkiem, ale forsę podzieliliście równo. Teraz zastanawiam się, kto wygrał tak naprawdę: Ty czy Twój kumpel Heniek, który nigdy by nie popełnił samobójstwa.

Mimo że prowadziłeś coraz bardziej hulaszczy tryb życia, nie zapominałeś o swoich powinnościach wobec kibiców. Cztery lata temu, wspólnie z grupą olimpijczyków, potrafiłeś wyruszyć do Raciborza, by podzielić się z ludźmi wspomnieniami z igrzysk. Olałeś oficjałki, by znaleźć czas na pogawędki w miejscowym poprawczaku, gdzie odkryłeś lustrzane odbicie swojej młodości. Przekonywałeś gorąco tych chłopaków, ze warto pracować nad sobą, wiecznie kształtować swój charakter i oni ci uwierzyli. Teraz mogą mieć pretensje, że ich opuściłeś, że zawiodłeś ich zaufanie. Ale przecież Ty ich już nie usłyszysz…
Trzy lata temu poznaliśmy się bliżej. Zacieśniając wcześniejszą znajomość, wyniesioną z bokserskich meczów, na których często bywałeś. Chciałeś, bym był Twoim świadkiem i sprawozdawcą sądowym z procesu cywilnego, jaki w Katowicach wytoczyłeś jednemu z działaczy Szombierek. On nazwał Cię złodziejem i oskarżył publicznie o kradzież jakichś drobiazgów z klubu. Cierpliwie chodziłem na kolejne rozprawy, wysłuchując Twoich i jego świadków. Ale żaden reportaż kryminalny z tego nigdy nie powstał. Cały czas się wahałeś, czy mam pisać, czy nie. Najważniejsze, że postawiłeś na swoim i sąd zobowiązał faceta do przeproszenia Cię na łamach pism sportowych oraz w Szombierkach. Ta sprawa, jak i wiele innych, w które się naiwnie wplątywałeś, nie warte były czasu ani zdrowia. Twoja nadpobudliwość przynosiła Ci tylko same kłopoty.

Jakieś pół roku temu spotkaliśmy się przypadkowo w Katowicach. Wyglądałeś okropnie. Brudne, podarte ubranie, twarz człowieka zmęczonego życiem, w oczach którego malowało się przygnębienie. Już wtedy wiedziałem o tragicznym wypadku Twojej żony, która wypadła z balkonu na czwartym piętrze. Plotka głosiła, że Ty wypchnąłeś ją w pijackim widzie, ale nie chciało mi się w to wierzyć. Słuchałem Cię, nie wierząc własnym uszom:
– Jurek, ja już dłużej nie mogę żyć. Gdy wyszedłem ze szpitala od żony, chciałem się powiesić. Wziąłem sznurek od szlafroka, ale drzewo się złamało. Dwie godziny pod nim siedziałem. Deszcz padał, w końcu powiedziałem sobie – „musisz żyć, nie poddawaj się”.
Spieszyłem się wtedy i nie wysłuchałem Cię do końca. Tak po prawdzie, ani przez myśl mi nie przeszło, że możesz to zrobić.
– Kup pan trumnę, póki są jeszcze tańsze – radził Ci jeden z lekarzy, kiedy Ania walczyła o życie. Złapałeś medyka za kitel, potrząsnąłeś nim, ale co to zmieniło. Darłeś też koty ze swoimi sąsiadami z bloku, którzy zeznali na policji, że biłeś wcześniej swoją żonę. Niepotrzebnie dawałeś się wciągnąć w karczemne awantury, strasząc ich pistoletem schowanym w szafie. Ale Ty zawsze byłeś raptusem…

Przez kilka miesięcy warowałeś godzinami w szpitalu, gdzie leżała sparaliżowana Ania. Chciałeś odkupić swoją winę, ale nie na wiele się to zdało. Krach finansowy zmusił Cię do kwestowania w Wojewódzkiej Federacji Sportu i dwukrotnie dostałeś zapomogę na koszty leczenia Ani. Zastawiłeś też w lombardzie za nędzne 3 miliony swoje medale olimpijskie i te z mistrzostw Europy. I tu już trochę przeholowałeś. Pamiątkami się nie kupczy, pamiątki są częścią właściciela, odzwierciedleniem jego duszy. Gdy chciałeś je wykupić, Federacja nie miała już dla Ciebie pieniędzy. Działacze bali się, że pójdą one na „przelew”, jako że w ostatnim czasie ochoczo zaglądałeś do kieliszka. Nawet gdybyś dostał ten szmal, to i tak byś medali nie odkupił. Jakiś kolekcjoner nabył je za 10 milionów!
Trzy miesiące temu zmarła Ania i w Tobie zgasła ostatnia iskra życia. Cały czas nosiłeś w sobie winę z powodu jej kalectwa i chyba za bardzo chciałeś odkupić ten wyimaginowany grzech. Marzenia o operacji w Szwajcarii, jej cudownym ozdrowieniu, diabli wzięli i to był początek agonii.

6 sierpnia zerwałeś ostatnią kartkę z kalendarza. Chodziłeś jakiś nieswój po mieszkaniu, twierdząc, że ktoś dybie na Twoje życie. W końcu wziąłeś do ręki łom, wygrażając sąsiadom przez okno. Dzwonili nawet po policję, bojąc się, ze może dojść do tragedii. Ona przyszła trochę później i dopadła Cię w samotności.
O godz. 22 syn wyszedł na spacer, po czym szybko wrócił do mieszkania. Ty, ni stąd ni zowąd, zacząłeś wyrzucać przez okno swoją garderobę. Czy już wtedy nakreśliłeś w swoim umyśle ten samobójczy plan? Tego nie zdradzisz mi już nigdy. Twój syn Marek mógł zapobiec nieszczęściu, ale mieszkanie zamknąłeś szczelnie na klucz, eliminując niepożądanych świadków. Gdy wrócił z sąsiadem, drzwi były już zaryglowane od wewnątrz.
Gdy dobijali się do nich, a później zaczęli je wyłamywać, Ciebie już nie było na tym świecie. Owinąłeś szyję sznurem elektrycznym, który zawieszony na rurce kaloryfera zmiażdżył Ci krtań.
Żegnając się z tym ziemskim padołem nałożyłeś na siebie białą, sportowa koszulkę, ze znaczkiem olimpijskim na piersi. Sport nauczył Cię walki do końca, do ostatniego tchu, ale Ty nie chciałeś skorzystać z tych lekcji. Trudno, może Twoi synowie wykażą więcej wytrwałości od Ciebie, nie polegną przed czasem.
W pożegnalnym liście napisałeś lakonicznie: „Nie chcę już sobie układać życia bez Ciebie. Żegnajcie dobrzy synowie”. Pospieszyłeś się okrutnie i tego nie mogę Ci wybaczyć. Ani ja, ani Ona, ani też synowie. Tę ostatnią, przegraną rundę może lepiej wypunktują na Sądzie Ostatecznym, bo ty przecież zawsze wierzyłeś w Stwórcę. – Ja wiem, że on musi być kibicem boksu, skoro sprawiedliwie ocenia wszystkie ciosy, jakie nam życie zadaje – dość często powtarzałeś i chyba tymi słowami pożegnałeś się z nami na zawsze.
JERZY MUCHA

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, poruszające tematyką, niekiedy wręcz paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.