Poza linami ringu

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 12 sierpnia 1989 r. Autor: Bogdan Wasztyl.*

Niewysoki, krępy, systematycznie przemierza staromiejskie ulice kołysząc się na nogach. Tę charakterystyczną sylwetkę rozpoznają z daleka sklepowe urzędniczki. Codziennie. Codziennie odbywa „rundę honorową” bez fanfar między sklepami mięsnymi, spożywczymi, obuwniczymi, pasmanteryjnymi…
– Pani Jadziu, jutro przyniosę schabik…
– Pani Olu, cukier dostarczę po południu. Jeśli chce pani sól, to i sól będzie…

Nieraz już o trzeciej w nocy ustawia się pod sklepem, żeby nie zawieść swoich klientów. Tak dorabia do renty, z której nie sposób wyżyć. Czasem zamyka się w swoim „mieszkaniu” – pokoju o powierzchni 19,5 metra, w starej, rozsypującej się kamienicy. Dorobek jego życia… Pokój o zielonych ścianach, szafa, kredens, wysłużona wersalka, stolik, dwa krzesła, piecyk elektryczny. Po wodę musi chodzić na strych dwa piętra wyżej, tam też załatwia fizjologiczne potrzeby. Gazu i centralnego ogrzewania nie ma.
Co można robić w takim mieszkaniu? On zamyka się czasem i pije piwo. Po paru piwach przychodzi refleksyjny nastrój – rozmyśla wtedy o przeszłości, o życiu, które miało wyglądać inaczej, a które zamieniło się w wegetację. Nie bardzo umie walczyć o swoje. Zresztą nawet gdyby umiał, sam nic by nie wskórał. Jest bezradny, wie, że sam nie wyrwie się z tej wegetacji. Myśli więc, że wszystko jest tu źle urządzone, że wszystko jest do kitu. Bo przecież miało być inaczej…

Był bokserem. Średniej klasy. W 1965 roku został wicemistrzem Bydgoskiego Okręgowego Związku Bokserskiego, ale sam za swój największy sukces uważa remisową walkę z mistrzem Polski, Rusinem w 1958 roku oraz zwycięstwo przed czasem z wicemistrzem NRD. Od początku związany był z Ruchem Grudziądz, a służbę wojskową odbywał w Gwardii Warszawa. W ciągu 14 lat kariery zawodniczej stoczył 121 walk, przy czym nigdy nie przegrał przez nokaut. Nigdy też nie boksował w pierwszej lidze.

Wywodził się z biednej rodziny. Ojciec inwalida poruszający się na wózku, sprzedawał PPS-owskie gazety, a gdy PPS zniknęła z politycznej mapy, został bezrobotny. Matka, pracująca w Grudziądzkich Zakładach Przemysłu Gumowego, sama utrzymywała rodzinę i wychowywała dwoje dzieci. Nie przelewało się – pamięta, że do szkoły chodzili w „klompach”, butach zrobionych z opon rowerowych. Ucząc się w szkole zawodowej przy „Stomilu” podjął pracę w tym zakładzie.
Od początku sportowej kariery pracował zawodowo. Stawał przy maszynie punktualnie o szóstej rano, a po ośmiu godzinach pracy szedł na trening. Jeśli miał popołudniówkę, dostawał przepustkę na dwie godziny, aby odbyć trening. A trenował za kolację, bo wówczas nie było żadnych premii. Lubił boks. Sam dbał o swoją kondycję i wagę – nieraz ponadplanowo przebiegał parę kilometrów nad Wisłą lub w ostateczności zażywał „Laxigen”, żeby zmniejszyć wagę. Odrzucił kuszącą propozycję Wybrzeża Gdańsk, gdyż sytuacja w domu była taka, że matka przeszła na opiekę nad ojcem i ktoś musiał ich utrzymywać. Boks niczego mu nie ułatwiał, ale on był entuzjastą – w klubie tworzyli zgraną paczkę, zależało im na wynikach, tak że czasem nawet z gorączką stawali w ringu, gdy zespołowi potrzebne były punkty.

Lata jednak płynęły nieubłaganie. Coraz gorzej było z witalnością, kondycją, refleksem, precyzją… W 1965 roku ukończył jeszcze kurs instruktorski, nabywając uprawnienia do prowadzenia szkółki bokserskiej i w trzy lata później zakończył karierę.
Odszedł bez rozgłosu, po cichu, jak „murzyn, który zrobił swoje”. Nikt go nie żegnał, nikt mu nie dziękował, nikt się nim później nie interesował.
Po tych trzynastu latach w ringu został tylko, zacierający się coraz bardziej, ślad w pamięci i tych kilka pomiętych dyplomów, które wiszą jeszcze na brudnej zielonej ścianie. Puchary i pamiątki sprzedała jego zona. Pozostały jeszcze inne ślady: zdruzgotane dłonie, powybijane palce i nadgarstki, zapuchnięte, wiszące łuki brwiowe i rozbite policzki oraz chrupoczące stawy.
– Nie mogłem już dłużej trenować – wspomina. – Po treningu, walkach, czułem się osłabiony, miałem zawroty głowy i zachwiania równowagi. Ćwiczyliśmy bez kasków ochronnych, a opieka lekarska ograniczała się tylko do tego, żeby spojrzeć w książeczkę, obejrzeć łuki brwiowe i ręce, stwierdzić, że jesteśmy zdolni do walki. Jeszcze w latach pięćdziesiątych wykryto u mnie powiększenie komory sercowej, ale lekarze twierdzili, że to nie ma żadnego wpływu i nic nie szkodzi. W ogóle nie interesowali się moim sercem. Odczuwałem, że ręce mam coraz mniej wydajne, sprawne, miałem zaniki pamięci, kłopoty z zebraniem myśli. Ciężko się było skupić. Podobno przy jednym silnym uderzeniu w głowę pęka 12 tysięcy cząsteczek krwionośnych w mózgu… A myśmy trenowali i bez kasków, i w starych, twardych rękawicach. To potem są różne odchylenia.
Sport dawał mu radość, ale nie pomógł urządzić się, jakoś ustawić w życiu. Odebrał zaś zdrowie.

I przez cały czas niezmiennie pracował jako ślusarz w grudziądzkim „Stomilu” – 33 lata nieprzerwanej pracy w zawodzie. Był jednym z wielu pracowników, więc nikt nie interesował się nim specjalnie. Pracował bez ulg i udogodnień, zarabiając raczej średnio. Gdy brakowało pieniędzy, ratował się nadgodzinami. Gdy po zawale serca w ’87 roku przeszedł na rentę, w ogóle bardzo niskie zainteresowanie jego sytuacją ze strony dyrekcji zakładu osiągnęło punkt zerowy. Nikogo już nie obchodził dawny pracownik, obecnie inwalida trzeciej grupy ogólnego stanu zdrowia, nikogo też nie obchodziły warunki, w jakich przyszło mu żyć.
„Moja renta aktualnie wynosi 34 120 zł miesięcznie, co pozwala na egzystencję typu: za mało by żyć, za dużo, żeby umrzeć. Uważam, że 33 lata pracy w PRL i 13 lat kariery zawodniczej predestynują do udzielenia mi pomocy materialnej. (…) Były zakład, jak również klub, przestały się w ogóle mną interesować” – napisał w liście z prośbą o pomoc.

Nie szczęściło mu się też w życiu osobistym. Miał żonę i dwójkę dzieci, ale ich pożycie układało się dobrze tylko przez kilka pierwszych lat, właściwie do momentu, kiedy przez nieuwagę, jakąś niezrozumiałą nieudolność, stracił mieszkanie, na które się zapisał.
– Nikt mnie wcześniej nie poinformował, że muszę wpłacić w określonym terminie pełny wkład, ani w klubie – a wtedy byłem jeszcze zawodnikiem – ani w zakładzie. A ja sam nie wiedziałem o tym…
Potem zaczęły się kłótnie, małżeńskie zdrady, złośliwości… Żona piła, on ja czasem bił. Kiedy odkrył, że ma kochanka, postanowił odkręcić gaz. Nie chciał dłużej żyć. Przed śmiercią uchroniła go matka, która wcześniej wróciła do domu. Po dziesięciu latach, w ’73 roku, jego małżeństwo rozpadło się. Pod nieobecność domowników, już eks-małżonka wyniosła z mieszkania, wraz ze swoimi rzeczami, także i jego, nie pozostawiając mu prawie nic. Zabrała również córkę, pozostawiając syna. Nie szukał jej, nie robił awantur – miał wszystkiego dość. Myślał, żeby wszystko zacząć od nowa, wziąć się w garść, liczył, że jeszcze potrafi sobie ułożyć życie.

Może jedną z przyczyn wszystkich nieszczęść był brak własnego mieszkanie. Gnieździli się cały czas we dwie rodziny w dwupokojowym mieszkaniu przy ulicy Fortecznej. Pragnienie posiadania własnego lokum potęgowało się z każdym rokiem. Już po rozwodzie nadal bardzo chciał się usamodzielnić – żeby zacząć nowe życie musiał mieć własne mieszkanie. Tym bardziej, że jego syn, którego wychowywała babcia, dorastał. Trudno mu się było porozumieć z ojcem. Ojciec zaś, odrzucony i nieakceptowany przez wszystkich po kolei, co chwila popadał w kłótnie z własną, starzejącą się matką. Czuł, że nie pasuje do tego domu, że przeszkadza, i synowi, i matce, że nie znajdzie już z nimi wspólnego języka. Jednocześnie i oni mu przeszkadzali.
Szukał własnego kąta, ale był bez szans. Trochę popijał, by zapomnieć o kłopotach. Jego życie okazywało się jednym pasmem udręk. Postanowił wynieść się z rodzinnego domu, aby pozwolić normalnie żyć matce i synowi. Ale nie miał dokąd. Wymyślili więc eksmisję… Z puli miejskiej dostał mieszkanie przy ulicy Szewskiej. Ale co to za mieszkanie? Bez wody, ubikacji, gazu… Jeden pokój z odpadającymi tynkami i straszliwie zawilgocony. Ani się umyć, ani wyprać, ani ugotować. Zaczynała się wegetacja. Zapracowany urządzał i remontował swój pokój. Wyczerpywały się jego siły, gdyż nie dojadał.
W parę miesięcy po przeprowadzce nastąpił zawał. Koniec z pracą, nędzna renta i fatalne warunki mieszkaniowe…

Taki jest teraz – człowiek schorowany, bezradny, bez środków do spokojnego, godnego życia, bez sił do walki o inne mieszkanie, czy choćby o urządzenie tego, które jest.
A nie był przecież leserem migającym się od pracy. Po rozwodowym szoku poderwał się jeszcze do walki – ukończył kurs mistrzowski w zakładzie. Nie wystarczało mu to. Chciał robić coś jeszcze – wiedział, że może nauczyć czegoś bokserską młodzież. Miał uprawnienia instruktorskie. Spodziewał się też, że praca z młodzieżą napełni jego życie sensem, pozwoli zapomnieć o zmarnowanych latach. Nie spodziewał się jednak, że nikt nie będzie go chciał. Dawny klub odrzucił nawet jego propozycję społecznego prowadzenia zajęć z młodymi bokserami. Z takiej propozycji nie skorzystała także szkółka bokserska w Brodnicy. Nikt nie chciał mu dać szansy, pozostawiono go samemu sobie…
W mieście ma opinię życiowego nieudacznika, ofermy. To prawda, że nie umiał pokierować własnym życiem. Sam przyznaje, ale jednocześnie zastrzega, że nie było w tym jego winy, że chciał jak najlepiej, tyle że szczęście chodziło innymi drogami niż on. Buntuje się: – Czy w wieku 52 lat nie mam już prawa do normalnego życia? Czy do śmierci mam gonić po kolejkach, bo z renty nie sposób żyć, czy mam zdychać w tej norze?!

Jest to jednak bunt człowieka bezsilnego, który właściwie utracił już wpływ na bieg własnych losów. Zmianę własnego życia wiąże on ściśle ze zmianą warunków mieszkaniowych, to zaś nie zależy od niego. Co mu pozostaje? – pisać prośby o pomoc. Pisał więc do prezydenta miasta, sekretarzy partii, PRON-u, KC i telewizji, do radia… Bez odpowiedzi…
– To co ja mogę sam dla siebie zrobić? – pyta retorycznie i pociąga z butelki łyk piwa, po czym rozmarza się: – Chodzi o to mieszkanie. Gdyby ono było normalne, to jeszcze bym się poderwał. Gdybym dostał jakichś chłopców i mógł ich trenować, coś bym po sobie zostawił…
Roman Igielski pozostał zupełnie sam: rodzeństwo i ojciec zmarli, do syna nie chce wracać, bo ten ma już własne życie, więc po co mu przeszkadzać – niechże przynajmniej on sobie normalnie je ułoży. Czuje się odrzucony przez wszystkich i wykorzystany, nawet oszukany. Bo póki był dobry, walczył i wygrywał, miał mnóstwo znajomych i przyjaciół, czuł się potrzebny, dowartościowany. Od momentu jednak, gdy – nie wie dlaczego – zaczął przegrywać własne życie, wszyscy się od niego odsunęli. Jak długo można tak żyć?
BOGDAN WASZTYL

* Bogdan Wasztyl był reporterem „Tempa” i – w latach 1990-2006 – „Dziennika Polskiego”, redaktorem naczelnym miesięcznika „Dialog – Pheniben” i dyrektorem krakowskiego oddziału TVP. Jest współautorem, redaktorem, wydawcą książek, współautorem filmu dokumentalnego, autorem kilku projektów multimedialnych poświęconych obozowi w Auschwitz. Zdobył wiele prestiżowych nagród, przede wszystkim trzykrotnie – „Polskiego Pulitzera”. Tekst „Na medal” zwyciężył w Konkursie im. Jana Rottera.

To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.