Płynie w nas gorąca krew

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 20 lutego 2003 r.

Blondwłosy chłopak o niewinnej twarzy i ujmującym uśmiechu. Po wyjściu na boisko zamienia się w wojownika, nie odstępuje ani na krok przeciwnika; zaciekle – czasami nawet wręcz – walczy o każdą piłkę. Doktor Jekyll i Mister Hyde. Marcin Baszczyński.

6 maja 2000 roku był ciepłym dniem, ale na stadionie zabrzańskiego Górnika wrzało. Przyprowadzeniu Ruchu Chorzów, 1:0, sędzia Stanisław Żyjewski podyktował rzut karny dla gospodarzy. Wycofując się przed przed protestującymi chorzowianami upadł, a napierający piłkarze w niekonwencjonalny sposób, butami, pomagali mu wstać… Na trybunie honorowej prezes Ruchu, Krystian Rogala warknął do prezesa Górnika, Stanisława Płoskonia: „Kupiłeś mecz!”. Ten wyrzucił Rogalę ze stadionu.
Kibice zaczęli zrywać ławki, policja strzelała do nich z broni gładkolufowej, polewając awanturników wodą i pałując. Podpalono leżące na bieżni serpentyny, po chwili zajęły się plansze reklamowe. Na stadion wjechały wozy strażackie i karetki pogotowia.
Mecz wznowiono, Ruch wygrał 2:1. Marcin nie chce powracać do zajść, których – częściowo – był inspiratorem. – Jaki incydent? Już nic nie pamiętam – wykręca się ze wstydliwym uśmiechem. – Niedawno rozmawiałem z panem Żyjewskim, przeprosiłem go, podaliśmy sobie ręce. Mam to wszystko za sobą.

W bliskim kontakcie

Co roku spędza urlop nad Soliną. Mała łódka, jezioro, ryby. – To jest coś wspaniałego; piękny krajobraz, można się wyciszyć – zachwala. – Obok tylko kuzyn, najbliższy kolega, czy dziewczyna. Na pewno nigdy z tego nie zrezygnuję.
Uroki Bieszczad poznał dzięki mieszkającej niedaleko Krosna babci Genowefie, do której często przyjeżdżał na wakacje. Na zmianę jeździł w sieradzkie, do drugiej babci – Wandy. – Zawsze mi kibicowały – twierdzi. – Gdy dzwonię, główne pytanie to: „Nic ci się nie stało? Widziałam, że leżałeś na boisku”. Odwiedzam obie. Staram się, żeby kontakt z krewnymi był jak najbliższy.
Ma mieszkanie w Krakowie, ale przynajmniej raz w tygodniu pędzi swoim volkswagenem passatem do domu rodziców w Rudzie Śląskiej. Kiedyś stukilometrową trasę pokonał w 39 minut. – Nie chcę mówić, ile jechałem najszybciej, bo mama się zmartwi. Żartuję czasami, że specjalnie nie kupiłem pralki, bo dzięki temu mogę być częściej u niej z rzeczami do prania…

W dzielnicy Rudy Śląskiej, Nowym Bytomiu, ma wielu kolegów. – Atmosfera tutaj zawsze była super, przez całe dzieciństwo robiło się wariackie numery, cuda się działy, parę razy nawet złapała nas policja. Przeżyłem mnóstwo fajnych przygód, o których nie zapomnę.
Dzisiaj nie spotykają się już pod blokiem. Posiedzą przy piwie w osiedlowej knajpce. Przy jednym stole fani Górnika i Ruchu, wszyscy kibicują Baszczyńskiemu. – Przynoszę zdjęcia, opowiadam, jest sympatycznie. Chwilami robi się smutno: większość chłopaków pracowała w kopalniach, wielu nie ma teraz zajęcia. Żal mi ich.

Zawodnicy, którzy w tamtym meczu po chuligańsku potraktowali arbitra, cierpieli później mniej od niego. Stanisław Żyjewski – za to, że napadnięty nie zakończył spotkania – został pozbawiony prawa sędziowania na szczeblu centralnym do końca 2000 roku i wkrótce dał sobie spokój z sędziowaniem. Zawieszeni Mariusz Śrutwa i Marcin Baszczyński nie grali do czerwca, ale latem objęła ich amnestia.
Marcin trafił do Wisły i już w pierwszym meczu ligowym, z Ruchem Radzionków, zobaczył żółtą kartkę za popchnięcie przeciwnika bez piłki. – Debiutowałem, chciałem się pokazać przed nową publicznością – opowiada. – Biegłem po piłkę, żeby wznowić szybko grę, tamten stanął mi na drodze, więc lekko go odepchnąłem, a on upadł teatralnie.
Każdy chłopak ma za sobą szkolne bójki. – Byłem wszechobecny, zawsze zjawiałem się tam, gdzie coś się działo. Ale nigdy nie prowokowałem, raczej pomagałem słabszym kolegom. Nie było też tak, żebym się „trzaskał” na każdej przerwie – zastrzega.
Sfaulowany zrywa się z trawy z żądzą odwetu. – Zawsze, zawsze jest pierwsza myśl: „Przyłożyć mu” – zwierza się. – Po sekundzie już wiem, że nie mogę tego zrobić.

Rozmowy niekontrolowane

– Mam w życiu obawy; przed kontuzją, przyszłością po zakończeniu kariery, ale nie lękam się wysokości, białej myszki, czy ciemnego pokoju. Na boisku nie boję się nikogo. Grałem przeciwko wielkim gwiazdom i zobaczyłem, że to nie takie straszne. Pomaga wiara w kolegów, w swoje możliwości. Należy walczyć w każdej sytuacji. Jeżeli wygra się jeden, drugi pojedynek – przeciwnik staje się słabszy, nie czuje się tak pewnie.
Szczupły, niepozorny Marcin na murawie wydaje się większy. – Wielu ludzi mi o tym mówi, ale to chyba takie telewizyjne złudzenie – żartuje. – Braki fizyczne nadrabiam ambicją. Do tej pory koledzy na osiedlu przypominają mi, że niektórzy mieli większy talent, ale nikt takiego charakteru jak ja. Po każdym przegranym meczu płakałem, krzyczałem ze złości. Nie mogłem przegrywać i to mi zostało. Dzisiaj pewne rzeczy umiem sobie wytłumaczyć, ale po meczach nie śpię do trzeciej-czwartej w nocy; myślę o błędach, analizuję. Potem śnią mi się jakieś abstrakcyjne sytuacje boiskowe – organizm tak reaguje na stres, zmęczenie. Dobrze, kiedy następne spotkanie jest już za trzy dni, bo to pozwala szybko zapomnieć o poprzednim.

Do folkloru koszykarskiej ligi NBA należą „trash talkings”. Brudne rozmowy to jednak nie tylko domena Amerykanów – swojskimi, żołnierskimi słowami przerzucają się też piłkarze. Nie inaczej w Polsce. – Na szczęście, nie ma mikrofonów na koszulkach, bo po ocenzurowaniu pozostałoby tylko „tit-tit-tit” – śmieje się Marcin. Najczęściej słyszy: „Chorzowski psie!”, jakiś czasownik na „p”, czy rzeczownik na „k”. Nie pozostaje dłużny.
– Mówi się różne rzeczy, żeby sprowokować. Wykorzystywana jest każda forma, która może być skuteczna. Po meczu podajemy sobie ręce, a poza boiskiem śmiejemy się z tego.

Nasza miłość prawdziwa

Cieszy się wielkim powodzeniem wśród nastoletnich fanek Wisły. Na inauguracyjnym zimowym treningu jedna z nich dowodziła: – Przecież to oczywiste, że nie mogę być teraz na lekcjach. Trzydniową nieobecność w szkole podczas wyjazdu na Lazio też mam „zarezerwowaną”.
Po zajęciach dziewczęta ucinają sobie obowiązkową pogawędkę z Marcinem. – Jest to sympatyczne – nie ukrywa piłkarz. – Często jednak im tłumaczę: „Uczcie się dziewczyny. Odejdę z Wisły, przyjdzie następny, a wy musicie skończyć szkołę”.

Na imprezach bywa najbardziej rozchwytywanym honorowym gościem. – Nie staram się być taką osobą. Choć rzeczywiście, popularność wiele spraw upraszcza, w paru pomaga. Poznaje się dużo osób, otwiera się świat, ciekawe kontakty na przyszłość. Dziewczyny? Tutaj piłkarska sława nie jest najważniejsza – trzeba mieć poczucie humoru i „gadane”. Czasami bajerowaliśmy z kumplami, że jesteśmy pilotami boeingów i niektóre wierzyły. Teraz mam narzeczoną, nie szukam innej.
Agnieszka mieszka w Rudzie Śląskiej, studiuje i pracuje. Wygospodarowanie wspólnego czasu bywa trudne. – Pochodzimy z katolickich rodzin; postanowiliśmy, że przed ślubem nie będziemy razem mieszkać – tłumacz Marcin. – Na razie dojeżdżam, czasem ona mnie odwiedza. Nie ustaliliśmy jeszcze daty ślubu, ale mam nadzieję, że nastąpi to niedługo.

Ktoś płaci za wszystkich

Piłkarz to ma klawe życie. Praca jak hobby, podróże, sporo wolnego czasu i jeszcze więcej pieniędzy. – Z kasą to różnie bywa, nie jest mała, ale jeżeli nie zrobi się z nią czegoś sensownego, za dziesięć lat można obudzić się bez grosza. Ciągle przypominam sobie, że muszę być bardziej oszczędny, odkładam. Po zakończeniu kariery na pewno będę coś robił, bo inaczej nuda w domu mnie zabije.
W styczniu zwierzał się: – Nie mogłem się już doczekać przygotowań; człowiek śpi po dwanaście godzin, a potem chodzi zmęczony i nie wie co ze sobą zrobić.
W końcówce sezonu przychodzą jednak chwile, że nie mogę patrzeć na piłkę – uzupełnia teraz. – Ona jest jak nałóg, z którego ciężko się wyzwolić. Zaczynają się treningi i myślę sobie: „Jak dobrze się zmęczyć, wypocić, jakie to przyjemne”.

Z grupą kolegów stanowią zgraną paczkę. – Lubimy się ubrać inaczej niż większość, lubimy się dobrze bawić, potańczyć. Spróbowałem też kasyna, ale szybko zrozumiałem, że zysk przez hazard to utopia. Idziemy na obiad, ktoś płaci za wszystkich, ale nie wypomina później. Ktoś kupuje płytę, ale czasami słucha jej jako ostatni. To jest sympatyczne, jak w rodzinie.
„Baszczu” zbiera coraz więcej pochwał, ale pozostał uśmiechniętym luzakiem. – Agnieszka cały czas mi powtarza, żebym się nie zmieniał. Jeżeli jednak do tej pory szajba mi nie odbiła, to już nic złego mi się nie stanie.
Często dowcipkuje, lecz w Wiśle ma poważnych konkurentów. – Jest kilku większych zgrywusów. Kiedyś Adaś Piekutowski naśladował jednego z trenerów; przez pięć minut śmialiśmy się na maksa, o mało nie pospadaliśmy z ławek. Uspokoiliśmy się, przyszedł trener na odprawę, patrzy na nas i pyta: „Dlaczego jesteście tacy smutni?”…

Między nami, Ślązakami

Koledzy czasem proszą Marcina, żeby powiedział coś gwarą. – Bardzo im się podoba jak sobie „godom”. Trochę mnie potem przedrzeźniają, ale to przejaw sympatii.
Był w krakowskim klubie inny Ślązak, który nie lubił Baszczyńskiego. Panowanie Franciszka Smudy to czas udręk dla piłkarza; nieprzyjemne komentarze na zajęciach, mecze na ławce rezerwowych. – Do dzisiaj staram się znaleźć przyczynę takiego zachowania trenera. Strasznie się przykładałem, robiłem coś z sercem, a on nie widział tego, albo? reagował na przekór. Najbardziej bolało, że nie powiedział mi tego w twarz, jak mężczyzna mężczyźnie. Potem sytuacja się zmieniła; były ciężkie obozy, na których – jako jeden z nielicznych – nie opuściłem żadnego treningu. Zrozumiał, że jestem potrzebny drużynie, zacząłem regularnie grać w podstawowym składzie. Kiedy odchodził z klubu, z uśmiechem podał mi rękę. Zrobiłem to samo, podziękowałem. Tak należało.

Regularnie grał w reprezentacji olimpijskiej prowadzonej przez Pawła Janasa. Niechętnie wspomina nocne powroty niedoszłych olimpijczyków do pokoju po rynnie. – Nagłośniono tę sprawę, bo odpadliśmy pechowo z Turcją. A gdy byliśmy nastolatkami zdarzył się większy wyskok i nikt o nim nie pisał, a incydent przy okazji scementował grupę.
W pierwszej reprezentacji zadebiutował u Jerzego Engela. Po sześciu minutach w meczu z Hiszpanią w Kartagenie musiał czekać prawie trzy lata na występ w kadrze Zbigniewa Bońka. Miał bardzo udaną rundę jesienną, ale początkowo nie dostał powołania na spotkanie z Danią. – Co mogę jeszcze zrobić? – pytał wtedy ze smutkiem.
Wtedy wskoczył do kadry za kontuzjowanego kolegę, teraz droga do niej stała się łatwiejsza. Koszulka z orzełkiem to moje marzenie. W reprezentacji olimpijskiej tez tak było: przyjeżdżałem ze zgrupowania i od pierwszego dnia po powrocie czekałem na następne powołanie.

To dla ciebie gram

Jesienią, po meczu Wisły w Wodzisławiu, policja starła się z krakowskimi fanami. Baszczyński wskoczył na ogrodzenie i zaczął krzyczeć na stróżów porządku. – Wiem, że często kibice wzniecają burdy, ale przez kilku cierpi kilkudziesięciu. Serce mnie boli, gdy widzę ostre lanie. Wiem jak to jest, bo sam kiedyś dostałem. Guma strasznie „ciągnie”.
Będąc nastolatkiem często jeździł na mecze Górnika, potem Ruchu. – Nie byłem jakimś „psychofans”, ale pałki policyjne, latające kamienie, to była codzienność. Trzeba wszystko przeżyć, zobaczyć piłkę z każdej strony. Lubię stadiony z trybunami zaraz przy trawie, bliski kontakt z publicznością, dla której gram. Nawet na wyjazdach, bo wyzwiska mnie mobilizują.

W Pogoni Ruda Śląska zaczynał jako napastnik, strzelał sporo bramek. – W Chorzowie od początku przesuwano mnie do tyłu, w pierwszym turnieju juniorskim zagrałem na stoperze – wspomina. – Nie buntowałem się, bo przejście do Ruchu to było wydarzenie, cieszyłem się, że jestem w tak wielkim klubie.
W Wiśle stał się najlepszym w kraju bocznym obrońcą. W pucharowym spotkaniu w Parmie toczył porywające pojedynki z Adrianem Mutu, w efekcie długimi okresami wyłączył z gry Rumuna kreowanego na gwiazdę ligi włoskiej. – Wiedziałem wtedy, że jak dam trochę luzu, to zostanie ze mnie galaretka – mówi Marcin. – Wyszedł mi mecz, ale te najlepsze dopiero przede mną. Zawsze staram się tak podchodzić do życia: mogę zagrać jeszcze lepiej, coś poprawić, zrobić więcej.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.