Podajemy szczęśliwe numery: 5, 7, 9, 13

W spotkaniu, którego poziom dorównał randze, a emocje – otoczce, Wisła rozmontowała w Krakowie Lechię Gdańsk, 5:2, i zluzowała ją na fotelu lidera Lotto Ekstraklasy.

W minionym sezonie wspólne dla obu klubów były poważne kłopoty finansowe. Większe w Wiśle, za to mocniej odbijające się na formie sportowej w Lechii. Kiedy opublikowano terminarz rozgrywek 2018/19, można było spodziewać się, że na 15 września zaplanowano konfrontację najmocniej wykpiwanych drużyn, swoiste „derby bankrutów”. I nie było pewności, czy w ogóle do niej dojdzie, a nawet jeśli – to na jakim obiekcie, bo Wisła nie miała żadnego, który mogłaby nazywać własnym.
Życie przygotowuje jednak czasami niezwykłe siurpryzy. Któż byłby w stanie przewidzieć, że zajdzie następujący ciąg zdarzeń: „derby szydery” odbędą się, owszem, w Krakowie, ale dwa tygodnie wcześniej i zmierzą się w nich grupy największych w ostatnich dwóch miesiącach nieudaczników, Cracovii i Legii Warszawa; że 15.9 dojdzie do meczu na szczycie; że prezentująca najatrakcyjniejszy futbol w Polsce „Biała Gwiazda” podejmie niepokonaną, pierwszą w tabeli, Lechię; że na stadionie przy Reymonta zasiądzie rekordowa w skali kraju publiczność?
A jedna z akcji tego widowiska okrasiłaby wiele spotkań w ligach znacznie mniej podwórkowych niż rodzima. W 19. minucie Zdenek Ondraszek zrobił ruch w stronę podania z lewej strony, ale przepuścił je, mieszając w głowie obrońcom. Jesus Imaz odegrał mu zewnętrzną częścią stopy, po czym Zdenek oddał mu główką, Hiszpan strzelił przewracając się, a czeski napastnik dobił do siatki. To jego siódme trafienie, dające przodownictwo w klasyfikacji najskuteczniejszych. Po chwili zaliczył ósme, które jednak nie zostało uznane, bo podający Rafał Boguski wyjechał wcześniej za linię.

Były to również „derby bukmacherów”, którzy są strategicznymi sponsorami obu teamów. Wisła ma LvBet, a Lechia – Totolotka. Ten drugi kojarzy się również z hazardem innego rodzaju: przez kilkadziesiąt lat totolotkiem (lub w skrócie – totkiem) nazywało się potocznie gry liczbowe organizowane przez Totalizatora Sportowego, prekursora obecnego Lotto. Rzesze ludzi, ekscytujących się wówczas telewizyjnymi losowaniami, pewnie do dziś pamiętają tamte frazy oznaczające dla niektórych przekroczenie granicy, powszechnego w peerelu, szlachetnego ubóstwa: „trwa sprawdzanie banderoli… proszę o zwolnienie blokady maszyny losującej… podajemy szczęśliwe numery…”.
W pierwszej połowie zdobywcy goli byli niejako losowani, bo w każdym z czterech przypadków pomagał im łut szczęścia (zresztą drugi, trzeci i czwarty były sprawdzane przez VAR). W opisywanej wcześniej sytuacji do noszącego „13” na plecach Ondraszka skierował piłkę Maciej Nalepa. Kiedy goście wychodzili w 7. minucie na 1:0, Patryk Lipski (nr 9) przymierzył z wolnego z narożnika pola karnego, a futbolówka otarła się o Imaza, myląc bramkarza. Drugie prowadzenie przyjezdnych to kiks Marcina Wasilewskiego, który najpierw zamiast wybijać niedokładne przyjmował i zaprosił do gry Artura Sobiecha, a później go sfaulował. Karnego wyegzekwował Flavio Paixao („28”).
Przed przerwą Jakub Bartkowski („5”) uderzył głową, Paixao zaś zabrakło ułamka sekundy, aby wybić piłkę. Uczynił to tuż za linią, rezultat zmienił się na 2:2, co szkoleniowiec Lechii, Piotr Stokowiec podnosił później jako jeden z kluczowych momentów spotkania.

– Gratuluję moim zawodnikom… świetny mecz… wspaniałe widowisko… zagrali koncertowo – opiekun krakowian, Maciej Stolarczyk rozpływał się w superlatywach i tryskał humorem. Na naiwne pytanie, na jakie żaden trener nie odpowiada, „kto był najlepszym zawodnikiem Wisły?”, odparł: „Mirek Szymkowiak” (to jeden z jego najbliższych przyjaciół, najpierw w Widzewie Łódź, a później w ekipie „Białej Gwiazdy”).
W drugiej połowie jego podopieczni rozmontowali przeciwników kontrami. Najpierw Dawid Kort („7”) precyzyjną główką przy słupku sfinalizował dośrodkowanie Rafała Pietrzaka („2”). Potem do długiego wykopu Mateusza Lisa („1”) dopadł Boguski („9”), przerzucił z prawej strony pola karnego na lewą, a tam Kamil Wojtkowski („26”) zdobył bramkę w swoim pierwszym kontakcie z piłką. Na trybunach zapanował taki zgiełk, że spiker dość długo nie mógł wyczytać jego nazwiska.
Gospodarze byli jak karaluchy, które jeśli nie dostaną się do domu przez kuchnię, to wejdą przez sypialnię, a jeśli nie uda im się przez drzwi frontowe, to sforsują okienko do piwnicy. W 82. minucie otrzymali „wapno” za faul Stevena Vitorii na Imazie („11”). Maciej Sadlok uderzył mocno, ale w środek, a rzucający się Duszan Kuciak przytomnie zostawił tam rękę i sparował na rzut rożny. Po wznowieniu Pietrzaka z kornera Imaz przedłużył centrę, a Boguski zapakował z bliska.
W końcówce gdańszczanie mieli wyśmienite okazje, lecz Lis instynktownie obronił strzały z 3 (głową) i 2 (nogą) metrów.
– Przyjechaliśmy tu z chęcią wygrania i powiem przewrotnie, że nie byliśmy od tego dalecy. W każdym razie nie będę rozdzierał szat i krytykował swojej drużyny. Nie gaście świateł. Za chwilę tu wracamy i znowu postaramy się stworzyć ciekawe widowisko – odgraża się trener współautorów dzisiejszego spektaklu. Bardzo szybko dostaną możliwość rewanżu, gdyż 25 września, o g. 20.30, Wisła podejmie Lechię w Pucharze Polski.
PAWEŁ FLESZAR

WISŁA Kraków – LECHIA Gdańsk 5:2 (2:2)
Bramki: Ondraszek 19, Bartkowski 45, Kort 64, Wojtkowski 75, Boguski 83 – Lipski 7, Paixao 38 k. Sędziował: Paweł Gil (Lublin). Żółte kartki: Boguski, Kosztal – Lipski, Mladenović. Widzów: 23 052.
WISŁA: Lis – Bartkowski, Wasilewski, Sadlok, Pietrzak – Basha (87. Plewka), Kort (83. Halilović) – Boguski, Imaz, Kosztal (74. Wojtkowski) – Ondraszek. Trener: Maciej Stolarczyk.
LECHIA: Kuciak – Fila, Vitoria, Nalepa, Mladenović – Kubicki, Łukasik (72. Sopoćko), Lipski – Paixao, Mak (58. Haraslin) – Sobiech (84. Arak). Trener: Piotr Stokowiec.

Pozostałe wyniki i tabelę Lotto Ekstraklasy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.