Powrót Walpurgii

Zapraszam do lektury opowiadania Pawła Fleszara „Powrót Walpurgii”, które otrzymało trzecią nagrodę w XIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim „O Pióro Reymonta” i zostało opublikowane w wydanym niedawno drukiem almanachu konkursowym.
Informacje o konkursie organizowanym w miejscowości Kobiele Wielkie, miejscu urodzenia Władysława Reymonta, a także jego wyniki można znaleźć TUTAJ

1.

Cukrowy zajączek jakby zmarkotniał, a baran z ciasta nie miał żadnej miny, bo Jacek dyskutując, gestykulując i jednocześnie sięgając po sos tatarski utrącił mu łyżką łeb. Mama przesuwała garnki w kuchni, ale Wiktor wiedział, że zagłusza tym pochlipywanie, a płaczu nie wywołała bynajmniej kłótnia dwóch synów, jaka przed chwilą przetoczyła się po wielkanocnym stole, lecz trwający od kilku miesięcy stan jej męża. Dzisiaj również tata wysłuchał beznamiętnie pyskówki, nie zareagował nawet na obelgi, jakimi obrzucali się adwersarze. Teraz błądził wzrokiem po żyrandolu, choć znał go z najdrobniejszymi szczegółami, bo w pokoju gościnnym na co dzień mieszkał.
Jacek i Sebastian w milczeniu przeżuwali kiełbasę od miejscowego rzeźnika, szynkę przyrządzaną i wędzoną przez sąsiada, Henryka Bytnara, upieczony przez mamę chleb na zakwasie oraz swoje polityczne animozje.
– A ty, Witek, pewnie chciałbyś, żeby przełożyli wybory; za parę tygodni skończysz osiemnastkę i będziesz mógł pójść – odezwał się najstarszy i najbardziej impulsywny z braci, trzydziestoletni Jacek. „Moje szóstaki”, mawiał o nich dawniej tata, bo rodzili się w odstępie sześciu lat. Wszyscy wysocy blondyni. Najmłodszy, Wiktor był – dla kontrastu z Jackiem – najbardziej opanowany, a środkowy, Sebastian najchętniej przybierał rozmaite pozy.
– Pogadamy, jak przesuną – uciął Wiktor. Pełnej formy jego imienia używała tylko nieżyjąca babcia, dla pozostałych bliskich był Witkiem, Witusiem, bądź Wiciem. Już nawet sam się przedstawiał jako Witek.
– A gdyby przesunęli, to na kogo będziesz głosował? – spytał Sebek.
– Na tego, który wygra.
– A kto wygra?
– Ten, na którego zagłosuję ja i mnie podobni. – Metody unikania sporów Wiktor miał opracowane niemal do perfekcji.
Sebastian wzruszył ramionami i zagadnął ojca, co zamierza uprawiać w tym roku w niedużym, półtorahektarowym gospodarstwie.
– Pierwszy raz, dzięki emeryturze, masz więcej czasu – stwierdził z zachęcającym uśmiechem.
– Nie ma sensu zaczynać, bo pewnie nie będzie komu tego zbierać. – Tata zerknął na niego, ale zaraz przeniósł spojrzenie na święty obrazek na ścianie. – Może Heniek zechce kupić albo przynajmniej weźmie w dzierżawę, a jak nie, to się gorczycą obsieje; ziemia odpocznie dla następnego gospodarza.
Zawsze wygadanego Sebka zatkało, Jacek wybałuszył oczy. Wiktor, dla którego ten komunikat nie był niczym nowym, wstał od stołu.
– Strasznie się objadłem, muszę odetchnąć przed deserem. – Klepnął się demonstracyjnie po brzuchu. – Może i wy się przespacerujecie, głowy wam przestygną? – zwrócił się do braci.

Stanęli na środku podwórza przy studni, która odkąd Witek pamiętał nie służyła już gospodarstwu, ale tata zachował ją dla dekoracji. Jacek wyciągnął papierosy. Ze względu na pandemiczne przestrogi, przyjechał w odwiedziny sam, zostawiając w Katowicach żonę i dwójkę dzieci. Inna sprawa, że jako spawacz konstrukcji budowlanych roboty miał tyle, co zawsze – w ogóle nie odczuł izolacji i kwarantanny. Na wsi pojawił się po raz pierwszy od Świąt Bożego Narodzenia. Za to Sebastian, który w bankowym dziale telefoniczno-internetowej obsługi klientów przeszedł na pracę zdalną, mógłby posiedzieć choć parę dni w domu rodzinnym. Jego jednak trzymała w Krakowie Patrycja, z którą zamieszkał jesienią. Wiktor wiedział o tym, ale uważał, że mamę należy oszczędzać, więc nie zdradzał informacji, które tylko przysporzyłyby jej zgryzoty. W jej świecie kobieta i mężczyzna mieszkali razem dopiero po ślubie.
– Wiciu, co się ojcu stało? Jakiś dziwny jest – odezwał się Sebek, jak wywołany jego myślą.
– Nie od dzisiaj. Długo was tu nie było, a akurat po waszych ostatnich odwiedzinach to się zaczęło – odpowiedział.
– Przecież wiesz… – zaczął Jacek.
– Wiem, wiem, nie mam pretensji. – Wiktor podniósł obie dłonie. – Po prostu tłumaczę, że zmienił się po Nowym Roku, kiedy go wypchnęli na wcześniejszą emeryturę z Polmosu. Jest jakiś skapcaniały, gada o śmierci. Wyprowadził się od mamy do pokoju gościnnego. Wcześniej siedział całymi dniami przy oknie, a odkąd wybuchła epidemia, ciągle patrzy w telewizor. Ale te wszystkie informacje o koronawirusie tylko dodatkowo go przygnębiają.
– To musi być depresja; słyszałem o ludziach, którzy skończyli pracę i w ten sposób stracili sens życia. – Pokiwał głową Jacek.
– Kurcze, pasowałoby do jakiegoś psychologa go wysłać – odezwał się Sebastian. – Przez tą cholerną pandemię nie ma wizyt u lekarzy, ale może chociaż porada telefoniczna albo wideo?
– Daremny trud, nie chce. Namawialiśmy go z mamą jeszcze w styczniu, kiedy pierwszy raz zaczął się zbierać z tego świata. Powiedział, że szkoda na niego fatygi jakiegoś doktora, jego czas po prostu się kończy. Z księdzem też nie za bardzo chciał gadać, gdy przyszedł po kolędzie, a wiecie, jakie miał dawniej kumpelskie relacje z proboszczem. Na początku marca wyrżnął króliki, bo „za chwilę nie będzie miał kto zajmować się nimi”. – Wiktor nakreślił palcami w powietrzu znak cudzysłowu. – Jedliśmy je przez całą kwarantannę, a resztę pasztetu w słoikach pewnie dostaniecie dzisiaj na drogę.
– Kruca fuks! – zaklął Jacek. – A jak ty to znosisz, Witek?
– Jakoś się oswoiłem. Zresztą tata jest niegroźny, kompletnie bezinwazyjny. Gorzej, że jego zachowanie coraz bardziej dołuje mamę. Dzisiaj pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie oblał jej rano w Wielki Poniedziałek. No to się popłakała.
– Eeech. A co z dziadkiem? To nie po nim ojciec ma te schizy, mam nadzieję? – spytał Sebek.
– Nie, dziadek się nie zmienia, odkąd go znam. – Rozchmurzył się Wiktor. – Co drugi dzień chodzę do niego z zakupami albo jedzeniem ugotowanym przez mamę.
– Żebyś mu tam czegoś innego nie zawlókł? – zawiesił głos Jacek.
– Spokojnie, dystans jest. Pogoda dopisuje, siadamy na krzesełkach pod ścianą i opowiada mi historie ze swojego życia.

2.

– To kiedy przedstawisz mi swoją dziewczynę, Wituś?
– Spokojnie, dziadziu, do wesela jeszcze daleko. Musimy sprawdzić, czy to coś poważnego.
Po Wielkanocy zrobiło się chłodniej, dla odmiany siedzieli w domu, po obu stronach kaflowej kuchni. Poza zwyczajowymi zakupami spożywczymi, chlebem, masłem, serem i mlekiem, Wiktor przyniósł lekką, bawełnianą maseczkę uszytą przez mamę. Od dzisiaj wprowadzono obowiązek nakładania ich na polu. Dziadek poruszył jednak swój ulubiony, ograny temat.
– Na waszym weselu to jeszcze zatańcuję. – Osiemdziesięciosześciolatek w sękatych, powykręcanych artretyzmem palcach trzymał drewnianą laskę, stylizowaną na góralską ciupagę. – A teraz ciekawy jej jestem. Mógłbyś ją tu przywieźć.
– Poza tym jest pandemia. – Wiktor chwycił się rozstrzygającego argumentu.
– Fest pandemia. Jeszcze nikt we wsi, ani w miasteczku nie zaraził. – Machnął ręką dziadek. – Jak ty mnie nie zaraziłeś, to ona też nie zarazi. Chodzisz z nią do liceum, tak?
– Tak, do równoległej klasy – rutynowo odpowiedział Wiktor. Głaskał siedzącego mu na kolanach i głośno mruczącego kota. W teorii dziadek hodował Dżinksa do łowienia myszy, ale karmił go tak, że spasiony futrzak złaził z pieca tylko na pieszczoty. – Ale Agata przeniosła się do naszej szkoły później, rok temu. Pierwszego dnia nie mogła znaleźć przejścia do sali gimnastycznej. Zaprowadziłem ją tam i od tego się zaczęło.
– Tego żeś mi dotąd nie mówił. To odwrotnie niż u mnie, bo ja babcię Anię poznałem po złości. – Starszy pan zaniósł się chichotem, który przeszedł w kaszel.
Wiktor spojrzał na niego zaniepokojony, ale wyglądało, że to tylko efekt rozbawienia.
– Jej ojciec miał taki wielki beton, bo nowe szambo zamiarował kopać ? podjął dziadek. – Ale coś nie kopał i beton leżał w ogrodzie. W noc psot żeśmy wytoczyli ten beton i chcieliśmy schować go w zagajniku. Z górki nam uciekł, a wielgi był, ciężki. Sturlał się, przywalił w kamień i pękł. Następnego dnia Ania w szkole mówi: Tata wie, że to wy. Zapłacicie za beton.
– To taka cenna rzecz?
– A co ty myślisz? Za komuny jak se sam nie zrobiłeś materiałów budowlanych, na przykład pustaków, a nie miałeś znajomości, to wszystko musiałeś załatwiać za łapówkę.
– No i co, zapłaciliście?
– Tamci się nie przyznawali, a pieniędzy żaden z nas nie miał. Szczeniuchy byliśmy. Ale ja się zgłosiłem, że odrobię to, pomogę we żniwa. No i odrabiałem. Jak żeśmy z jej ojcem kosili, Ania przynosiła mi kompot i kwaśne mleko, na obiad mnie gospodarz zapraszał. A cztery lata później poszedłem do księdza dać na zapowiedzi. Taka to psota mi się nadarzyła?
– Pierwszy raz słyszę tę historię. Kiedy przypadała ta Noc Psot?
– Noc z ostatniego kwietnia na pierwszego maja. Kawalerowie robili wtedy kawały, zwłaszcza w domach, gdzie mieszkały panienki. Kukły się u nich na płocie albo na drzewie wieszało, miotłę do studni wrzuciło, bramę wjazdową zdjęło i wsadziło do rzeki.
– No, dzięki za taki dowcip. Miałbym ubaw po pachy, jakbym musiał szukać naszej bramy, a potem wyciągać ją z rzeki.
– Czasem te kawały były świńskie. Ale młody chłopak musi zrobić trochę głupot. Skapcaniałby do reszty, gdyby tylko słuchał rodziców. Mnie to najlepiej wychodziło smarowanie szyb tawotem.
– Czym?!
– No, tawotem. Coś ty, Wituś, taki niedomyślny? Zanim poszedłeś do liceum, więcej wiedziałeś. Smar taki, do kół w wozie. Zawsze puszka w domu stała.
– Dobrze przynajmniej, że nie farbą zamalowywałeś.
– Farba kosztowała pieniądze, skąd miałem na nią wziąć? A jak się tawotem wysmarowało, to potem se umyli okna gorącą wodą. Szkody z tego wielkiej nie było. A czasem śmiechu co niemiara, kiedy gospodarze spali dłużej, bo nie widzieli, że już jasno się zrobiło i jest rano.
– I tak się to nazywało, Noc Psot? – Wiktor był coraz bardziej zainteresowany. – Ale teraz już chyba nie istnieje? Nigdy się z tym nie zetknąłem.
– Nie wiem, jak się nazywało, nie miało nazwy. To ja mówię, że to noc psot. Taki obyczaj panował, skończył się zanim się urodziłeś. Ludzie w nocy nie spali, bo pilnowali dobytku. Dobrodziej latami to tępił; grzmiał z ambony, że tak chrześcijanie nie postępują, że tylko złą krew i szkodę robią. Ale tak między Bogiem a prawdą, nie miał już kto tego robić – młodzi się postarzeli, a ich dzieci wyjechały ze wsi.
Witkowi ostatnie zdanie przypomniało o ojcu.
– Ale tata chyba nic takiego nie robił? – spytał dziadka. – On taki spokojny.
– Jeszcze by nie, huncwot jeden! – wzburzył się starszy pan. – Nigdy się nie przyznał, ale ja go tam wiem!

3.

– Serwus, Witek! Co potrzeba?
– Dzwonię do pani, pana w bardzo nietypowej sprawie?
– Fajnie, że dzwonisz, sam miałem do ciebie tyrknąć, ale przez to zdalne nauczanie straszny zamiąch mieliśmy.
– Przecież jesteśmy po weekendzie. U was, w Katowicach, uczą w sobotę i niedzielę?
– No właśnie, przygotowywaliśmy wszystkie zadane na ten tydzień prace. Przede wszystkim makietę skrzyżowania; z budynkami, sygnalizacją świetlną, samochodzikami i pieszymi. To zadanie na „szóstkę” z techniki na koniec roku, w powiązaniu z jakimś kursem o przepisach drogowych. Dwa dni nad tym siedziałem.
– Dobrze, że Mateuszowi trafił się ojciec ze zdolnościami manualnymi. I co, dostaniecie szóstkę?
– Mam nadzieję. Zrobiliśmy zdjęcia, nagraliśmy filmik, a Mati wysłał wszystko mailem do nauczyciela. Ale o czym innym chciałem mówić. Tydzień minął, a ja nie mogę przestać myśleć o ojcu. Nic mu się nie poprawiło?
– Nie bardzo.
– Aż mnie zmroziło na koniec, bo żegnał się ze mną tak gorąco, jakbym odjeżdżał na zawsze, a potem odprowadził mnie do samochodu i mówi: Cieszę się, Jacuś, że mogłem cię jeszcze raz zobaczyć. Bądźcie zdrowi, z Asią i dzieciakami.
– No widzisz. Motyw śmierci jest stale obecny w domu… A ja właśnie w tej sprawie dzwonię, bo mam pewien pomysł.
– Dajesz.
I Wiktor opowiedział wszystko Jackowi.

4.

– Martwię się o ciebie, Wiciu.
– Takiego pokrzepienia potrzebowałem. Dzięki, Seba.
– Po tym, co mi przed chwilą powiedziałeś, zastanawiam się, czy winda u ciebie dojeżdża do najwyższego piętra. A biorąc pod uwagę, co dzieje się z tatą… Takie stany mogą być dziedziczne. Szkoda, że akurat na najmłodszego syna padło.
– To nie jest temat do żartów!
– Dlatego ja poważnie mówię.
– Jacek też miał wąty, ale obiecał, że mi pomoże.
– Bo on zawsze był bardziej wyrozumiałym starszym bratem. Skoro on ci pomoże, to ja chyba już nie muszę?
– Musisz. We dwójkę nie damy rady.
– Młody…
– Dwudziestego maja mam urodziny. Osiemnaste na dodatek.
– Pamiętam przecież. Zastanawiam się nad prezentem i nawet Patrycja podsunęła mi fajny pomysł.
– Niczego cennego nie chcę. Lockdown jest, szkoda kasy. Wystarczy, że spełnisz moją prośbę, to będzie najlepszy prezent.

5.

Jeśli pogoda pozwalała, zawsze na pierwszego maja sadzili ziemniaki. Tego dnia wszyscy mieli wolne, a już poprzedniego, po powrocie z pracy, mama z tatą nakrawali sadzonki. Wiktor pamiętał czas, kiedy mieli traktor i tato robił nim znaki, a potem zaorywał rówki. Później swoim ciągnikiem służył im sąsiad. Kiedy Witek był dzieciakiem, z pomocą przychodził dziadek, odganiany przez ojca, żeby się nie męczył, bo mu to szkodzi na serce i kręgosłup. Zresztą wtedy mieszkali jeszcze w domu obaj bracia, którym sadzenie szło szybko i precyzyjnie. Ziemniak co stopę, przekrojonym do dołu, kulami do góry.
Dzisiaj rano wstało słońce, ale po raz pierwszy sadzenia nie było. Podczas śniadania panowała niezręczna cisza.
– Chodź ze mną do dziadka. – Wiktor zaczepił ojca.
– Eee tam, po co pójdę, jeszcze go zarażę.
– Na pewno nie zarazisz, przecież w domu siedzisz. Jesteś najbezpieczniejszy z nas wszystkich. Mam taki problem. Niedaleko dziadka mieszka ten Huczak i „sapie” do mnie, że jestem obcy we wsi i pewnie robię zwiad, co by tu ukraść.
– To biedny człowiek. Dawno temu ugryzła go wiewiórka i od niej złapał zapalenie opon mózgowych. Od tamtej pory w głowie mu się miesza – odezwała się mama. Troski i kłopoty zostawiały na niej coraz wyraźniejsze ślady; siwizna już prawie zupełnie przykryła blond włosy, które odziedziczyli po niej wszyscy synowie.
– Zobaczy mnie z tobą, to dotrze do niego, że jestem twoim synem i da mi spokój – przekonywał Wiktor.
– Idź, Stefek, idź, rozruszasz się trochę, przewietrzysz – kusiła mama.
– Czemu nazywasz go Huczak, przecież to Władek Skomra? – zainteresował się ojciec.
– Bo gdy mówi, to tak huczy: hu! hu! hu!

W centrum wsi, od którego ich dom dzieliła tylko rzeka, nie było praktycznie ludzi. Pewnie poszli już w pole albo odsypiają wczorajsze grille i inne imprezy. Tylko przy nieczynnym od roku kiosku Ruchu, obok pętli i przystanku PKS, gdzie dużo rzadziej niż w poprzednich latach zajeżdżały busy, podskakiwał śmiesznie jakiś nieduży człowieczek. Kiedy podeszli, poznali, że to Marian Satała, który w ogródku swojego oddalonego o kilometr domu eksponował pokaźną kolekcję gipsowych krasnoludków. A największy jej okaz, uśmiechnięty krasnal dzierżący górniczą latarnię, stał teraz na dachu kiosku.
– Sukinsyny! – prychał Satała. Maseczki nie miał. – Ponad dwadzieścia lat nie widziałem, żeby te numery robili. I że to akurat na mnie padło!
Tata tylko pokiwał głową.
– Ściągnę go panu – zaofiarował się Wiktor. Podszedł do kiosku i szarpnął kratę zabezpieczającą go przed włamaniem. Trzymała się nieźle, będzie mógł wspiąć się po niej. Nagle coś go tknęło.
– Nakręć mnie, tato. Jest już ustawione, wystarczy, że naciśniesz tutaj, gdy zacznie się akcja i będziesz celował cały czas we mnie. Zresztą obraz zobaczysz na ekranie – poprosił ojca podając mu smartfona.
– Coś ty, zdurniałeś?! Dziecko jesteś?
– Nakręć, proszę. Dziadek niedawno opowiadał mi o tych kawałach, które robili we wsi; pokażemy mu, że zwyczaj odżył. – I Agata się ze mnie pośmieje.
Ojciec niechętnie przyjął aparat, który wcześniej odpychał otwartą dłonią. Wiktor wspiął się po trzeszczącej niepokojąco kracie kiosku, złapał za brzeg dachu i na samych rękach podciągnął aż na wysokość pasa. Siłownia aplikowana im po trzy razy w tygodniu przez licealnego wuefistę przydawała się nie tylko do gry w siatkówkę. Wyłożył na dach jedno kolano, potem drugie, odwrócił, a później wychylił się ostrożnie, na klęczkach, i opuszczał krasnala trzymając go za głowę, aż Satała chwycił za podstawę. Po chwili gipsowa figura spoczęła w jego objęciach jak niemowlak. Szkoda, że tato tego nie nakręcił, tylko oddał smartfona Wiktorowi, bo był to najśmieszniejszy moment.
– Dziękuję! Dziękuję, porządny chłopak jesteś, nie to co te świńskie ryje, które go tu wsadziły – wylewnie dziękował mu Satała.

Poszli wzdłuż fosy, do której siedmioletni Wicio wlazł z ciekawości, wracając ze szkoły. Prowadzono wtedy jakieś roboty drogowe, rów wypełniał piasek, z dodatkiem czegoś, co go zagęszczało, może odrobiny cementu. W każdym razie chłopiec nie mógł z niego wyjść; ilekroć z ohydnym mlaśnięciem wyrwał jedną nogę – druga zapadała się głębiej. Wreszcie, zabeczanego, wyciągnął go z pułapki przechodzący Marcin Rzemień, który rok później wyjechał do Irlandii i odtąd nikt go we wsi nie widział. A pierwszoklasista na nowo rozpłakał się w domu, kiedy okazało się, że maź dostała się do plecaka i zapaskudziła część książek i zeszytów używanych dopiero od dwóch tygodni. Tata pojechał do miasteczka i w księgarni odkupił zniszczone pomoce.
Obecnie fosa wydawała się dużo płytsza, nie było w niej piasku ani wody, a powyżej wiódł wygodny chodnik z kostki brukowej.
Za zakrętem, nieopodal stadionu Orła odsłoniła się przed nimi niecodzienna scena. Na płaskim dachu sklepu urządzonego przez Franciszka Juchę w dużym garażu stał wóz. Calutki wóz, do jakiego dawniej zaprzęgano konia – z dyszlem, garami, kołami na gumowych oponach. Zgromadzona pod sklepem grupka ludzi komentowała widok z ekscytacją, właściciel sklepu miotał się wściekły. Jego zachowanie naśladował podpalany wilczur w kojcu usytuowanym pomiędzy domem a sklepem.
Wóz należał do Juchy, który przechowywał go za stodołą, choć nie miał już konia. Nie sprzedał go dotąd, bo najpierw oferowana cena wydawała mu się zbyt niska, a potem zupełnie zabrakło kupców. Ale wyrzucić było mu żal i w sklepie ciągle wisiało ogłoszenie o sprzedaży.
– Kurde, jak ktoś dał radę wydrzeć takie koromysło na dach? – Dziwił się Wiktor.
– Nie podnosili go w całości. – Pokręcił głową tato. – Rozebrali na części i wyciągnęli osobno gary, osobno dyszel, osobno osie. A na dachu złożyli do kupy. Tak się to robiło!
Wiktor aż przystanął zaskoczony nagłym odezwaniem się ojca i ożywieniem, jakie usłyszał w jego głosie, ale ten ruszył już energicznym krokiem dalej.

Opuszczając centrum wsi zdjęli maseczki, zeszli na wąską ścieżkę nad potokiem, lecz szybki marsz nie trwał długo. Tata zatrzymał się tak gwałtownie, że idący za nim Wiktor wpadł mu na plecy. Ojciec stał z zadartą głową i trząsł się ze śmiechu. Przed sobą mieli obraz jeszcze bardziej surrealistyczny niż poprzednio: na najgrubszym konarze obsypanej świeżymi liśćmi starej gruszy, wpasowany pomiędzy dwie inne gałęzie, pysznił się drewniany wychodek. A przynajmniej jego konstrukcja, ściany i daszek, bo brakowało „tronu”, a także pojemnika na ekskrementy poniżej.
– Nie do wiary. Skąd to się tam wzięło? – wykrztusił Witek.
– Pewnie z opuszczonej chałupy babki Cwynarki. – Tata pokazał dłonią pobliską kępę drzew, zasłaniającą dom, w którym od dawna nikt nie mieszkał. – Chyba już tylko tam, przy budynku gospodarczym, zachował się taki drewniany kibelek.
– No tak, z innych rejonów wsi nikt by go tutaj nie targał – zgodził się Wiktor.
– Przypomniało mi się, jak w noc z kwietnia na maj wracaliśmy z chłopakami z kawalerki – opowiadał tata z zapałem. – Odprowadziliśmy najpierw do domu Zbyszka Kuźniara, a ten mówi: Na szczęście w tym roku nikt nie ruszył ogrodzenia gnojnika, bo poprzednio powiesili je na gruszce. Życzyliśmy mu dobrej nocy i udawaliśmy, że idziemy do domu, ale kiedy już zniknął w chałupie – wróciliśmy, zabraliśmy ogrodzenie i wstawiliśmy do rzeki.
– I co, spowodowaliście lokalne podtopienie? – spytał syn, ciesząc się jak w chwilach, gdy Agata całowała go obejmując za szyję. Twarz taty, którą w ostatnich miesiącach widywał wyłącznie sztuczną, smutną i nieruchomą, teraz rozluźniła się i wypogodziła.
– Nie, to była kratownica, która chroniła gnojnik, żeby kury go nie rozgrzebywały. Woda przepływała przez nią swobodnie.
Daleka kuzynka mamy, nazywana przez nią Maryśką Pelcką, ustawiała na płytkach pod tylną ścianą domu wysokie plastikowe kubki po kefirze i jogurcie z sadzonkami pomidorów.
– Dzień dobry! Może pomóc!? – krzyknął przez płot Wiktor.
– Nie, dziękuję, to lekkie, tylko pojemników dużo. – Uśmiechnęła się do nich. – Przenoszę je do słońca. Szmat czasu cię nie widziałam, Stefan. Pozdrówcie Elę ode mnie i dziadka, bo pewnie do niego idziecie.

6.

Wiktor dostał sms-a od Agaty. Już wcześniej wysłał jej wideorelację ze zdejmowania krasnala z kiosku, a potem zdjęcie kibla na gruszce.
Aga napisała: Okazuje się, że obyczaje, które odświeżyłeś w swojej wsi, mają sporo wspólnego z tradycją europejską liczącą tysiące lat. Mam nadzieję, że ty osiągniesz dzięki nim coś dobrego. A na pewno zainteresowałeś pewną pannę i to bez robienia jej psikusów…
Dalej było kilka uśmiechniętych buziek ze zmrużonym okiem i link do hasła w Wikipedii. Witek kliknął weń.
Noc Walpurgi, noc Walpurgii – u dawnych Germanów noc zmarłych lub złych duchów. W Europie najczęściej kojarzona jest jako sabat czarownic odbywający się na górze Brocken w noc z 30 kwietnia na 1 maja, którego obchodom przewodziła bogini śmierci Hel.
(…)
U Celtów święto kojarzone z Belem (stąd celtyckie święto Beltane), zaś w kulturach wschodniej Europy z odpowiadającymi Belowi bóstwami. W wigilię święta gaszono wszystkie ognie i ziemię pokrywał „duchowy mrok” – wracał czas duchów i ciemnych sił. Z nadejściem pierwszego dnia lata (1 maja) krzesano ognie na nowo, co symbolizowało powrót królestwa Słońca.
(…)
Tradycja ewoluowała: w Niemczech kojarzono noc Walpurgi właśnie z czarownicami, które zbierały się na Hexenplatz (plac czarownic), by wyruszać stamtąd na miotłach na orgie urządzane na szczycie Brocken. Tradycja nakazywała zatem rozpalanie wielkich ognisk, zwłaszcza na wierzchołkach wzniesień, by odstraszać czarownice i duchy.
Na festynach nago (najprawdopodobniej dla bezpieczeństwa) skakano przez ognie (najczęściej z drewna dębowego), prowadzono bydło między dwoma ogniskami (to miało uchronić je przed chorobami).
Innym obyczajem była „naprawa granic”, czyli obchodzenie gospodarstw połączone z naprawą ogrodzeń, oraz czyszczenie kominków i palenisk w przeddzień święta, aby móc w porządku przyjąć ogień rozpalany następnego dnia. Wierzono, że w tę jedyną noc oprócz upiorów można było spotkać skrzaty, chochliki, gnomy i rusałki – a jeśli ktoś spotkał takie stworzenie, miał szansę otrzymać od niego dar nadzwyczajnej mądrości albo odwagi.
(…)
Nazwa tego święta pochodzi od świętej Walburgi, która była zakonnicą w Devon (później pomagała świętemu Bonifacemu, który nawracał plemiona germańskie na chrześcijaństwo) i zmarła w 777 roku. Po jej kanonizowaniu noc z 30 kwietnia na 1 maja obwołano jej świętem.
W czasach chrześcijańskich łączono wpływy starej wiary z nową religią – na domach rysowano kredą krzyże, na podłodze układano skrzyżowane miotły. Przez miasta przeciągały procesje mieszkańców starających się robić możliwie dużo hałasu, co miało odstraszać złe duchy.
(…)
Kościół Szatana świętuje noc Walpurgi 1966 jako (umowną) datę jego powstania, natomiast w Finlandii (Vappu) i Estonii (Volbriöö) noc ta (i nadchodzący po niej dzień 1 maja) jest okazją do zabaw i rywalizacji bractw studenckich.

Ciekawe, co dziadek powie, kiedy usłyszy, że byli we wsi spadkobiercami złych duchów z germańskich wierzeń? To jednak właśnie on, do spółki z Agatą, zainspirowali Wiktora.
Aga postanowiła, że w czasie kwarantanny będzie czytać dwie powieści tygodniowo. Witek nie przepadał za beletrystyką, wolał książki historyczne lub poradniki biznesowe, ale bardzo lubił słuchać, jak jego dziewczyna opowiada o swoich lekturach (choć czasem za bardzo się na nią zagapił i gubił wątek). Akurat po jego wizycie u dziadka streściła mu To Stephena Kinga, gdzie w finale bohater, chcąc wydobyć żonę ze stanu podobnego do katatonii – wsadza ją na rower i pędzą razem na złamanie karku.
Wpadło mu do głowy: a może ja też zrobiłbym coś szalonego, co przypomniałoby mojemu tacie młodość?
Podzielił się pomysłem z Agatą.
– Powiedzmy sobie szczerze: większość tych kawałów to chamówa – stwierdziła. – Ale do twojego przypadku bardzo pasuje hasło: Cel uświęca środki.
Z oporami, ale udało mu się namówić braci, którzy przyjechali razem dziś po północy (Jacek zabrał Sebastiana po drodze z Krakowa). Wsadzili krasnala na kiosk, rozbieranie wozu i składanie go na dachu zajęło im mnóstwo czasu, więc kiedy kończyli sprawę z wychodkiem, już szarzało. Może to dobrze, bo Jacek i tak o mało nie spadł z gruszy. Powrót pustą autostradą mógł im zająć nieco mniej niż dwie godziny, ale pewnie teraz odsypiają. Później do nich zadzwoni.
Zmyślił bajkę o incydentach z Huczakiem, żeby wyciągnąć ojca na spacer. A czy osiągnął cel? Tata znowu miał dawną pokerową twarz, szedł obok niego milcząc, wcześniej nawet nie odpowiedział na pozdrowienia Maryśki Pelcki. No cóż, może musi mu wystarczyć radość z tamtej chwili pod gruszą, kiedy oglądał starego, dobrego tatę.
– Wiesz co, Witek, tak się zastanawiam… – usłyszał z zaskoczeniem jego głos. Aż się zatrzymał. – Może poprosimy Heńka, żeby uprawił tę ziemię za domem i posadzimy tam ziemniaki. Na wykopki zaprosimy chłopaków, wezmą se potem po worku albo i po dwa. Co mówisz?
– Pewnie! U nich, w wielkich miastach, takie ziemniaki leżą w dziale „żywność bio” i kosztują trzy razy tyle.
– A na koniec rozpalimy ognisko, żeby trochę upiec w popiele. – Tata trącił go łokciem. – Nic tak nie pachnie, jak dym z suchych badyli.

Komentowanie zablokowane.