Powódź – w jednostce wojskowej

Poniżej można przeczytać piątą część pierwszego rozdziału kryminału „Powódź”, który ukaże się 24 października. Z kolei 26.10, podczas 23. Międzynarodowych Targów Książki, autor będzie go podpisywał, od g. 13, na stoisku C20 Domu Wydawniczego Księży Młyn.
Dokładne informacje na temat spotkania można znaleźć TUTAJ. Od 24.10 książka będzie dostępna na targach i w sklepie internetowym wydawnictwa TUTAJ, a w ciągu kilku następnych dni trafi do szerszej dystrybucji.

5.
Do jednostki dotarł dopiero przed dwudziestą drugą.
Musieli poczekać na prokuratora, który zadał panu Henrykowi kilka banalnych pytań. Przejrzeli dokumenty znajdujące się w mieszkaniu, ale nie znaleźli w nich śladów działki, jedynie czerwonej skody, którą Kuba przyjeżdżał do ojca, a później, jak wynikało z jednego z papierów, oddał na złom.
Po powrocie z Krakowa Kris odwiózł pana Henryka do oddalonej o kilkanaście kilometrów wioski, gdzie mieszkała jego siostra, która obiecała się nim zaopiekować. W drugiej klasie podstawówki spędzali tam ferie zimowe. Wracając ze sklepu, do którego babcia wysłała ich po chleb, wleźli na zamarzniętą fosę, tak szeroką, że przypominała małą rzeczkę. Byli na środku, gdy lód się pod nimi załamał i wpadli do wody po brzuch. Jakoś dotarli do brzegu, wdrapali się po nim. A potem stanęli na środku drogi – mróz, chyba kilkanaście stopni – i rzucali monetą, czy dostaną pasem od dziadka. I dość długo tak stali, bo nie chciało wypaść, że nie dostaną. Ale faktycznie nie dostali. Gdy później parę razy śmiali się z tej przygody, Kris zgadzał się, że to on był inspiratorem wejścia na lód, ale rzucanie monetą na pewno wymyślił Kuba.
Wieczny fantasta.
Właśnie wtedy, wspominając, postanowił, co zrobi.

W jednostce powitały go wiwaty. Zdezorientowany, dopiero po chwili zrozumiał, że nie są przeznaczone dla niego. Belgowie w końcówce strzelili Japończykom gola na 3:2.
– Okazuje się, że na wyższy pressing i trochę szybszy atak od naszego nie są przygotowani – wyzłośliwiał się plutonowy Paweł Kalicki, pomocnik oficera dyżurnego.
– Ale prowadzili dwa do zera, nie filozuj. Idź, zobacz, czy rowery jeszcze stoją – zgasił go Przemek Lenczyk. W slangu używanym w ich jednostce znaczyło to, że ma sprawdzić magazyn broni. Lenczyk miał stopień porucznika i stanowisko dowódcy kompanii, ale był jednym z niewielu sensownych oficerów, niezabetonowanych w bunkrze regulaminów i własnego lenistwa. Tę drugą, znacznie liczniejszą, kategorię poborowi w całym kraju nazywali z pogardą „biedakami”.
– Dawno cię tu nie było. Czemu możemy zawdzięczać nawiedzenie? – przywitał Krisa.
– Szukam oficera, który podpisze mi w zeszycie punktów do rozkazu dni wolne za służbę. Do piątku. Masz jeszcze te gwiazdki na pagonie?
– Kiedy ostatnio sprawdzałem, to były. Co cię tak przypiliło?
– Jutro musiałbym zanieść go do tego morświna. – Dowódca jednostki, pułkownik Marek Kuźniar plasował się w rankingu Krisa na przeciwnym biegunie niż Lenczyk.
– Czemu on cię tak nie lubi?
– Bo jestem przystojniejszy od niego.
Porucznik parsknął śmiechem, patrząc na sylwetkę Krisa, która już zaczynała się zaokrąglać. Na narysowaną od cyrkla twarz, z kwadratowym dla odmiany podbródkiem, o którym Natalia w lepszych czasach mówiła, że znamionuje stanowczość i męskość, ale nawet wtedy nie twierdziła, że dodaje mu urody.
– Skoro tak ci zależy na podpisie, może mi wreszcie zdradzisz, skąd ta niechęć. – Przemek zrobił chytrą minę. – Niedawno się dowiedziałem, że on był komendantem szkoły podoficerskiej we Wrocku, kiedy ty byłeś tam instruktorem.
– Tak, a w administracji był kompletny babiniec. Pułkownik Marek Kuźniar miał zasadę, że szef powinien spać ze wszystkimi podwładnymi albo z żadną. I się jej nie trzymał.
– I na tym tle się pocięliście?
– Nie, ja dałem mu tylko po pysku, gdy po pijaku przystawiał się do mojej żony. A za tamto podpierdoliły go zazdrosne baby.
– Gruba sprawa – gwizdnął Lenczyk. – I nieprzyjemna, skoro teraz znaleźliście się w tej samej jednostce.
– Niezależnie od siebie. Ja miałem poślizg w Kosowie i za to mnie usadzili. Co nie jest takie złe, mimo pozbawienia dotychczasowych uprawnień, bo wróciłem do rodzinnego miasta. A ten knur za dwa lata idzie na emeryturę. Tyle to przewiszę na szelkach w kiblu.
– Dokładnie, z jeżem w betoniarce da się wytrzymać. – Lenczyk odpowiedział starą armijną maksymą. Podpisał mu dni wolne w zeszycie stanowiącym zbiór notatek służący następnego dnia rano do wypisania rozkazu, na podstawie którego funkcjonuje kompania. – Na tydzień, jak chciałeś, sierżancie. Coś jeszcze potrzeba?
– Grzesiek gdzieś się tu kręci?
– Ma grzyba, tam go szukaj.

Stanowisko podoficera dyżurnego mieściło się przy biurku pod charakterystycznym daszkiem i dlatego funkcję nazywali grzybem. Dzisiaj siedział tam starszy szeregowy Grzegorz, dla Krisa dyżurny pomocnik we wszelkich sprawach wymagających znajomości problemów komputerowych i informatycznych.
Domowy stacjonarny komputer Krisa chyba się zepsuł. Po kilkunastu minutach rozgrzewał się tak, że ten czuł ciepło w łydce, obok której stało to prostokątne pudło. Do tego zaczynał dziwnie buczeć, więc właściciel szybko go wyłączał, a po dwóch próbach, przed miesiącem przestał w ogóle używać. Dzisiaj jednak był mu potrzebny i Kris żałował, że nie zaniósł go wtedy do naprawy.
– Siemanko, wujek. – Twarz dwudziestoletniego blondyna o jasnej cerze rozjaśniła się na przywitanie. Zaczynając służbę, Grzesiek odnosił się do niego z dużą sympatią, ale i ogromnym respektem. Po trzy razy w każdym zdaniu tytułował Krisa panem sierżantem, aż wkurzony adresat go ofuknął. „No to jak mam do pana sierżanta mówić?”, „Już lepiej mów mi wujku” – palnął Kris, co tamtemu bardzo się spodobało. Odtąd ich stosunki były jeszcze mniej regulaminowe niż Krisa z porucznikiem Lenczykiem.
– Nie rozumiem się na tym – zakończył relację o dolegliwościach swojego komputera.
– Zepsuł się wiatraczek, trzeba wymienić – orzekł Grzegorz z dużą pewnością.
– Bez tego nie pochodzi?
– Gdy się uruchomi komputer, który jest zimny, to wiatrak się nie włącza, bo nie musi chłodzić. Trudno się nawet zorientować, mogłoby go w ogóle nie być. Wiatraczek zaczyna działać dopiero po pewnym czasie, a jeśli nie działa, to komputer się rozgrzewa, jak u wujka. Ale gdy się przegrzeje, procesor może trafić szlag. Wystarczy kupić w sklepie i wymienić, pokażę wujkowi jak.
Następny kwadrans zajęło mu prezentowanie na komputerze w biurze jednostki, które śrubki trzeba odkręcić, żeby zdjąć obudowę i jak potem wymontować wiatraczek.
– Dzięki, powinienem sobie poradzić. Ale teraz trzeba mi coś na szybko. Dałoby się sprawdzić w necie, czy nie ma gdzieś zdjęcia tej dziewczyny? – Kris pokazał mu ksero rewersu listu pożegnalnego Kuby.
– Jasne. Zeskanuję, wrzucę w Google grafika i jeśli jest gdzieś w sieci, to ją pokaże w wynikach – odparł marszowo Grzesiek, ale potem zastygł, wpatrując się w zdjęcie. Zuza miała jakiś magnetyczny urok.
– Nie gap się na cycki, tylko bierz się do roboty – obudził go Kris.
– Pozwolę sobie zauważyć, że grań ładnie jest położona.
– Nie wiedziałem, że z ciebie taki alpinista.
– No przecież wujek wie, że lubię się wspinać.
– Tak, wiem, na drabinę, gdy cię wysyłałem, żebyś wymienił żarówkę. Nie przejmuj się, takie rzeczy robią z chłopaka mężczyznę.
– Zdziwiłby się wujek, ale miałem randkę z tak wyposażoną dziewczyną, po męsku ją potraktowałem.
– Powiedziałeś, że musisz nagle iść do kibla i uciekłeś innymi drzwiami?
Tamten uznał się za pokonanego i śmiejąc się, zaczął trzaskać klapą wielofunkcyjnego urządzenia używanego głównie jako drukarka. Krisowi szybko jednak minął dobry humor, bo blisko pół godziny Grześkowego mamrotania, stukania w klawiaturę, przeglądania setek stron i zdjęć na ekranie nie przyniosło żadnych rezultatów.
– Przyroda – sapnął starszy szeregowy. To było uniwersalne wojskowe określenie wszelkich sytuacji głupich, absurdalnych, przykrych, niezrozumiałych.
PAWEŁ FLESZAR

Poprzednie fragmenty książki można przeczytać TUTAJ i TUTAJ

Komentowanie zablokowane.