Poukładane – życie i wędki w futerale

Artykuł ukazał się w „Przeglądzie Sportowym” z 24 grudnia 2005 r.

Występując w krakowskiej Wiśle i reprezentacji Radosław Sobolewski pokazuje twarz niezłomnego wojownika. Jego pozaboiskowe życie jest pełne zagadek, a ich odkrywanie staje się tyleż interesujące co trudne.

Od wielu miesięcy unika wszelkich publicznych wypowiedzi. A robi to tak konsekwentnie, że dziennikarze zaczęli szanować jego postawę, zamiast się na nią złościć. – Telewizja, gazety? Mnie to do szczęścia niepotrzebne. Najbardziej lubię ciszę i spokój – tłumaczył kiedyś „Sobol”. Na propozycję rozmowy o takim właśnie podejściu do życia, odparł: – Wolę to robić, niż o tym mówić.
Przypomina się legendarny fiński długodystansowiec Paavo Nurmi, nazywany „Wielkim Niemową”. – Jestem milczkiem z natury – opędzał się od dziennikarzy biegacz. Jego prywatność okryta była tajemnicą. Podobnie jest z Sobolewskim, lecz zza zasłony wyłania się obraz znacznie odbiegający od powierzchownych sądów. – Jest może ostrożny w kontaktach z nieznajomymi, ale gdy przebywa w gronie kolegów staje się najweselszą i najbardziej otwartą ze znanych mi osób – przekonuje Sebastian Mila. – Gdy kogoś lepiej pozna, przekona się do niego, jest przesympatycznym facetem.

Żołnierz z Braveheart

Któryś z reprezentantów Polski powiedział ponoć, że mieszkając z Sobolewskim w pokoju ma się wrażenie pobytu w „jedynce”. – Muszę to zdementować – mówi Piotr Soczewka, który od czasów wspólnej gry w Petrochemii Płock przyjaźni się z Radkiem. – Przez pięć lat, na wszystkich zgrupowaniach mieszkaliśmy w tym samym pokoju, teraz spędzamy całymi rodzinami wspólne wakacje. Jest super kompanem.
– Nie musi go pan znać, żeby w to uwierzyć – dowodzi Rafał Kaczmarczyk, kolega z Groclinu. – Mam swoją teorię: tak świetnymi piłkarzami jak on mogą zostać tylko ludzie inteligentni, z ogromnym poczuciem humoru.
– Umie na dodatek śmiać się z siebie – uzupełnia portret Tomasz Frankowski, znajomy Sobolewskiego jeszcze z Białegostoku. – Na przykład ze zdjęcia, które ktoś powiesił na tablicy w szatni Wisły. Radek z długimi włosami i zabawną parasolką wyglądał jak żołnierz z filmu „Braveheart”.

Za bary z klubem

Według Tomasza Wieszczyckiego, prywatnie „Sobol” jest zupełnym zaprzeczeniem własnego wizerunku piłkarskiego. – Na boisku hardy rozbójnik, walczący na maksa, przepychający się, ciągnący za koszulkę, a poza nim: skromny, spokojny, opanowany – mówi.
Generalnie, opinie znajomych pomocnika Wisły tworzą niemal „Żywot Świętego Radosława”. – Nie lubię „słodzić”, ale o nim muszę to powiedzieć: wspaniały, prawy człowiek – charakteryzuje były trener bramkarzy Wisły, Marek Holocher. – Nie wiem, czy znalazłbyś kogoś, kto odbierałby go negatywnie.
– Zgadzam się z tym, ale z małym zastrzeżeniem – uśmiecha się przewrotnie Mila. – Jest takie powiedzenie: „Nie warto łapać się z żubrem”. Proszę to koniecznie napisać: kibicom da to trochę do myślenia, a „Sobol” zrozumie i się uśmieje.

Był czas, kiedy urodzony w Białymstoku „Żubr” Sobolewski wziął się za bary z całym klubem. Grając w Orlenie Płock odniósł poważną kontuzję ścięgna achillesa. Podczas długiego leczenia i rehabilitacji nie wypłacano mu części poborów. Zaczął walczyć z zarządem o należne mu pieniądze, więc potem z zemsty przesunięto go do piątoligowych rezerw. – Uzasadnienie brzmiało: „Odbiega poziomem od wymagań pierwszego zespołu”. Tymczasem grali w nim tacy „wirtuozi” jak Aidas Preksaitis, którzy nie dorastali Radkowi do pięt – ironizuje jeden z miejscowych kibiców.

Prysznic na przeczekanie

Gdy rację przyznał mu PZPN, występujący już w Groclinie zawodnik stwierdził: „Chcieli mnie zniszczyć, ale ja nie pozwalam sobie w kaszę dmuchać„. Po kilku podobnych, ostrych komentarzach płoccy działacze złożyli w sądzie sprawę o naruszenie dóbr osobistych. Sobolewski przegrał i musiał ich publicznie przepraszać. Prawdopodobnie to jest powodem dzisiejszej niechęci do wywiadów. – Czy ja wiem? Radek zawsze twierdzi, że po prostu nie lubi być na świeczniku – powątpiewa Piotr Soczewka. – Zresztą pamiętam, jak jeszcze przed tamtymi zawirowaniami zdobył w meczu dwa gole. Siedział tak długo pod prysznicem, aż odeszli sprzed stadionu wszyscy dziennikarze.
– Mnie chyba też zaczął uważać za człowieka mediów, bo czasami nie odpowiada na moje sms-y – żartuje Wieszczycki, występujący jako ekspert w Canal+. – A już na poważnie: mam nadzieję, że niedługo się zreflektuje, bo przecież miałby wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia.

Trening bez nadzoru

– Sukcesy i klęski dusi w sobie, nie biega do pracowników klubu z wydumanymi problemami, nie intryguje – wylicza Jerzy Jurczyński, rzecznik prasowy który do Wisły trafił w tym samym czasie co Sobolewski i od roku poznaje nowe dla niego środowisko piłkarskie. – Z poprawką na stosunek do mediów, jako jeden z niewielu spełnia moje wyobrażenie zawodowca.
„Sobol” jest też dowodem, że profesjonalistą trzeba się urodzić. Latem 1997 roku Bogusław Kaczmarek ściągał go do Petrochemii z trzecioligowej Jagiellonii Białystok. – Radek przeszedł tam świetną szkołę u Ryszarda Karalusa, ale w tym czasie klub już wegetował finansowo; wypłaty była kroplówką na przeżycie – opowiada „Bobo”, znany ze szczęśliwej ręki do anonimowych talentów. Okazało się, że Sobolewski może przejść do Płocka dopiero zimą. Kaczmarek wręczył mu rozpiskę indywidualnych ćwiczeń motorycznych, które miały przygotować go do ekstraklasowych obciążeń. I „Sobol” bez żadnego nadzorcy, przyjeżdżając tylko raz w miesiącu na konsultacje, perfekcyjnie zrealizował plan. – W styczniu zrobiłem mu sprawdzian, w którym wypadł doskonale – potwierdza szkoleniowiec.

Na ostatni guzik

Niesamowicie ambitny, a przy tym nadludzko dokładny i uporządkowany. – Przed każdymi zajęciami miał przygotowane buty, zapasowe korki i wszelkie inne potrzebne akcesoria – opowiada Soczewka. – Nikt się z niego nie nabijał, bo każdy mógł pożyczyć coś, czego mu brakowało albo zapomniał. W życiu też wszystko ma zapięte na ostatni guzik: kiedy musi podjąć jakąś decyzję, choćby kupna telefonu komórkowego albo kamery cyfrowej, dużo o tym czyta, zastanawia się, kilkakrotnie sprawdza.
Kiedyś w Płocku koledzy zabrali Sobolewskiego na ryby. – Spodobało mu się, więc następnego dnia poszedł do sklepu wędkarskiego i nabył najlepsze wędki, a do tego specjalną torbę, w której skrupulatnie je układał – uśmiecha się Soczewka.
Wybierając się z nim na ryby w Grodzisku żartowaliśmy, że musi jeździć samochodem kombi, żeby móc zabierać pełny ekwipunek – dorzuca Wieszczycki.

Wizytówka dla Drzymały

Spotykając się z Milą, Radek zawsze dowcipkuje, że wszystkie kontuzje odniósł przez niego. – Tłumaczy, że promował mnie, dając mi wolną rękę w przodzie i musiał bić się w defensywie za dwóch. Uraz Achillesa w Płocku też przydarzył mu się akurat w momencie, gdy ja tam przyszedłem. To wprawdzie żart, ale ma szczęście, że nie gramy razem w Wiśle – wybucha śmiechem Sebastian.
Kiedy wyleczył ścięgno, wytrzymał gehennę w okręgówce, znowu rękę podał mu Kaczmarek budujący zespół Groclinu. – Zrobiłem to także dla siebie, przecież Radek jest jednym z najwdzięczniejszych do pracy zawodników – prostuje od razu trener. Właściciel klubu z Grodziska miał powiedzieć do pomocnika: „Nie znam cię, ale skoro Bogusław Kaczmarek uważa, że się nadajesz, to zostaniesz u nas”.

Wkrótce już cała piłkarska Polska wiedziała, kim jest Sobolewski. Po bardzo udanej rundzie w Grodzisku, w maju 2003 roku dostał powołanie do kadry. Nie mógł pojechać na nie, bo przyplątała się następna kontuzja. Paweł Janas ponowił zaproszenie w sierpniu, a 27-letni debiutant zrewanżował się golem w konfrontacji z Estonią. Późną jesienią kolejny uraz wykluczył go z fantastycznych bojów Groclinu z Manchesterem City. Wytrzymywał jednak wszystko. – Jest niesamowicie twardy, zawsze daje z siebie tyle, ile ma – mówi Marek Konieczny, kierownik drużyny Wisły. – Niedawno chorował przed meczem z Górnikiem Łęczna, był osłabiony antybiotykami. Umówił się z trenerem, że zasygnalizuje, kiedy będzie chciał zejść z boiska. Kilka razy proponowaliśmy mu zmianę, ale machał ręką mówiąc: „Jeszcze chwilę, jeszcze trochę”.

Płomień w Intercity

Koledzy zgodnie przyznają, że choć Radek chętnie spędza z nimi czas, to podporządkowuje go najbliższym. Żonie Agnieszce, ośmioletniej córce Adriannie i o trzy lata młodszemu synkowi, Hubertowi. – Być może jego odporność bierze się z silnego oparcia w kochającej rodzinie – przypuszcza Kaczmarek.
Rzeczywiście, nie załamuje go żadna huśtawka nastrojów. Na przykład rewanż z Panathinaikosem w Atenach: euforyczna radość z gola dającego Wiśle awans do Ligi Mistrzów, łzy w oczach po czerwonej kartce, wściekłość na widok bramki oddalającej nadzieje krakowian. – Odprowadzałem go do szatni, ze złością machnął ręką w stronę greckich kibiców i poleciało na nas kilkadziesiąt półtoralitrowych butelek z wodą – relacjonuje Konieczny. – Uniknął jakoś ciosu, a ja długo miałem potężnego siniaka na ramieniu.
W wieku 29 lat stał się filarem Wisły i reprezentacji, która wywalczyła awans do mistrzostw świata. – Czekał długo na peronie, ale teraz wsiadł do pociągu „Intercity” – obrazowo komentuje Rafał Kaczmarczyk. – To nie wzięło się znikąd: po prostu eksplodował płomień, który długo jarzył się wewnątrz niego.

Jak Kasperczak z Lampardem

Frankowski porównuje Sobolewskiego z gwiazdą Chelsea, Frankiem Lampardem. – Nie ma w tym żadnej przesady – przekonuje. – Obaj mają niezwykłą wydolność, cechy wolicjonalne, świetne uderzenie z obu nóg. Lampard pewnie odrobinę przewyższa go piłkarsko, ale dzieląca ich przepaść marketingowa jest kompletnie nieuzasadniona.
Kaczmarek przypomina, że w podobnym wieku sukcesy na arenie międzynarodowej zaczął odnosić Henryk Kasperczak. – Jeśli opatrzność będzie nad nim czuwała, ustrzeże się kontuzji, może osiągnąć jeszcze wiele – tłumaczy. – Ważny krok musi zrobić w najbliższym miesiącu lub po mistrzostwach świata. Najlepiej, gdyby poszedł do ligi angielskiej, gdzie w pełni wykorzystają jego walory.
Tylko liderem mentalnym żadnej drużyny Sobolewski już raczej nie będzie. W szatni głos zabiera rzadko, mówi ogólnie, nie strofuje kolegów. – Zawsze zaczyna porządkowanie świata od siebie – podsumowuje Kaczmarek. – Uważa, że innych trzeba zachęcać nie uwagami, ale własną postawą.

Giełda odznak

Hobby pomocnika Wisły jest zbieranie odznak klubów zagranicznych. – Wielu kolegów z reprezentacji przywoziło je dla niego – wyjawia Sebastian Mila.
– Od czterech miesięcy nudzi mnie o znaczek Panathinaikosu, który przywiozłem z Aten, ale gdzieś mi się zawieruszył – opowiada Marek Konieczny. – Nawet żegnając się przed wyjazdem na urlop zaczepił mnie: „Nieładnie wchodzić w nowy rok z długiem„.

Poważniej traktuje zainteresowania ekonomiczne, gra na giełdzie. – Telewizor zawsze miał włączoną telegazetę na stronie 611, gdzie są notowania akcji – uśmiecha się Tomasz Frankowski.
– To ja namówiłem go, podobnie jak kilku innych kolegów, do założenia rachunku inwestycyjnego; zawsze dużo dyskutowaliśmy o sprawach gospodarczych, rynkach finansowych – wyjaśnia Tomasz Wieszczycki. – Niedawno mówił, że ostatnio kupuje i sprzedaje bez wielkich zysków – zdradza Piotr Soczewka.
Przed laty „Sobol” zaczął studia na Akademii Wychowania Fizycznego. Przerwał je, bo nie był w stanie pogodzić nauki z obowiązkami zawodniczymi. – Nie zrezygnowałem jednak z wyższego wykształcenia, postaram się o nie po zakończeniu kariery sportowej – deklarował przed dwoma laty. Biznesmenem jednak chyba nie zostanie. – Zwierzał się, że chce być trenerem – dodaje Soczewka.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.