Powódź – prolog

Prezentujemy początek powieści kryminalnej „Powódź”, która ukaże się na 23. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie nakładem wydawnictwa „Księży Młyn”.
Od 24.10 książka będzie dostępna na targach i w sklepie internetowym wydawnictwa TUTAJ, a w ciągu kilku następnych dni trafi do szerszej dystrybucji. Natomiast 26.10, od g. 13, autor będzie podpisywał ją na stoisku C10. Dokładne informacje na temat spotkania można znaleźć TUTAJ.

Poniedziałek, 2 lipca

1.
Kilka dni później, gdy pokręcił się trochę po dzielnicy i porozmawiał z Edytą, Kris potrafił już wyobrazić sobie okoliczności śmierci Kuby.
Ciemny, podłużny kształt wypadł z okna na dziewiątym piętrze, gdy nikt nie mógł zwrócić uwagi na głuchy łoskot, z jakim uderzył o ziemię. W porze nazywanej godziną samobójców. Kiedy jest jeszcze ciemno, ale ptaki zaczynają żywiołowe trele. Kiedy co trzydzieści minut, nierzadko właśnie na wysokości tego bloku, mijają się tramwaje nocne do Placu Centralnego i Dworca Głównego. Kiedy za wcześnie na tych, co wstają na pierwszą zmianę, ich okna rozjaśnią się za godzinę, półtorej. Na początku lipca większość z wynajmujących tu licznie mieszkania studentów wyjechała już na wakacje, a ci, którzy zostali, w poniedziałek mieli na ogół egzaminy na uczelniach.

Edyta otworzyła oczy niedługo po tym, jak uliczką przeszła grupka niedzielnych niedobitków, wyśpiewująca pijackimi barytonami o Wiśle, starej kurwie (Dąbie to tradycyjnie teren Cracovii). To nie oni jednak ją zbudzili, lecz jej pies, Toffi, wskakując na łóżko i wsadzając język do ucha. „Pobudza ci strefy erogenne” – śmiała się koleżanka, której opowiedziała o zwyczajach owczarka niemieckiego. Łatwo jej było żartować, bo nie musiała kilka razy w miesiącu wyprowadzać go w środku nocy. Sporadycznie robił to również Platfus, ale dzisiaj na pewno nie da się uruchomić. Na jej nieszczęście, niedziela była handlowa, więc poszedł do marketu w Palace i przyniósł sobie siatę piwa, a kładł się spać, klnąc, bo „Hiszpanie, frajerzy, przegrali z Ruskimi”. Jego pora sikania przypadnie dopiero za jakieś dwie godziny.
Nie poszła alejką w stronę miniaturowego parku nad Wisłą, gdzie u zbiegu ogrodzeń szkoły i kościoła stały ławeczki, bo trochę bała się imprezujących tam często osiedlowych wycirusów. Ale znowu deszcz zaczął padać, więc i tak pewnie nikogo by nie spotkała.
Tofik lubił sobie pohasać po deszczu. Kilka razy podczas sakramenckiej ulewy wychodził na balkon. Namakał tam, namakał, a potem wracał do pokoju i kładł się w miejscu, gdzie Platfus zasiadał zwykle przed telewizorem. Stary pomstował, a ona chętnie suszyła kanapę, chichocząc w duchu. Pies najwyraźniej znielubił go tak samo jak ona i zajęło mu to ledwie półtora roku życia, a nie dwadzieścia lat małżeństwa.

Ściągnęła poły długiego swetra. Objęta skrzyżowanymi rękami, szła wolno, a Toffi obwąchiwał ogrodzenia domów, poszukując śladów suczek. Podnosząc nogę, znaczył je na swoją modłę. Skończyli rundkę po ulicy Półkole, pies pobiegł w krzaki przy bloku stojącym na rogu Widoku i alei Pokoju. Słyszała, jak tam buszuje, potem szczeknął dwa razy.
Zagwizdała i krzyknęła półgłosem:
– Tofik, do domu! Dom. Wracamy.
Znowu szczeknął. Czarny, z brązową, odwróconą kotwicą na nosie i czole, brązowymi uszami, łapami, podgardlem i brązowym rombem na piersi, wyglądał jak trzydzieści pięć kilogramów czystej słodyczy, ale miał sporo specyficznej inteligencji. Kiedyś powiedziała: „Zaraz cię wyprowadzę, tylko założę buty” i odtąd, gdy to ostatnie słowo padało w rozmowie, migiem był przy drzwiach i popiskiwał. Teraz jednak nie reagował na żadne sygnały. Poszła tam, rozgarnęła krzaki. Zobaczyła nogi, tułów, kilka płytek chodnikowych. Przesunęła gałąź i blask latarni padł na coś, co lizał jej pies. Zwierzyła się Krisowi, że to nie wspomnienie znalezionego trupa ze zmiażdżoną twarzą wywoływało w niej traumę, ale ogarniający ją z niezrozumiałych powodów wstyd za własną reakcję. Tak głośno i histerycznie nie krzyczała, nawet rodząc pierwsze dziecko.
PAWEŁ FLESZAR

Następne fragmenty książki można przeczytać TUTAJ i TUTAJ

Komentowanie zablokowane.