Podróż za jeden uśmiech

W wałbrzyskiej hali koszykarze Rawlplug Sokoła Łańcut trafili aż 16 „trójek”, przy wyśmienitej skuteczności 57%, dzięki czemu pokonali Górnika 82:62 i zostali liderem I ligi.

Kierownik Sokoła, Władysław Dyląg jest świadkiem i współtwórcą historii rzeszowskiej i łańcuckiej koszykówki ostatniego półwiecza, chodzącą skarbnicą opowieści, faktów i anegdot, a przy tym Kasandrą swojskiego chowu. Tyle że trojańskiej Kasandrze ludzie nie wierzyli, a przepowiednie Kasandry podkarpackiej na ogół się nie sprawdzają. Inna sprawa, że wybiera najmniej prawdopodobne rozwiązania i przed każdym meczem wieszczy porażkę swojej drużyny. Coś jak jeden z bohaterów humorystycznych powieści marynistyczno-wojennych Briana Callisona o kapitanie Trappie, Papieros Bucalosie, który w przypadku zagrożenia: „Olewał próby ocalenia kogokolwiek, w tym siebie samego, biegał w kółko po pokładzie i krzyczał >wszyscy umrzemy<„.
Dzisiaj jego obawy miały pewne przesłanki sprawdzalności. Jego zespół jechał do Wałbrzycha bez swojego kapitana, Macieja Klimy, który odniósł kontuzję w środowym spotkaniu (opisywaliśmy to TUTAJ). Pierwsze testy i badanie USG wskazują, że raczej nie doszło do zerwania więzadeł, ale pełny obraz stanu jego kolana da analiza wyników rezonansu magnetycznego, którą przeprowadzi pomagający klubowi fizjoterapeuta dr Bartosz Rutowicz. Ewentualną rotację zawęził piątkowy uraz łydki Adriana Inglota.
Mieli się zmierzyć z nieobliczalnym przeciwnikiem, który wygrał obydwa mecze u siebie, z Astorią Bydgoszcz i Pogonią Prudnik. Niewiadomą była też ich skuteczność w nowych dla nich, znacznych przestrzeniach hali Aqua Zdrój, równie efektownej wewnątrz, co na zewnątrz (malowniczo położonej niemal u stóp Chełmca).
Początek sugerował, że łatwo faktycznie nie będzie, gospodarze wyrównywali wszelkie przewagi łańcucian – 0:3, 3:3, 3:6, 6:6, a w 9. minucie wyszli na 11:10. Trudny do zatrzymania pod koszem był Piotr Niedźwiedzki, snajperskie możliwości potwierdzał Hubert Kruszczyński, który w minionym sezonie zaliczył w jednej konfrontacji kilkanaście celnych rzutów za trzy.

Walory komiczne wyjazdów z Sokołem niemal dorównują sportowym, a wspólna podróż poprawia nastrój nie gorzej niż sama gra.
Bojowym zadaniem Dyląga jest prowokowanie trenera Sokoła, Dariusza Kaszowskiego i dzięki inwencji oraz upartości osiąga lepsze efekty, niż prorokując niepowodzenia. Obiad w drodze na jeden z ubiegłorocznych meczów. Kierownik zaczyna, że można było zamówić coś innego, bo te potrawy są może i smaczne, ale porcje za małe. – Śpieszyłem się rano, więc odpuściłem śniadanie. Pomyślałem „podjem sobie po drodze”, a tu taka odrobina – utyskuje, przeglądając menu.
Szkoleniowiec cierpliwie odpowiada, że w drodze powrotnej będą jeść w tej samej restauracji, a wtedy to kierownik ustali jadłospis.
– Nie chcę… to na nic… Już do końca dnia będę pościł – mówi Dyląg grobowym tonem, zerkając spod oka, czy tamten osiągnął już temperaturę wrzenia.
Filip Małgorzaciak potrafił ugotować gospodarzy w ciągu kilkudziesięciu sekund. Strzelił z ośmiu metrów, wrócił pod własny kosz, zebrał piłkę po pudle rywali, a ci sfaulowali go, gdy wyjeżdżał z kontrą. Pocierając uderzoną głowę podreptał na linię wolnych, wykorzystał oba. Po wznowieniu z linii środkowej (przewinienie było umyślne), jeszcze raz poprawił zza łuku, przez ręce obrońcy. 8 punktów z rzędu i 21:32 na tablicy, a po „trójkach” Bartłomieja Karolaka i Wiktora Sewioła – 21:35 i 24:38.
Pierwsza połowa zamknęła się wynikiem 28:40, goście 27 „oczek” zdobyli rzutami za trzy, w których uzyskali 60% skuteczności. Deskę zabezpieczał Rafał Kulikowski, notując w tym okresie 8 zbiórek.

„Kasza” i „Kiero” są jak postaci z wiadomej kultowej komedii. Żyć bez swoich kąśliwości nie mogą, przy posiłkach, czy w autokarze zawsze siadają obok siebie. Coach nigdy nie pozostaje dłużny. Evergreenem w jego repertuarze jest opowieść o występach nastoletniego Władzia w trupie teatralnej rzeszowskiego MDK. W inscenizacji „W pustyni i w puszczy” grał murzynka, który głównie tańczył i śpiewał, wypowiadając tylko jedną, zwięzłą, ale brzemienną w konsekwencje kwestię: „Bwana kubwa, zabić lwa!” (Dyląg na to, że był pierwszym Murzynem na Podkarpaciu, ale w karierze aktorskiej ma pięć ról, w tym w „Krzyżakach”. W dowolnej chwili jednak Kaszowski jest w stanie zaimprowizować szpilę: dzisiaj przy obiedzie prezentował za pomocą nitki makaronu, jak kierownik kiedyś jadł śledzia.
Lepszą rzecz wymyślił kilka godzin później. Nie miał Klimy, a zastępujący go Sewioł na początku drugiej połowy złapał czwarty faul. W obronie na pozycji silnego skrzydłowego (tzw. czwórce) grał więc Małgorzaciak. Statystyki nie pokazują, jak ambitnie ten rasowy strzelec przepychał się z wałbrzyszanami, ale ujęły jego 14 zbiórek, w tym 13 defensywnych.
W ataku „czwórką” był natomiast szczuplutki Bartek Karolak, który w tym sezonie obsadzał już cztery pozycje (1-4). W niedzielny wieczór, w trzeciej części ustawiał się na prawym półskrzydle za linią 6,75 m i stamtąd czesał siatkę. Tak zanotował swoje trafienia nr 4., 5. i 6. On akurat kilka lat temu zapoznał się z obiektem Aqua Zdrój, jeszcze w barwach AZS Lublin walcząc o awans do II ligi, a potem w akademickich mistrzostwach Polski.
W tamtym okresie „trójki” zaliczyli również obaj rozgrywający, Kamil Zywert i Dawid Zaguła. Kamil swoją poprzedził udane penetracje (przede wszystkim lay-up po przekozłowaniu całego boiska), a różnica w zapisie wyniosła 46:66.

Podczas jednego z wyjazdów przebojem było nagranie Kaszowskiego dokonane komórką przez drugiego trenera, Mateusza Leję. Wybrani widzowie i sam bohater zaśmiewali się, oglądając, jak w pokoju hotelowym w Kołobrzegu szkoleniowiec wielką poduchą polował na komary. Na kpiące pytanie, czemu nie użył precyzyjniejszego instrumentu, w rodzaju złożonej gazety, odparł z godnością, że gazety akurat nie było pod ręką, poza tym liczy się efekt, a on przynajmniej mógł spokojnie się wyspać.
Takie właśnie polowanie na komary (czy też strzelanie z armaty do wróbli) przypominały starcia potężnego, silnego i sprawnego Niedźwiedzkiego z Jakubem Fiszerem albo Karolakiem. Kiedy trącił biodrem tego drugiego, ten frunął na parkiet. „Niedźwiedź” dostarczał piłki do kosza, przewaga zmniejszała się z 48:70 do 56:70, lecz gdy Kuba i Bartek zrewanżowali się „trójkami”, wróciła do dawnej postaci – 56:73, 58:82, 62:82.
W następnej kolejce Sokół zagra również w niedzielę, 28 października, ale tym razem w Łańcucie. O g. 17.30 podejmie Biofarm Basket Poznań.
PAWEŁ FLESZAR

GÓRNIK TRANS.EU Wałbrzych – RAWLPLUG SOKÓŁ Łańcut 62:82 (13:15, 15:25, 18:25, 16:16)
Sędziowali: Adam Krasuski, Grzegorz Szeremeta i Michał Cieśla. Widzów: 800.
GÓRNIK: Niedźwiedzki 20 (11 zb., 2 bl.), Kruszczyński 6 (2×3, 5 zb.), Der 5 (1×3), Wróbel 4 (7 zb.), Glapiński 1 (6 zb., 5 as., 2 prz.) oraz Ratajczak 9, Spała 7, Durski 5 (4 zb., 2 prz.), Krzywdziński 5 (4 as.). Trener: Marcin Radomski.
SOKÓŁ: Małgorzaciak 24 (4×3, 14 zb.), Karolak 23 (7×3), Zywert 9 (1×3, 6 as., 5 zb.), Sewioł 5 (1×3) Kulikowski 4 (11 zb.) oraz Fiszer 6 (2×3), Pruefer 6 (4 zb.), Zaguła 5 (1×3, 5 as.), Mroziak. Trener: Dariusz Kaszowski.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.