Pierścionek z niebieskim oczkiem

Artykuł ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 30 listopada 2001 roku

Taki sportowy motocykl to dopiero ma kopa! Niektóre modele „bujają się” do 300 km/h. Jeszcze parę lat temu Maciej Żurawski na podpoznańskich drogach wypróbowywał osiągi swojej Hondy CBR 900. – Nie jeździłem tak znowu szybko, może nieco powyżej dwustu kilometrów na godzinę – zastrzega przewrotnie król strzelców rundy jesiennej.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Trudno opisać słowami uczucia, których się wtedy doznaje, trzeba to przeżyć samemu – zwierza się Maciek. – Nie ma porównania z jazdą taką samą szybkością samochodem; na motocyklu człowiek czuje się po prostu wolny. Nie myśli, co by było, gdyby nie daj Boże… Wyłącza wyobraźnię, koncentruje się na jeździe, na pięknie tego wszystkiego.
Motocykle były jego pasją od zawsze, opowiadając o nich ożywia się, błyszczą mu oczy. Pierwszy jednoślad kupił za własne pieniądze, jeszcze będąc nastolatkiem. – To była crossowa Honda MTX 80, motocykl właściwie do zabawy – wspomina. – Mogłem sobie na to pozwolić: troszkę pieniędzy zaoszczędziłem grając w Warcie, na imieniny coś się dostało. Potem miałem jeszcze sześć innych.
Przy zakupie kolejnych maszyn trudno było liczyć na rodziców, którzy podchodzili do zainteresowań syna z dużą rezerwą. Niechętnie siadała za plecami jego dziewczyna. – Nawet jeżdżąc samochodem, za kierownicą, ufam tylko sobie, a co dopiero na motocyklu – tłumaczy Monika, dzisiaj już żona piłkarza.

Kiedy Maciek sprzedał motocykl (przez ludzi obdarzonych makabrycznym poczuciem humoru nazywany „pojazdem dawców nerek”), bliscy odetchnęli z ulgą. Dzisiaj ogranicza się do przeglądania katalogów, śledzi zmagania w motocyklowej Grand Prix. Gdy karierę skończył jego ulubieniec wielokrotny mistrz świata Mike Doohan, przeniósł sentyment na podopiecznego Australijczyka – Włocha Valentino Rossiego. – Teraz wszyscy są szczęśliwi, że nie jeżdżę – mówi. – Szczerze mówiąc, często nachodzą mnie myśli, żeby wsiąść na motocykl, ale dochodzę do wniosku, że lepiej nie kusić losu. W kontrakcie z Wisłą mam zapis o zakazie uprawiania niebezpiecznych sportów. Nie wiem, jak by to zostało przyjęte w klubie, może zrobiłaby się z tego jakaś duża sprawa. Nie pociągają mnie bezpieczniejsze maszyny, wolę „żylety”. Zresztą kupować motocykl, żeby jeździć powoli – to się mija z celem. Za to mój brat podtrzymuje tradycję, jeździ na motocyklu cały czas.

Uroki nieśmiałości

Żurawski, który wyśmienicie grał już w poznańskim Lechu, a w ostatnich kilku miesiącach w Wiśle strzela bramki na zawołanie, zupełnie nie przystaje do obiegowego wyobrażenia o piłkarskim idolu. Żadnych ekstrawagancji w ubiorze, wystylizowanych póz, gwiazdorskich manier. Zamiast tego – małomówność, skromność, nieśmiały uśmiech.
Czuję się nieśmiały w kontaktach z osobami, których dobrze nie znam – zgadza się Maciek. – Gdy kogoś widzę pierwszy raz, czuję dystans, nie otwieram się. Mogę siedzieć z kimś, powiedzieć dwa słowa przez dwie godziny i kompletnie mi to nie przeszkadza, nie czuję się skrępowany. Za to ci, którzy mnie dobrze znają, twierdzą, że wprawdzie dużo nie mówię, ale nie jestem nieśmiały.
Nieśmiałość czasem pomaga w życiu, stwarza barierę dla ludzi, którzy nie zawsze mają dobre intencje. – Wyznaję zasadę, że lepiej mówić za mało niż za dużo – dodaje Maciek. – Można komuś zrobić przykrość, „podpaść” innemu, a potem nad tym ubolewać. Lepiej siedzieć cicho, spokojnie.
Monikę zobaczył po raz pierwszy na imprezie u kolegi, w trakcie piłkarskich mistrzostw świata w Stanach Zjednoczonych. – W telewizji akurat leciał mecz. Monika była tam, ale nie zwróciliśmy na siebie uwagi, zamieniliśmy może dwa zdania, bo cały czas siedziałem przed odbiornikiem. Potem miałem inne dziewczyny.

Niekiedy stykali się na dyskotekach w studenckim klubie Bratniak, po dwóch latach wybrali się do kina. Do dzisiaj nie ma jednomyślności, kto zaproponował wspólnie wyjście, zgadzają się natomiast, że film – „Ucieczka z Los Angeles” – był kiepski. – Potem obejrzałam go na wideo i wydał mi się lepszy – wspomina Monika. – Natomiast nasza trwalsza znajomość zaczęła się właśnie od tego kina, po trzech miesiącach zaczęliśmy spotykać się regularnie. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, zrobił na mnie takie samo wrażenie jak każdy nowo poznany chłopak. Później urzekła mnie jego nieśmiałość. Jestem osobą, która lubi dużo gadać w towarzystwie, a on jest spokojny, chętnie słucha. Przeciwieństwa czasami się przyciągają.
Z nami tak było – potwierdza Maciek. – Monika jest otwarta i to pozwoliło nam się zbliżyć. Pociągał mnie jej sposób bycia i – oczywiście – uroda, zgrabna figura.

Tajemnica spalonego

Taka przypowieść. Narzeczeni przyszli do księdza, aby dać na zapowiedzi. Ten spytał: „Kłóciliście się kiedyś?” „Nie” – padła odpowiedź. „To idźcie do domu i najpierw porządnie się pokłóćcie, czegoś się o sobie dowiecie. Dopiero potem decydujcie się na ślub„.
Maciek słysząc tę historyjkę wybucha śmiechem. – Czasami kłócę się z Moniką – przyznaje. – Podobnie jak przed ślubem, w żadnym związku się bez tego nie obejdzie. Szybko się jednak godzimy, nigdy nie było takiej kłótni, żebym się musiał wyprowadzić z domu, nie było „cichych dni”. Po kłótni człowiek żałuje; dochodzi się do wniosku, że sprawa jest błaha, nie warta sporu, a tyle krzyku było, coś się dodało, coś wypomniało. A potem i tak znowu jest dobrze.
Zwykle rękę do zgody wyciąga ten, kto ma więcej na sumieniu – dodaje Monika.
Ślub wzięli latem ubiegłego roku, do poznańskiej katedry przyszedł tłum gości. Oświadczyny też nie były zbyt kameralne. Kilka miesięcy wcześniej, podczas wczasów na Dominikanie poszli na kolację do włoskiej restauracji na otwartym powietrzu, w której akurat odbywało się wesele. – To było 6 grudnia, w Mikołajki – przypomina sobie Monika. – Maciej dał mi srebrny pierścionek z niebieskim kamyczkiem, kupiony chyba w miejscowym sklepie z pamiątkami. Pierścionek był uroczy, najmilszy prezent jaki od niego dostałam.

Monika podkreśla, że nie jest entuzjastką, ani znawczynią futbolu, jednak czasem przychodzi na mecze Wisły. – Można spotkać znajomych, porozmawiać. Ciągle też szukam czegoś, co by mnie w piłce zainteresowało. Sporo rozumiem, ale na czym polega spalony – chyba już nikt nie zdoła mi wytłumaczyć.
Kiedyś doszło do zabawnej sytuacji, Monika przyszła na mecz Lecha i pomyliła się trochę – wspomina „Żuraw”. – Występowaliśmy w czerwonych koszulkach, a przeciwnicy w naszych tradycyjnych – niebieskich. Mecz się rozpoczął, gramy, a Monika patrzy na niebieskich, szuka mnie i nie może znaleźć.

Jestem Maciej Żurawski

W sprawach piłkarskich radzi się ojca. Dzwoni do niego, omawiają poszczególne zagrania, tato wytyka błędy. – Lubię z nim sobie porozmawiać po meczu, zawsze znajdujemy wspólny język – wyjaśnia bardzo skuteczny w tym sezonie napastnik.
Andrzej Żurawski do dzisiaj jest trenerem w poznańskiej Warcie, kiedyś był pierwszym instruktorem syna. – Wprowadził mnie we wszystko, odkąd pamiętam byłem blisko przy piłce – wspomina Maciek. – Gdy nie miałem z kim zostać w domu – tato zabierał mnie na stadion. Kopałem gdzieś na boku, kręciłem się w klubie.
Szlachectwo zobowiązuje – głosi angielska maksyma. Dla „Żurawia” zyskała ona dodatkowe znaczenie. Mając ojca trenera musiał starać się w dwójnasób, żeby zapobiec złośliwym komentarzom. – Chciałem uniknąć wytykania palcami, opinii, że ojciec foruje syna – twierdzi Maciek. – Zawsze robię swoje na treningach, wykonuję obowiązki jak najlepiej.
Owa pracowitość, punktualność jest charakterystyczna dla ludzi z Wielkopolski. Mówi się, że mają wpojone pruskie cechy. – Gdybym po sobie spojrzał, to nie do końca tak jest – przyznaje Maciek samokrytycznie. – Nie lenię się, na treningi się nie spóźniam, ale w innych przypadkach często występuje „tolerancja czasowa”.

Idolem młodego piłkarza był niezapomniany holenderski napastnik Marco van Basten. Potem na tym stanowisku wystąpił wakat, aż do czasu, kiedy pojawił się Brazylijczyk Rivaldo. – Zagrałem przeciwko niemu i potwierdziło się, że jest się od kogo uczyć. Staram się jednak nie porównywać do nikogo. Ktoś jest Jean Pierre Papin, ktoś jest Rivaldo, ktoś jest Maradona, każdy ma swój styl. Ja jestem Maciej Żurawski.
– Gdy grałem w Warcie, marzeniem była I liga. Podniosłem poprzeczkę przechodząc do Lecha Poznań. Teraz, w Wiśle, znowu poprzeczka jest wyżej. W przyszłości chciałbym zrobić następny krok, zagrać w dobrym klubie zagranicznym. Barcelona? Byłoby super!
Wyciszony na co dzień Żurawski, na murawie przeistacza się w agresywnego, wszędobylskiego łowcę goli. – Nie mam wówczas żadnej tremy, wręcz lubię, gdy jest dużo ludzi, głośny doping. Jestem pewny tego, co potrafię, że dam ludziom to, czego oczekują. W życiu poza boiskiem bywa inaczej

Pieniądze dają spokój

Nieśmiałość, nieśmiałością, ale w ważnych sprawach Maciek potrafi podyktować twarde warunki. Kontrakt jaki wynegocjował należy do najwyższych w zespole. – Byłem na rozmowach razem z ojcem i starałem się postawić na swoim. Mając pieniądze, człowiek nie musi się martwić, że kiedyś rodzina nie będzie miała co jeść. Mówi się wprawdzie, że pieniądze szczęścia nie dają
– … Ale wiele nieszczęść mogą utrzymać na dystans?
– Właśnie. Przede wszystkim dają spokój, niezależność. Można kupić, mieszkanie czy dom, zapewnić przyszły byt. Wiecznie w piłkę grał nie będę.

Kraków to bardzo ładne miasto, lubię przespacerować się z żoną do Rynku, który robi ogromne wrażenie, usiąść w kawiarnianym ogródku. Po zakończeniu kariery chcę jednak wrócić do Poznania. To moje miasto, są tam wspaniali ludzie; rodzina, przyjaciele, znajomi.
– Nie myślałem jeszcze, co będę robił. Może otworzę jakiś interes, choć zupełnie nie mam do tego żyłki, drygu. Do pracy trenerskiej też mnie nie ciągnie. Ojciec to robi i wiem, jaki to ciężki chleb. Straszne nerwy.

Druga część nocy

W meczu z GKS Katowice Żurawski strzelił pięć bramek, zapisując się w annałach polskiego futbolu. – Dopiero następnego dnia, gdy czytałem gazety, zaczęło do mnie docierać, że zrobiłem coś, co zdarza się raz na dłuższy czas. To niezwykle miła rzecz, coś nieprawdopodobnego.
Kariera wyczynowa ma też ciemniejsze strony, ukryte przed przeciętnym kibicem. Wszechobecny stres. – Najgorsza jest noc po meczu, niezależnie od tego, czy wygranym, czy przegranym. Napięcie ze mnie nie schodzi, jestem podekscytowany. W głowie jeszcze toczy się gra, przypominają błędy, niewykorzystane sytuacje. Zanim to się uspokoi, przewracam się z boku na bok, chodzę do kuchni, napić się wody. Zasypiam o pierwszej-drugiej w nocy.

Maciek często mówi o lęku przed urazami. – Zawsze będę życzył sobie i swoim bliskim przede wszystkim zdrowia. Kiedyś usłyszałem wiadomość, że skoczek narciarski Stanisław Bobak doznał kontuzji, zakończył karierę i został na bardzo niskiej rencie inwalidzkiej. To mnie zdruzgotało, zapadło w pamięć. Był dobry, miał sukcesy, a w pewnym momencie kontuzja, no i nic.

Dawać od siebie

Nie zawsze dobre, pomeczowe nastroje stara się łagodzić Monika. Na piłce się nie zna, ale uważa to za atut. Przypominanie zaprzepaszczonych okazji, pomyłek jest przecież w takich chwilach nie na miejscu. – Wychodzimy do kina na film sensacyjny, komedię. Albo zostajemy w domu; oglądamy telewizję, rozmawiamy na różne życiowe tematy. Zawsze da się coś wymyślić – mówi żona piłkarza, która po przeprowadzce do Krakowa zaczęła uczyć się w Studium Kosmetycznym („Chciałam mieć coś własnego”).
Czasem Maciek wybiera się na eskapady, „posiadówki” w kawiarni, z kumplami – Kamilem Kosowskim i Marcinem Baszczyńskim. Lubi muzykę trance, techno, wymienia się płytami.
Melodii swoich marzeń nie dane mu było jednak posłuchać. Nawet w siedmiu meczach reprezentacji, w których wystąpił, hymn grano dla innych, bo Żurawski wchodził na kilkunastominutowe „ogony”. Teraz też bezskutecznie czeka na sygnał od Jerzego Engela. – Czy czuję żal? To nie jest żal, raczej sportowa złość – przekonuje. – Uważam, że powinienem dostać szansę gry i myślę, że kiedyś ją dostanę. I tak nic w tym momencie nie zmienię. Nie zadzwonię do selekcjonera i nie będę mu mówił, kogo ma powoływać. Mogę tylko robić jak najlepiej to, co do mnie należy. Grać w lidze, strzelać bramki. Dawać od siebie.

Wyjazd na imprezę w Japonii i Korei jest na razie ukryty za mgłą. W pełni realne są za to inne piłkarskie zamiary: mistrzostwo kraju, Puchar Polski i Puchar Ligi z krakowską Wisłą. I korona króla strzelców. – Byłoby to sympatyczne uwieńczenie, ale przy okazji, nie za wszelką cenę – podkreśla Maciek, który twierdzi, że nie uważa się za lidera zespołu. – Bardziej cieszy mnie wygrany mecz, niż własne zdobycze.
W planach są też dzieci. W przyszłym roku Monika kończy szkołę i wtedy „pomyśli się” o pociechach. – Najlepsza byłaby dwójka – mówi Maciek. – Nie chcę mieć jedynaka, gromadka to z kolei za dużo dla mnie. Marzę o chłopcu, ale najistotniejsze, żeby dziecko było zdrowe. To na pewno dużo ważniejsze niż wyjazd na mistrzostwa świata.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.