Powódź – list samobójcy

Zapraszamy do lektury kolejnego fragmentu – czwartej części pierwszego rozdziału – kryminału „Powódź”. Powieść ukaże się 24 października, a dwa dni później, w sobotę, o g. 13, autor będzie ją podpisywał podczas krakowskich targów książki.
Dokładne informacje na temat tego spotkania można znaleźć TUTAJ. Od 24.10 książka będzie dostępna na targach i w sklepie internetowym wydawnictwa TUTAJ, a w ciągu kilku następnych dni trafi do szerszej dystrybucji.

Poniedziałek, 2 lipca

4.
To nawet nie była kawalerka, ale garsoniera.
W przedpokoju wydzielona wnęka z dwupalnikową kuchenką i zlewozmywakiem, w łazience ledwo mieściła się wanna, klozet i mała pralka. Gdyby w pokoju nie złożyli przed chwilą dwuosobowego tapczanu tak, aby udawał szeroki fotel, trzech mężczyzn z trudem by się tu omijało. Nie mógł sobie wyobrazić jakiejkolwiek szarpaniny w tym wnętrzu. Komisarz Wit Nawrocki (tak nazywał się policjant) zajął miejsce przy oknie, a pan Henryk stał przy regale wpasowanym pomiędzy szafę i konstrukcję zawierającą szuflady, barek, szafkę oraz dwie wnęki – szerszą z wieżą i kolumnami oraz mniejszą z płytami. Przeglądał grzbiety książek stojących na sześciu wąskich półkach, ale chyba nie odczytał żadnego tytułu.
Kris siedział na obrotowym krześle i wciąż na nowo omiatał wzrokiem stronicę formatu A4, zapełnioną schludnym pismem Kuby, z wyrysowanymi za pomocą kresek gwiazdkami.

Zawsze chciałem pisać o muzyce jak Tomek Beksiński. Nie starczyło mi talentu, więc gniję w ciemnej dziupli za projektorem i w ciasnym pokoiku na dziewiątym piętrze bezpłciowego, peerelowskiego bloku. Zły człowiek zabrał Zuzę i odtąd moja egzystencja miała coraz mniej sensu. Ostatnio straciła go zupełnie.
Szkoda tylko, że nawet teraz nie umiem wymyślić nic oryginalnego. Ale to nie taki wstyd – naśladować mistrza.
A więc to moje chwile, dla których warto było żyć:
* Późne niedzielne popołudnie podczas wakacji na wsi, gdy wróciłem zziajany po kilkugodzinnej grze w piłkę. W domu nie było nic konkretnego do picia poza wodą z kranu, babcia wyciągnęła ze studni bańkę z mlekiem, którą wpuszczała tam na noc, żeby się nie zepsuło, a następnego dnia oddawała do mleczarni. Już nic później tak mi nie smakowało – połączenie zimnego napoju po upojnym, gorącym popołudniu i miłości jedynej osoby, która zawsze mnie akceptowała bez żadnych zastrzeżeń.
* Koncert Purpli w hali Makoszowy, gdzie po dwóch godzinach pracy łokciami dopchaliśmy się wieczorem pod samą scenę (dobrze, że zaczęli grać z opóźnieniem). Mogliśmy dokładnie zobaczyć, jak Blackmore patrzy spode łba, z nienawiścią na Gillana, kiedy ten wyje podczas „Child in Time”.
* Noc w tipi, które sami wybudowaliśmy w ogrodzie u dziadków Krisa (i w ogóle się nie zawaliło!). Prawie nie spaliśmy, bo na skraju lasu tyle było niesamowitych, obcych odgłosów.
* Poranek z Hanką w samochodzie, którym po osiemnastce Konrada pojechałem do miejskiego lasku, a ona wkrótce przestała narzekać, że jej niewygodnie i chce jej się spać.
* Południowa ceremonia Pierwszej Komunii Świętej – nigdy przeżycia duchowe nie splotły się tak mocno z materialnymi, po czym pamiątka została mi do dzisiaj.
* Popołudnie po ustnym egzaminie z WOS-u, ostatnim na maturze, kiedy kupiliśmy sobie piwo, wróciliśmy do szkoły i paręnaście metrów od ludzi, którzy jeszcze czekali na odpytanie, piliśmy je, wychylając się przez okno na piętrze. Jak cudownie byliśmy naiwni, sądząc, że odtąd coraz więcej będzie nam wolno…

Tekst znajdował się z tyłu czarno-białego, wydrukowanego zdjęcia. Młoda dziewczyna przyciskała do policzka puszkę coli. Cała – twarz, ramiona, dekolt – składała się z delikatnych, ciepłych płaszczyzn. Bił od niej blask. Jasne włosy, czarny sweterek na dwóch ramiączkach blisko szyi. Nie potrzeba było więcej kolorów, nie musiałeś wiedzieć, czy ma niebieskie, czy zielone oczy. Była doskonała.
Uprzytomnił sobie, że Kuba nie wspomniał w liście o Natalii. A „chwile, dla których warto było żyć” dotyczą tylko dzieciństwa i nastoletniej młodości, nie ma tu niczego o późniejszych czasach, nawet o Zuzie, którą wymienia we wstępie i o dziewczynie ze zdjęcia. A może to jest właśnie Zuza. Trochę dziwny wydał mu się ten fragment o Pierwszej Komunii, wtedy aż takiej wagi Kuba do niej nie przywiązywał. Nagle przyszła mu do głowy pieśń śmierci wodza Czejenów: „Nic nie trwa wiecznie oprócz ziemi i gór”, którą nucili na samodzielnie wymyśloną melodię, gdy przegrali w piłkę, polegli w szkole na klasówce albo dostali oklep od starszych chłopaków.

Podszedł do okna. Musiał już zapalić. Nawrocki wyciągnął w jego kierunku paczkę chesterfieldów, a na zdziwione spojrzenie odpowiedział:
– Palacze rozpoznają się po pożółkłych palcach, środkowym i wskazującym. A po dzisiejszych przeżyciach mógł pan podejść tutaj tylko w jednym celu.
Otworzyli obie okiennice, ale palili, nie wychylając się, bo deszcz padający z różną intensywnością, odkąd Kris przyjechał do Krakowa, obecnie występował pod postacią pionowej ściany wody.
– Nie zna pan tej dziewczyny? – Policjant machnął ręką w kierunku kartki, która została na stole.
– Nie, pierwszy raz ją widzę.
– Za to tekst brzmi znajomo. Jeśli dobrze sobie przypominam, Beksiński przed samobójstwem opublikował w „Tylko Rocku” felieton z „rzeczami” podpisany imieniem i nazwiskiem wraz z datami urodzin i śmierci.
– Mniej więcej od czasów licealnych był idolem Kuby. Słuchał jego audycji, już na początku studiów zaczął pisać do magazynów muzycznych. Wprawdzie płacili mu z rzadka, ale bardzo był z tego dumny. Niestety, nie został jego następcą w życiu, tylko naśladowcą w śmierci…
Nawrocki spojrzał na niego uważnie.
– Byliście przyjaciółmi?
– Jako dzieciaki i nastolatkowie. Później nasze drogi się rozeszły. Przyjechałem tutaj, aby pomóc jego tacie, z którym do dzisiaj mam dobry kontakt.
– Dni minionej przyszłości… Tak mi się skojarzyło. Zauważył pan, że ten list jest ułożony jak płyta Moody Blues, Days of Future Passed? Tam kolejne utwory odpowiadają porom dnia. A najsłynniejsza piosenka, Nights in White Satin była ulubioną Beksińskiego.
– Nie zauważyłem, ja swoją muzyczną edukację ograniczyłem do Deep Purple. Ale nie dziwi mnie to. Kuba uwielbiał wymyślać takie historie albo znane legendy adaptować do swoich przeżyć.
Szum spłukiwanej w toalecie wody poprzedził powrót pana Henryka, który dość dawno zniknął z pokoju.
– Tak się właśnie zastanawiam, czy on nie miał działki. – Jego uprzejmy, konwersacyjny ton był jeszcze bardziej sztuczny i przygnębiający, niż wcześniejsze milczenie. – Kiedy na Wielkanoc przyjechał do domu, słyszałem, jak przez telefon mówił coś o cebuli. A może nawet o polu cebuli?
PAWEŁ FLESZAR

Poprzedni fragment książki można przeczytać TUTAJ, a następny TUTAJ

Komentowanie zablokowane.