Pomnik z krwi i kości

Artykuł ukazał się w miesięczniku „Super Volley” z grudnia 2007 r.

Przed laty odnalazł w książce myśl Św. Tomasza z Akwinu. „Ludzie sztuki nie są po to, żeby byli grzeczni, dobrzy, ale po to, żeby tworzyli” – powtarzał ją chętnie i doskonale puentowała jego życie. Hubert Wagner z wygrywania uczynił sztukę, osiągnął takie sukcesy, jak nikt w Polsce i bywał tak słaby i grzeszny, jak każdy z nas.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

Z wprawą linoskoczka balansował na cienkiej, napiętej linie. Gdy prowadził reprezentację Polski po raz pierwszy, w latach 1973-76, wygrała ona aż 26 z 28 tie-breaków. W tym najważniejszy – w finale igrzysk olimpijskich w Montrealu w 1976 roku. Obowiązywał inny system: punkty można było zdobywać tylko przy swoim serwisie, każdy set grało się do 15. W czwartej partii drużyna ZSRR miała dwa meczbole. – Byłem spokojny i przekonany, że wygramy – przekonywał zawsze. – Już obejmując reprezentację wiedziałem, że nie pokonamy Ruskich byczą siłą, możemy to zrobić tylko wytrzymałością, techniką i taktyką. Pod to ustawiłem przygotowania i to się sprawdziło, bo oni w pewnym momencie zaczynali słabnąć, a my graliśmy dalej na tym samym poziomie.
Mecz trwał 146 minut. Polacy wyszli z opresji w czwartej partii, a w tie-breaku od stanu 7:7 już tylko oni zdobywali punkty. Wagner zarządził, żeby przez cały mecz serwowali tak, by ciągle atakować musiał Czernyszew. I zamęczony gwiazdor rywali mylił się w decydujących momentach.

Racja górnika dołowego

W połowie lat 70. powstał film dokumentalny o katorżniczej pracy wykonywanej przez podopiecznych Wagnera na zgrupowaniach. – Typowa produkcja na potrzeby peerelowskiej propagandy – machali później ręką zawodnicy. Dla lepszego efektu na planie byli polewani wodą, ale ich opowieści robią większe wrażenie. – Były długie okresy, gdy trenowaliśmy po dziesięć godzin dziennie – wspomina atakujący złotej drużyny, Tomasz Wójtowicz. – Przez wiele tygodni wykonywaliśmy codziennie po czterysta skoków przez metrowy płotek, ubrani w piętnastokilogramowe pasy z obciążnikami. Czasami mieliśmy dość wszystkiego, wyzywaliśmy go w duchu od najgorszych.

Ktoś obliczył, że siatkarze znosili większe obciążenia, niż górnicy dołowi. I osiągnęli więcej niż ktokolwiek w polskiej historii sportów zespołowych. Ale zdarzył się moment, kiedy drakońskie środki obróciły się przeciw Wagnerowi. Gdy po paru latach prowadził reprezentację kobiet, kilka siatkarek miało problemy zdrowotne. Skonsultowały się z lekarzami spoza kadry, którzy stwierdzili, że podejmując taki wysiłek mogą mieć problemy z macierzyństwem. Z występów w reprezentacji zrezygnowały cztery zawodniczki z podstawowej szóstki. Trener nie chciał wtedy pójść na kompromis, zmniejszyć wymagań, przez co stracił pewny medal mistrzostw Europy. Musiał zadowolić się efektownym zwycięstwem nad ZSRR (następne przyszło dopiero 24 lata później, za kadencji Andrzeja Niemczyka!), a buntowniczki zostały zawieszone na część sezonu ligowego. Wagner nigdy nie przyznał też publicznie, dlaczego zespół się rozsypał. – Obiecałem im wyjazdy zagraniczne, które nie doszły do skutku z powodów politycznych. Rozgoryczone dziewczyny uciekły w kontuzje – tłumaczył w wywiadach.
Niezależnie, czy wiodło mu się dobrze, czy źle, był głęboko przekonany, że ma rację – powiedział po jego śmierci Ryszard Bosek.

Wagnerowski ton

Tytuł filmu Witolda Rutkiewicza – „Kat” – przylgnął do Wagnera na stałe. Szkoleniowiec mawiał, że pseudonim jest mu obojętny, ale zawsze z wdziękiem nosił szaty tyrana. – Demokracja kończy się na poziomie ustaleń, potem rządzi jedna osoba: ja – powtarzał z lubością. – Jeśli się tego nie przestrzega, robi się anarchia i burdel. I o ile w burdelu może być przyjemnie, to w anarchii na pewno nie.
Kiedy dziewczęta ze Skry Warszawa spóźniły się na zbiórkę przedmeczową, sam pojechał autobusem do hali, a one musiały szukać taksówek. – Próbował nas wychowywać; Goni Glince dał karę finansową, bo zapomniała książeczki zdrowia – wspomina Ewa Cabajewska, wówczas rozgrywająca stołecznej drużyny.

Brakuje mi u niego jednego choćby dobrego słowa w trakcie meczu; jest tylko krytyka: wykrzyczana, albo wypowiedziana cicho, lecz dosadnie. Wychodzi z założenia, że kobiety trzeba tresować, a nie trenować – charakteryzowała dziesięć lat temu Agata Jung-Tekiel, inna podopieczna ze Skry. Później została ostatnią towarzyszką genialnego szkoleniowca, a on zwierzał się znajomym, że dzięki niej uporządkował swoje życie i zaczął dbać o siebie.
Aby z kolei odchudzić jedna z reprezentantek, siadał zawsze obok niej przy posiłkach. Sam nalewał jej pół talerza zupy, a potem odkrawał – i sam zjadał – pół kotleta.

Wezmę panienkę spod czerwonej latarni i będzie lepsza od ciebie – potrafił powiedzieć (choć w bardziej żołnierskich słowach) do doświadczonej zawodniczki na otwartym treningu reprezentacji, gdy na trybunach siedziały rodziny kadrowiczek. W 1974 roku jego drużyna w fantastycznym stylu zdobyła w Meksyku mistrzostwo świata, wygrywając wszystkie 11 spotkań. Najlepszym zawodnikiem imprezy obwołano Stanisława Gościniaka, fenomenalnego rozgrywającego. Niedługo później usłyszał on od Wagnera, że na olimpiadzie będzie tylko rezerwowym. A kiedy rok później wyjechał do USA, aby zarobić trochę pieniędzy w serii meczów towarzyskich, został na wniosek trenera w pokazowy sposób zdyskwalifikowany, próbowano mu nawet zablokować konto bankowe. – Skoczyłem „Grubemu” do gardła i udało się przerwać ten cyrk – wspomina Bosek, który zanim został podopiecznym Wagnera, mieszkał z nim w jednym pokoju na zgrupowaniach i jak wszyscy reprezentacyjni koledzy obdarzał tym twarzowym przezwiskiem.

Z kadry wyleciał również inny bohater mistrzostw w Meksyku, Wiesław Czaja, bo nie chciał odejść z drugoligowego AZS Częstochowa. – Poświęciłem najlepszych dla dobra grupy. Przyjąłem inne założenia na olimpiadę, a jak się później okazało, były słuszne – zawsze twardo podkreślał Wagner. – Postawił twarde warunki, ale uchylił też drzwi. Kto nie miał ochoty się podporządkować, mógł wyjść – łagodzi nieco obraz Bosek.

To nie był sen

Ten dyktator i autokrata wykazywał jednocześnie niespotykany liberalizm. W wyznaczone dni zawodnicy mogli najzupełniej legalnie spędzić wieczór, albo i noc w knajpie lub dyskotece. Na piwo, wódkę, dziewczyny chodził z nimi sam trener. – Mówił najpierw: „Albo bierzemy tylko po koktajlu, a jutro będzie wolne przedpołudnie, albo możecie pić do woli, ale rano zrobię trening” – wspomina Bosek. – Zwykle wybieraliśmy poranny trening
Czasami nie umieli z tego prawa korzystać – opowiadał kiedyś Wagner. – Gdy jeden z nich zalał się i narozrabiał, wyrzuciłem go, tym bardziej że był już „podpadnięty”. Facet budzi się następnego dnia i podekscytowany mówi do kolegów: „Słuchajcie, miałem niesamowity sen, że Gruby wywalił mnie za kadry”. A oni: „To nie był sen, pakuj się szybciej, bo jak cię tu zobaczy, to ci nogi z dupy powyrywa”.

Bywało, że przed czasem musiał pakować się sam trener. Jego trzecie podejście do reprezentacji skończyło się po trzynastu miesiącach pracy. Podobno nie umiał trafić do siatkarzy z innego pokolenia, o innej mentalności, był za mało wymagający. Wszystkich zaskoczyła jego rezygnacja niedługo po epokowym sukcesie w Montrealu. Podobno zawodnicy nie chcieli już z nim pracować. Podobno krótkotrwały bunt wybuchł jeszcze na igrzyskach, po kiepskim, nieznacznie wygranym meczu z Koreą Płd. Podobno w samolocie z Montrealu omal nie doszło do rękoczynów, kiedy pijany Wagner powiedział do równie pijanych podopiecznych: „Jesteście do niczego, wszystko to moja zasługa„. Podobno…

Nie mówimy „cześć”

Bernardo Rezende, Raul Lozano, ja, wszyscy uczyliśmy się podpatrując metody Wagnera, oglądając mecze jego zespołu – nie ukrywa Julio Velasco, jeden z najbardziej zwycięskich szkoleniowców w historii. – Wielu trenerów prowadziło drużyny do triumfu na olimpiadzie, jednak legendą światowego formatu nazwałbym tylko Huberta Wagnera – twierdzi Doug Beal, który z USA wygrywał igrzyska w Los Angeles i Seulu.

Osiągnięcia Wagnera wykraczają poza złote medale i rewolucje taktyczne (jego drużyna jako pierwsza na świecie zaczęła stosować atak z drugiej linii jako stały element, a nie zagranie sytuacyjne). Był pierwszym, który na taką skalę wprowadził psychologię do treningu, meczu, postępowania z zawodnikami. Gdy jako szesnastolatek grał w AZS Poznań, miał posłuch u dwukrotnie starszych kolegów (nawet pracowników naukowych poznańskich uczelni), którzy wybrali go kapitanem drużyny. Kiedy w wieku 32 lat dostał nominację na trenera reprezentacji, niektórzy zawodnicy podpisali petycję protestacyjną. Jednym z jej sygnatariuszy był Zdzisław Skorek, później… kapitan drużyny Wagnera. – Różniły nas poglądy niemal we wszystkich dziedzinach, ale połączył cel; mądrzy ludzie zawsze potrafią się dogadać – tłumaczył szkoleniowiec.

Dorobił się etykiety zarozumialca i pyszałka, kiedy półtora roku przed igrzyskami w Montrealu zapowiedział, że jego zespół zdobędzie na nich „złoto”. – Chciałem, żeby doszło do samozapłonu, żeby nagromadzona w zawodnikach energia znalazła pozytywne ujście – wyjaśniał po latach.
Psychologią walczył też z przeciwnikami. – W 1973 roku podczas turnieju szliśmy całą grupą na stołówkę i spotkaliśmy Ruskich, którzy z niej wracali – wspominał. – Ja od razu: „Jak któryś pierwszy powie cześć, to przypierdolę!” Ruscy się zdziwili. Niby drobna rzecz, ale ważna, miała później znaczenie.

Gdy Skra zmierzyła się o awans do Serii A z faworyzowaną Wisłą Kraków, warszawianki w pierwszym secie psuły serwisy, ataki, popełniały najprostsze błędy. I nagle, przy stanie 9:1 dla gospodyń, których pewność siebie przeradzała się wręcz w nonszalancję, zaczęły grać koncertowo. Ogłupiałe krakowianki nie zagroziły im już w tym meczu, ani w następnych. Innym razem, na rozgrzewce, gwiazda stołecznego zespołu, Małgorzata Glinka udawała kontuzję. Niedługo po rozpoczęciu gry „ozdrowiała”, weszła na boisko i rozbiła zszokowane rywalki. – Setki takich numerów zrobiłem już w życiu – uśmiechał się pod nosem Wagner. – Uważam, że większość z tego, co osiągnąłem w siatkówce, zawdzięczam wiedzy pozasportowej. A żeby ją mieć, trzeba się uczyć, a nie obcować z komputerem, trzeba czytać coś więcej, niż tylko książkę telefoniczną.

Ostre picie to nie strata

Przed konferencją prasową po finale olimpijskim wziął go na bok nieżyjący już, wyśmienity dziennikarz „Przeglądu Sportowego”, Lech Cergowski i nalał pół szklanki wódki. – Powiedział: „Pij, Jurek, teraz możesz mieć wszystkich w dupie” – wspominał Wagner. Często wypijał znacznie większe porcje. W połowie lat 90. zdarzyło się kilka publicznych incydentów w lokalach, spadł nawet z ławki podczas meczu. I chyba wygrywając z chorobą alkoholową najlepiej pokazał niezwykły charakter. – Jeśli są to koszty mojego zaangażowania i stresu, to takich kosztów życzę każdemu – kpił, wybierając twarz bohatera z krwi i kości, zamiast spiżowego pomnika. – Przez całe życie zasuwałem na całego, a jeśli straciłem rok albo półtora na ostre picie, momentami zbyt ostre, to przecież niewiele przy dwudziestu latach solidnej pracy – dodawał innym razem poważnie. – I nigdy mi to nie przeszkadzało, a znam świętoszków, którzy rzucają piłkę i nie umieją poprowadzić treningu, nie wiedzą co to mecz, kiedy wziąć czas.

Lojalność wobec kolegów po fachu nigdy nie była mocną stroną. – To dobry trzeci trener, w czasach, gdy ja byłem pierwszym – wypalił w telewizji o Wiktorze Kreboku, gdy ten prowadził reprezentację na olimpiadzie w Atlancie.
Zazdrośnie strzegł własnych sukcesów. – Powyciągałem zawodników „z buszu” – mawiał. Zapominał choćby o tym, że połowę jego drużyny w Meksyku i Montrealu tworzyli siatkarze z Resovii i Płomienia Sosnowiec, którym w tych klubach słynny system „podwójnej krótkiej” wpajał Jan Strzelczyk. Był pomysł, że będzie pomagał Wagnerowi w reprezentacji, ale kiedy w 1973 roku w Resovia pokonała sparingu kadrę, współpraca szybko się skończyła… I Wagner nigdy nie wspominał publicznie o zasługach Strzelczyka.

W ośrodku partii

Pana generała Jaruzelskiego bardzo cenię i szanuję – prowokował nawet wówczas, gdy o nazwisku człowieka, który wprowadził stan wojenny, starali się nie wspominać nawet postkomunistyczni politycy.
Jeszcze w peerelu z doskonałych kontaktów z partyjnymi i wojskowymi dygnitarzami potrafił czerpać korzyści dla swoich podopiecznych. Będąc zawodnikiem nie zarabiał dużo („Uwierzy pan, że oboje z żoną byliśmy olimpijczykami, a niekiedy nie mieliśmy co do garnka włożyć?„), mieszkał na obskurnym warszawskim blokowisku, ale gdy został trenerem, jako pierwszy wprowadził duże pieniądze do polskiego sportu. Siatkarze za mistrzostwo świata dostali po sto dolarów premii, ale za olimpijskie „złoto” – już piętnaście razy więcej. To – na tamte czasy – wielkie kwoty, tak jak ewenementem były wtedy wyjazdy reprezentacji na zgrupowania do Francji. Doskonałe warunki treningowe znajdował też w kraju. – Zamiast w jarmarcznych, C-klasowych placówkach COS-u, mogliśmy się przygotowywać ośrodkach Rady Ministrów czy Komitetu Centralnego – chlubił się. – Amerykanie zrobili wielkie oczy, gdy na początku lat 80. przyjechali do jednej z naszych baz: Kozubnika.

Na władzy zawiódł się za to w 1984 roku, kiedy Polska – jak inne kraje bloku komunistycznego – została wycofana z igrzysk w Los Angeles. – Mieliśmy świetną pakę, medal zdobylibyśmy nawet tyłem – ubolewał.
Egocentryk, nieugięty w wielu sprawach, był wrażliwy na problemy zwykłych ludzi. Kiedy został sekretarzem generalnym zadłużonego PZPS, zamartwiał się, że nie ma z czego zapłacić poborów sprzątaczce, dla której jest to jedyne źródło utrzymania.
Już nie tłumaczę się z sukcesów; wisi mi, co o mnie powiedzą lub napiszą. Może dzięki temu uniknąłem zawału – mówił obejmując po raz trzeci reprezentację.
Zawał dopadł go 13 marca 2002 roku, za kierownicą samochodu. Godzinna reanimacja, wprost na ulicy Wspólnej w Warszawie, była porażką. Ostatniego tie-breaka nie doczekał.
PAWEŁ FLESZAR

W DATACH I LICZBACH
Urodził się 4 marca 1941 roku w Poznaniu, zmarł 13 marca 2002 roku w Warszawie. Kariera zawodnicza: AZS Poznań, AZS AWF Warszawa, Skra Warszawa, 194 mecze w reprezentacji Polski (1961-71). Kariera trenerska: Skra Warszawa (grający trener), reprezentacja Polski mężczyzn (trzykrotnie: 1973-76, 1983-85, 1996-97), reprezentacja Polski kobiet (1978-79), męska reprezentacja Tunezji, Filament Bursa, Halbank Ankara (obydwa Turcja), Morze Szczecin, Stilon Gorzów, Skra Warszawa, Dick Black La Festa Andrychów, trener koordynator w reprezentacji Polski (2000-01).

Sukcesy – jako zawodnik: brązowy medal mistrzostw Europy (1967), 5. miejsce na igrzyskach olimpijskich (1968), czterokrotnie mistrzostwo Polski (1963, 1965, 1966, 1968), wicemistrzostwo Polski (1967), 3. miejsce w MP (1969); jako trener: mistrzostwo olimpijskie (1976), mistrzostwo świata (1974), dwukrotnie wicemistrzostwo Europy (1975, 1983), 2. miejsce w Pucharze Świata (1973), mistrzostwo Polski (z Legią, 1983), dwukrotnie mistrzostwo Turcji (z Halkbankiem), wicemistrzostwo Polski (z Dick Blackiem, 1998).

ZŁOTE MYŚLI WAGNERA
Człowiek jest tak skonstruowaną świnią, że będzie się opieprzał, więc trzeba go pilnować.

Poza przypadkami choroby, psychika jest wykładnikiem przygotowania, umiejętności i sposobu trenowania.

Polska to dziwny kraj. Tutaj największe wzięcie mają nieudacznicy. Odniosłeś sukces – podejrzana sprawa. Musisz być „przekręt”, cwaniak, a pewnie i kawał skurwysyna.

Moralność jest zawsze kwestią ilości zer na blankiecie wypłaty.

Telewizja wmawia ludziom głupoty. Na przykład, że hamburgery są smaczne, albo że wysocy zawodnicy muszą grać dobrze w siatkówkę.

Od lat wszyscy robią inaczej, niż ja chcę i może dlatego ciągle przegrywamy.

W pracy nie ma kolegów, a gwiazdki są ważniejsze od belek.

Dzięki Bogu i partii, po dwudziestu latach moi zawodnicy są zdrowi, samodzielnie utrzymują rodziny, żyją na niezłym poziomie.

My już jesteśmy teraz duzi chłopcy i jak się spotkamy przy jakiejś okazji, to nie musimy razem pić piwa. A skoro pijemy to piwo razem, to coś w tym jest.

Przez pewien czas potrafiliśmy uznać za najistotniejszą rzecz na świecie sprawę tak banalną, jak odbijanie kawałka szmaty, napompowanego powietrzem.

Siatkówka jest jedna: męska, żeńska, reprezentacyjna, ligowa, juniorów. Teraz zrobiła się znacznie prostsza, niż w latach 70. ? strategia sprowadza się do wyeliminowania błędów.

Trener ma rację tylko wtedy, gdy wyniki jego drużyny osiągają przynajmniej pułap przyzwoitości.

Według mnie, głowa, nogi, no i oczywiście serce to w siatkówce jedność.

Polacy są narodem wyjątkowo obłudnym. Tutaj ukrywa się, że nasi geniusze, sławni ludzie chodzili na dziwki, pili wódkę i dlatego mogli być dobrymi wodzami, artystami.

Jeszcze się nie zdarzyło, żeby piłka do siatkówki kogoś zabiła.

Do mojej drużyny przyjmę tylko tych, którzy w stu procentach zrobią to, co ja powiem. Wtedy będę wiedział, że mi ufają.

NIEDALEKO UPADŁO JABŁKO OD JABŁONI
Syn Huberta, Grzegorz Wagner nie za bardzo różni się od ojca. – Kiedy zaczynałem karierę, wyobrażałem sobie, że będę najlepszy na świecie – opowiadał kiedyś. Zawsze był niesamowicie ambitny, pracowity i impulsywny.
Mamą Grześka była nieżyjąca już Danuta Kordaczuk, brązowa medalistka igrzysk w Tokio. Gdy nad ranem, 31 lipca kończyła się transmisja finału w Montralu, oboje modlili się przed telewizorem przy piłkach meczowych. Później syn z ojcem rzadko znajdowali taką wspólnotę myśli. Gdy Grzegorz skończył 16 lat, mierzył 180 centymetrów i stało się jasne, że za dużo nie urośnie, Hubert zaczął go nakłaniać, aby rzucił siatkówkę i zaczął trenować piłę nożną. Po trzech miesiącach ćwiczeń w Legii Warszawa, Wagner junior dostał powołanie do reprezentacji Polski juniorów i… zrezygnował z futbolu. – Zadziałała przekora i miłość do siatkówki – zwierza się. Kiedy kilka lat później Wagner zabrał syna do kadry, oskarżano go o protekcję i nepotyzm. – Każdy, kto znał mojego ojca, wiedział, że wymagał ode mnie dwa razy więcej niż od innych. Tak było już wcześniej, gdy zaczął trenować swoich kolegów z boiska – tłumaczy Grzesiek. – Ja jednak nie mogłem wytrzymać presji otoczenia i robiłem wszystko, żeby mnie wyrzucił z reprezentacji. Ostentacyjnie przegrywałem małe gierki, nie przykładałem się do ćwiczeń.

Z czasem coraz bardziej przekonuję się w jak wielu sprawach mój ojciec miał rację – powiedział jednym z wywiadów. I zawsze bronił honoru taty. Niedługo po śmierci Wagnera seniora, Janusz Biesiada, prezes PZPS, stwierdził publicznie, że zatrudnił go, bo nie miał środków do życia. Później, podczas dekoracji po finale ligowym, odbierający srebrny medal Grzesiek demonstracyjnie nie podał mu ręki. – Ta wypowiedź to było wielkie świństwo; pewnych rzeczy się nie robi, jeśli ktoś jest inteligentny i ma trochę taktu – tłumaczył.

Jako dziecko, przebywającego na wielomiesięcznych zgrupowaniach, tatę widywał rzadko. – Był tak konsekwentny, że jego nauki zostawały na długo. Wpajał mi punktualność, pracowitość. Główną karą był zakaz gry w siatkówkę – wspomina Grzesiek. – Zacząłem żyć samodzielnie, gdy miałem siedemnaście lat i nigdy nie potrzebowałem pomocy, dawałem sobie radę. To jest najlepsza odpowiedź na pytanie, czy ojciec mnie dobrze wychował.

Skomentuj