Prababcia zakasała spódnicę

Sytuacja, że dwójka nastolatków z tak niedużego miasteczka jak Łańcut jest regularnie powoływana do reprezentacji Polski, zdarza się rzadko. Ale też Julia Bazan i Mateusz Kaszowski przeszli niecodzienną, ciekawą drogę do obecnego poziomu.

O takich historiach, jak Mateusza na ogół mawia się sztampowo: „był skazany na… sport (bądź konkretną dyscyplinę)/muzykę/sztukę/pracę w jakimś zawodzie, itp.”. Owszem, jego ojciec, Dariusz Kaszowski od ponad dwudziestu lat jest trenerem Sokoła Łańcut; instytucją w klubie, który przeprowadził od dołu III ligi do czołówki pierwszej. Owszem, ustawiał w pionie półokrągły uchwyt szuflady i robił kuleczki z papieru, którymi potomek celował do tej imitacji obręczy. Owszem, zabierał syna na wszystkie treningi Sokoła, a przedszkolak ćwiczył samodzielnie z piłką. Owszem, uczył go wuefu w SP nr 2 i prowadził w szkolnych reprezentacjach.
Do Kaszowskiego juniora bardziej jednak pasuje zdanie z „Hotelu New Hampshire” Johna Irvinga: „[Jeśli chcesz być w czymś naprawdę dobry] musisz nabawić się nieuleczalnej obsesji”. Ten dzieciak rozgrywał sam ze sobą setki meczów i pojedynków na obrzeżach hali MOSiR, wyobrażając sobie i wykonując zagrania zawodników NBA, czy zaplecza ekstraklasy. Obniżał obręcze bocznych, już nieistniejących koszy, próbując wsadów. I rzucał, rzucał, rzucał. Nawet w przerwach konfrontacji ligowych w przyparkowej MOSiR.
Pierwszy laur za pasję i zaangażowanie odebrał już w wieku 9 lat. Pojechali z tatą na rozgrywany w Krośnie Mecz Gwiazd I ligi i złapali piłeczkę, która uprawniała do udziału w konkursie rzutów trzypunktowych dla kibiców. Kiedy jednak Mateusz szedł zgłosić się doń, spiker poinformował, że przeznaczono go dla dorosłych. Wrócił zabeczany. Ojciec zabrał go do stanowiska spikera, gdzie przekonywano ich, że maluch nie poradzi sobie z tak dużej odległości, ale skoro złapał piłeczkę, to dostanie nagrodę. Wreszcie prezes organizującego mecz klubu, Janusz Walciszewski dopuścił go do rywalizacji. – Podczas rozmowy Mati stał przede mną, obejmowałem go rękami, a serce waliło mu tak, jakby zaraz miało wyskoczyć z klatki piersiowej – wspomina Dariusz. – Po chwili tamci spudłowali, a on czyściutko przeciął piłką siatkę. Gracze z Meczu Gwiazd, którzy go znali, wybiegli i przybijali mu piątki. A dres-nagrodę za zwycięstwo synek i tak oddał mnie, bo rozmiar był na dorosłego…

Julka zaczynała jak wiele co ruchliwszych i obdarzonych temperamentem dziewczynek z Łańcuta – od tańca w jednym z licznych tutejszych zespołów. Przez całą podstawówkę występowała w „Gracji”, z którą zdobywała mistrzostwo Polski i triumfowała w odbywającym się w czeskim Usti nad Łabą Pucharze Świata, w kategorii „produkcja” (bez ograniczeń wiekowych).
– Spooort! – przeciąga zabawnie, pytana, czemu zrezygnowała z tak satysfakcjonującego hobby. Nie poszła do klasy sportowej w SP 2, żeby nie opuszczać odwiecznej przyjaciółki, Beaty Skorus. Reprezentowała jednak szkołę w grach zespołowych, lekkoatletyce, pływaniu. Do dzisiaj można znaleźć w internecie wyniki zawodów, w których stała na podium. Wreszcie inna koleżanka, Natalia Stropek namówiła ją na siatkówkę. Szybko zmieniły się dwie trenerki, a potem ich grupę przejął Bogdan Dudek, spod którego ręki przez ponad czterdzieści lat wyszło sporo silnych drużyn. Najnowsza kilkanaście miesięcy temu zajęła piąte miejsce w mistrzostwach Polski młodziczek. Z Julią mogłaby mieć medal, ale jej od ponad roku nie było już w składzie, bo wybrała koszykówkę w MLKS Rzeszów. – Czy mi nie żal? Nigdy na to w ten sposób nie patrzyłam – mówi. Przez pewien czas łączyła obie dyscypliny. Kilka razy zdarzyło jej się „ściemniać” siatkarskiemu opiekunowi, że musi wyjść nieco wcześniej, a sprzed SP 2 zgarniały ją koleżanki z Wierzawic i wspólnie jechały do Rzeszowa na treningi koszykarskie u Bartosza Herbacińskiego. Odwagi dodawała jej znowu Natalia, która przeniosła się do MLKS razem z nią.
Wymienia kilka powodów takiej decyzji, a najważniejszy jest najbardziej wzruszający: chciała zajmować się tym samym, co jej ówczesna sympatia – Mateusz. Dzisiaj nie są już parą, a ona ma sprecyzowane zdanie, co ją pociąga w baskecie. – Bieganie, dynamika, agresja, bezpośrednia walka z przeciwniczką. „Kryjecie” się z tamtą rozgrywającą; ona ci dokucza, ty się „podpalasz”, żeby pokazać jej, na co cię stać. Siatkówka nie dałaby mi tego wszystkiego – tłumaczy smukła, delikatna brunetka.

Kiedy mama zabierała niemowlaka na mecze taty, spał słodko w wózeczku, mimo tumultu panującego w parkowej hali. Później już nigdy nie przechodził obok basketu obojętnie. Podczas mszy w łańcuckiej Farze demonstrował na stopniach ołtarza w nawie bocznej: „Kozioł, kozioł, ziut. Kozioł , kozioł, ziut„. Był pupilkiem prababci, która dożyła niemal setki, a mając 90 lat godziła się nawet na ćwiczenia koszykarskie z wnusiem, któremu nudziło się monotonne ostrzeliwanie stojącej w pokoju tablicy do minikoszykówki. – Babciu, wstań i przyjmij pozycję obronną – prosił. Zakasywała więc spódnicę i uginała kolana, albo poruszała się krokiem odstawno-dostawnym.
Potem ogrywał młodszych rywali; reprezentacja SP 2, której był liderem, zajmowała pierwsze miejsce w województwie, kwalifikowała się do mistrzostw Polski, a w 2014 roku była najlepsza w Orlik Basketmanii. W następnym sezonie, po przenosinach do WKK Wrocław, zdobył wszystko co mógł, zespołowo i indywidualnie: mistrzostwo Polski U-14, „złoto” ogólnopolskiej olimpiady młodzieży oraz tytuły MVP obu turniejów finałowych. W tym roku dołożył do tego mistrzostwo Polski kadetów U-16 i wybrano go najlepszym zawodnikiem drużyny.
Nigdy nie zapomni jednak, jak w Energa Basket Cup naprzeciwko SP 2 stanęła szkoła oparta na chłopcach z Kasprowiczanki Ostrów Wlkp. Byli osłabieni, a on wygrał ten mecz praktycznie w pojedynkę, zdobywając ponad 80 procent punktów zespołu, mimo że przepisy pozwalały mu przebywać na boisku 30 z 40 minut.
Julia jest dowodem, że istnieje coś takiego, jak naturalny, uniwersalny talent do sportu. Dwóch trenerów różnych dyscyplin – Bogdan Dudek od siatkówki i Michał Sumara, który współpracował z kadrą U-15 koszykarek – opisując zupełnie inne elementy techniczne (przyjęcie i atak oraz rzut, podanie i drybling) mówi to samo: „świetne czucie piłki”. Starszy uzupełnia to określeniem „ma smykałkę”, młodszy zaś: „ma taki flow”. A każdy, kto ją widział, jako cechę naczelną wymienia szybkość. – Nie wiem, skąd bierze się to „czucie”, ale zdaję sobie sprawę, że je mam. Kiedy zaczynałam ćwiczyć koszykówkę, niewiele potrafiłam, ale wkrótce nauczyłam się rzucać. Może pamięć mięśniowa za to odpowiada? – zastanawia się dziewczyna, która po kilkunastu miesiącach treningów koszykarskich, w ubiegłym roku została wyselekcjonowana do kadry narodowej U-15 („Tamto powołanie i obecne mega podniosły mój poziom” – uważa). W kwietniu w trzech spotkaniach turnieju w Gorzowie Wielkopolskim zdobyła 88 pkt ze 163 pkt swojej drużyny, co było globalnie najlepszym osiągnięciem fazy ćwierćfinałowej mistrzostw Polski kadetek. Zajęła pierwsze miejsce w Polsce również w rankingu średniej punktów i przechwytów całego cyklu MP U-16.

Mają po 16 lat, pierwsze sukcesy, kolejne marzenia. Przed sobą przyszłość, ale za sobą nie tylko radosne dni. Julia przed rokiem spędziła pierwsze zgrupowanie reprezentacji niemal we śnie, bojąc się nawet mówić. Kiedy słyszy, jak scharakteryzował ją Sumara („Cichutka, grzeczniutka”), śmieje się, że nie mógł jej poznać („Jestem dynamiczna i chaotyczna”). W pierwszym w życiu występie w koszulce z orzełkiem, spotkaniu ze Szkocją, była jedną z najlepszych zawodniczek na placu. Po ostatnim gwizdku popłakała się i utonęła w ramionach rodziców, brata i siostry, którzy przyjechali specjalnie z Łańcuta do Władysławowa.
Tego lata wylewała jednak gorzkie łzy. Po półtoramiesięcznej pracy, cztery dni przed końcem okresu przygotowawczego i ostateczną selekcją dwunastki na mistrzostwa Europy, podczas walki o zbiórkę koleżanka tak niefortunnie wylądowała jej na nodze, że zerwaniu uległy więzadła w stawie skokowym. Później nieoficjalnie dowiedziała się, że najprawdopodobniej znalazłaby się w polskiej drużynie na ME kadetek…
Mateusz ma ugruntowaną pozycję w reprezentacji rocznika 2001; od dwóch lat jest jej filarem, od roku kapitanem. Niedawno musiał z kolegami przełknąć gorycz porażki po nieudanej walce o awans do Dywizji A mistrzostw Europy.
Słysząc na początku wywiadu, że może autoryzować tekst, pół żartem, pół serio zastrzega, że za wiele do autoryzowania nie będzie, bo on nie umie wypowiadać się publicznie. Szesnastolatek, który fizycznie jest wierną kopią ojca, gdy był w tym wieku, rozkręca się jednak tak jak na boisku. Z ożywieniem wspomina dziecięcą fascynację basketem, z błyskiem w oczach rozprawia o swoim idolu, Rajonie Rondo; opisuje akcję, którą tamten ustawił samodzielnie w końcówce spotkania i oszukał wszystkich. Rajon, to „playmaker, który nie lubi, gdy trener przeszkadza mu w grze”, a w podobnym duchu starał się wychowywać swoich podopiecznych Łukasz Dziergowski w WKK Wrocław. – Mieliśmy dużo ćwiczeń na wyobraźnię, na umiejętność samodzielnego radzenia sobie na parkiecie – opowiada. – Mawiał, że nasza idealna gra byłaby wtedy, gdyby on mógł usiąść na ławce i napić się kawy.
Otwarcie zwierza się z emocji targających nim, kiedy w wieku 13 lat wyjechał do Wrocławia: – Myślałem, że będzie kolorowo i super; duże miasto, wreszcie bez rodziców, którzy staliby nad głową i kazali się uczyć. Kiedy mama zostawiała mnie w internacie, powiedziałem jej, żeby przez pierwszy tydzień nawet do mnie nie dzwoniła, bo nie będę miał czasu z nią gadać. Po dwóch miesiącach wieczorami płakałem w poduszkę, a potem prosiłem, żeby zabrali mnie do Łańcuta. Mama, tato i siostra pomogli mi jednak znieść najgorsze chwile, opiekowali się mną też rodzice miejscowych zawodników WKK.

Teraz przeprowadził się jeszcze dalej – do Asseco Gdynia. – Sam to wybrałem! – podkreśla. – Będę u serbskiego trenera Milosa Mitrovicia, zagram w mistrzostwach Polski U-18, ale dostanę minuty w U-20 i być może w II lidze.
Smak rozłąki z bliskimi poznaje również Julia, która dostała się do elitarnej Szkoły Mistrzostwa Sportowego PZKosz w Łomiankach, w której w liceum uczą się i trenują 24 dziewczęta z całej Polski, a w jej klasie jest ich siedem. Nadspodziewanie szybko zagoiła się jej noga („Proszę napisać, że bardzo pomógł mi pan Darek Kaszowski: dawniej pchał mnie do sportu, a teraz polecił bardzo dobrego fizjoterapeutę”), trudniej poszło nagrywanie umieszczonej na kanale YouTube prezentacji. Dostała za zadanie zjedzenie łyżeczki cynamonu i okazało się, że nie wystarczy pomyśleć o jabłkach i cieście, żeby łyknąć cynamon dzięki wyobrażeniu szarlotki. Na filmiku jest cięcie, kiedy Julka idzie wypluć przyprawę i przepłukać usta. – Jest ohydny, nie da się tego przełknąć – przekonuje ze śmiechem.
– Pierwszy raz w życiu zamieszkam na dłużej poza domem i wiadomo, że to trochę smutne – dodaje poważnie. – Chyba smutniej nawet jest rodzicom i rodzeństwu. Ale to nie tak, że chciałam ich opuścić. Po prostu chcę się rozwijać sportowo.
PAWEŁ FLESZAR

TAJEMNICE NUMEROLOGII
W kadrze Julia występowała z „dwójką”, ale jej ulubionym numerem – z którym gra w klubie – jest „siódemka”. To magiczna cyfra w wielu religiach i mitologiach, a także w rodzinie Bazanów. Julka, jej mama, siostra i brat – wszyscy urodzili się siódmego dnia danego miesiąca. Wyjątkiem jest tata, który przyszedł na świat dziesiątego, więc córka czasami w hołdzie dla niego dodaje do 7 do 10 i zakłada koszulkę z numerem 17.
„Dwójka” to również reprezentacyjny numer Mateusza. W innych przypadkach jednak zawsze nosi „21” i ubolewa, że w Asseco będzie wybór tylko od 4 do 18. – Nawet nie wiem, od czego zaczęło się to przywiązanie do „21”, ale wiem czemu trwa – uśmiecha się Kaszowski. – Urodziłem się 19 lutego 2001 r. Jeśli dodamy 19 do 2 otrzymamy 21. I tyle samo zostanie jeśli wyrzucimy dwa zera z roku.

ŁAŃCUCIANIN PIERWSZYM SPORTOWCEM ROKU W POLSCE
Najsłynniejszą reprezentantką Polski w sportach halowych pochodzącą z Łańcuta, wychowanką tutejszego klubu, jest Anna Podolec (obecnie Miros), która zaczynała przygodę z siatkówką w MKS pod okiem Bogdana Dudka. W wieku 15 lat wyjechała do sosnowieckiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego, występowała w czołowych klubach Polski, Włoch, Rosji i Rumunii. Jest mistrzynią Europy seniorek i juniorek, zdobywczynią Pucharu CEV, mistrzynią Polski. Siatkówkę, z niezłymi wynikami, póki nie uniemożliwiły jej tego kontuzje, trenowała też jej siostra Bernadetta, a brat Paweł grał w I-ligowym Sokole Łańcut.
Do reprezentacji kadetek trafiła w latach 80. inna wychowanka Dudka – Agnieszka Skomra (obecnie Uberman). Była nawet kapitanem tamtej drużyny, ale jej obiecującą karierę przerwały kłopoty zdrowotne.
Trzecią kadrowiczką z łańcuckim rodowodem jest Sylwia Pelc. Ona wprawdzie pochodzi z nieodległej Krzemienicy, ale przygodę z siatkówką zaczynała w MKS. Dudek wspomina, że zwrócił na nią uwagę w łańcuckim kościele, w którym oboje z tatą wyróżniali się wzrostem, i zaczepił po mszy.
Kolebką łańcuckiego volleyballa przez kilka dekad była Szkoła Podstawowa nr 2. Siatkarskiego abecadła uczyli się w niej również chłopcy, m.in. Przemysław Michalczyk. Później, stostunkowo późno, w wieku kilkunastu lat, trafił na treningi do Resovii. Od niej zaczęła się jego kariera, przez wiele sezonów występował w ekstraklasie, a przede wszystkim ? zagrał 58 razy w reprezentacji Polski, z którą uczestniczył w Mistrzostwach Europy 2001.
W sezonie 2004 Jacek Balawender, wychowanek Sokoła, wówczas występujący w Polonii Przemyśl, został powołany do kadry narodowej U-16. W okresie przygotowawczym wyselekcjonowano go do ścisłej dwunastki; wystąpił w reprezentacji Polski na mistrzostwach Europy kadetów w Grecji.
Gwoli ciekawostki warto wspomnieć Wacława Kuchara, który przyszedł na świat w Łańcucie, gdzie jego ojciec objął posadę laboranta w hrabiowskiej rafinerii spirytusu. Po kilku latach jednak rodzina przeniosła się do Lwowa, a syn przez całą karierę występował w tamtejszej Pogoni. Był niezwykle wszechstronny, uprawiał piłkę nożną, lekkoatletykę, łyżwiarstwo szybkie, hokej na lodzie. W barwach piłkarskiej reprezentacji Polski zagrał na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu w 1924 r., w mistrzostwach Europy w łyżwiarstwie zajął 7. miejsce w wieloboju, a w hokejowych mistrzostwach Europy zdobył srebrny medal. Wybrano go Sportowcem Roku w historycznym, pierwszym Plebiscycie Przeglądu Sportowego w 1926 r.

Komentowanie zablokowane.