Praca, wypłata i urlop

Reportaż ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 15 marca 2002 roku

– Przed rewanżem z Rocchigianim wiedziałem, że muszę coś ze sobą zrobić – wspomina Dariusz Michalczewski. – Mówię do Fritza Sdunka: „Słuchaj, Fryc, jadę w góry, napisz mi plan przygotowań”.
Po powrocie z samotnego pobytu w Zakopanem, tak zbił Graziano Rocchigianiego, że ten – znękany – poddał się przed końcem pojedynku.

Historia jak z filmu „Rocky”. Tyle że przygotowania do zawodowej walki bokserskiej wyglądają inaczej, niż wymyślił to dla odgrywanego przez siebie bohatera Sylvester Stallone. Michalczewski nie okłada pięściami tusz wołowych w rzeźni, nie ugania się, dla nabrania kondycji, za kurczakami po podwórku. Jest w Zakopanem już po raz siódmy, tym razem towarzyszy mu nowa narzeczona Patrycja z dwójką swoich dzieci, brat Tomasz, masażysta Krzysztof Busch i dwóch osiadłych w Niemczech bokserów z byłej Jugosławii – Stipe Drews i Aleksander Petković. Nie ma trenera Fritza Sdunka, który w Hamburgu dogląda braci Kliczków. Ekipa dostała od niego rozpisany na kartce plan zajęć na dwa tygodnie.

Dzień rozpoczyna się od basenu. – To taki „brandzelek”, idziemy sobie tylko lekko popływać – wyjaśnia „Tygrys”.
Przed południem ośmiokilometrowy bieg; pierwszą rundkę wokół stadionu zakopiańskiego COS-u bokserzy przebywają truchtem, bądź spacerkiem. Potem już raźniej biegną po alejkach pokrytych spłachetkami topniejącego śniegu i kupkami zrudziałych, zeszłorocznych igieł. Otwarty jak zwykle („Nie mówcie do mnie per pan, Darek jestem”), gestykuluje podczas biegu, opowiadając coś po niemiecku Drewsowi. Z chwili na chwilę nakręca tempo. Na piątym okrążeniu jest już sam. – Goście nie wytrzymują, muszą się przyzwyczaić – komentuje. Kończy bieg niemal dublując kumpli. – Nie rozumiem ich, przyjechali tu sami, a ja mam kobietę i większe obowiązki: „abendstrening”, „morgenstrening”. A i tak za mną nie nadążają.

***

Walka odbędzie się 20 kwietnia w Gdańsku, gdzie „Tygrys” dorastał. W domu „od zawsze” były rękawice bokserskie, sięgnął po nie jako kilkunastolatek. – Gdyby nie to, że miałem etat w stoczni i jeszcze trener mi dawał swoje własne pieniądze, to pewnie bym poszedł do miasta – wspomina. – Taki był moment: albo skaczesz do miasta z chłopakami i idziesz coś kręcić, albo zostajesz przy sporcie. Wracałem z treningu, a oni – zajebiste ciuchy, spodnie, itd. Wiadomo, że to było nielegalnie zdobyte, ale kusiło. Chciałem Hollywoodu.
Wytrzymał, lecz pod koniec lat 80. postanowił kontynuować karierę w Niemczech. – Jestem Polakiem, byłem i będę – zarzeka się. – A że mam niemiecki paszport? Innej możliwości nie było. Gdybym wtedy nie uciekł, nie siedzielibyśmy dzisiaj tutaj, nie chciałbyś ze mną gadać, bo byłbym nikim.

Za Polaka jest uważany także w Hamburgu, w prasie raz po raz ukazują się złośliwe artykuły. – Tamtych dziennikarzy serca bolą, bo jestem najbardziej utytułowanym niemieckim zawodnikiem wszech czasów, a nazywam się Dariusz Michalczewski. Stoję im jak ość w gardle. Gdybym był Niemcem, to miałbym w Hamburgu pomnik za swoje sukcesy, a tak to szukają tylko negatywnych rzeczy. Na przykład w tamtym roku napisali, że razem z jednym z polityków z Hamburga byliśmy w jakimś burdelu i do tego dodane wszystko, co potrzeba. W artykule było trzydzieści razy „prawdopodobnie” albo „możliwe”. No, ale pierwsza strona, nagłówek mocny. Nawet moi znajomi przychodzili i pytali: „Darek, to prawda?”. Coś takiego trochę nerwów cię kosztuje, nie?
– To wszystko są domysły, nikt nic o mnie nie wie. Przecież kiedy ja robię „balety”, to i tak robię je w zamkniętym pomieszczeniu, nikt tego nie widzi. Ludzie czytają o mnie i w to wierzą, ale to jest cena popularności. Dawniej się złościłem, ale teraz już się tak nie przejmuję. Zostałem mistrzem świata po to, żeby mi było łatwiej, a nie gorzej w życiu.

Sentymentalny bokser

Po biegu zajęcia w hotelowej siłowni. Rozciąganie, pompki na materacu. W tej samej salce ćwiczy też Tomasz Pochwała. Po serii wyprostów obciążonych nóg, przez chwilę przypatruje się bokserom i wychodzi. – Powodzenia – rzuca za nim Michalczewski. – To ten chłopak, co skacze? Niezły jest.

Krzysztof Busch wykonuje drobne masaże. Z Polski wyjechał tuż przed stanem wojennym, pracował w szpitalu. Poznał odnoszącego pierwsze sukcesy „Tigera” i niedługo został jednym z dwóch masażystów stajni Universum Box Promotion. – Zasuwam strasznie – opowiada. – Czasami, zanim się wbiję w takiego Kliczkę, mija półtorej godziny, a z Darka to schodzę zlany potem. Łatwiej jest z bokserkami, które plecy mają, jak Kliczko udo. Powiedziałem kiedyś szefowi, żeby mi zmienił zasady wynagradzania. „Na jakie?” – spytał. Od metra kwadratowego powierzchni – odpowiedziałem.

***

„I znów hak, i zwód, i cios; zniszczony czuję się doszczętnie, bowiem co tu kryć – ja od dzieciństwa czuję wstręt, by w twarz człowieka bić” – śpiewał Włodzimierz Wysocki w „Sentymentalnym bokserze”. – Dla mnie to nie bójka, to czysty sport; ja chcę ograć przeciwnika – twierdzi Michalczewski. – Zasady po prostu są takie, że trzeba go walnąć w łeb.
Gdański rywal jest jeszcze nieznany. Będzie nim albo Michael Nunn, albo któryś z młodszych bokserów. – Wolałbym Nunna, bo jest bardziej utytułowany, ma lepsze nazwisko, ale i zna swoje miejsce w szeregu – żartuje Darek. – Jak wypuszczą jakiegoś wilczka – może być trudniej; wyjdzie niewyżyty i będzie chciał pobić mistrza.

Mały „Tygrys” chciał zostać dyrektorem. Z tym stanowiskiem kojarzyło mu się dolce vita peerelu – wygodne, zasobne życie bez zmartwień o przyszłość. Zarobił pieniądze na ringu, a dzisiaj troszczy się o innych.
– Słuchajcie, ja jestem Janosikiem – zaperza się. – Kocham ludzi, dzielę się swoim sukcesem. Kto stworzył stypendia dla młodych sportowców? Kto rozdaje, kto stara się, kto robi te akcje charytatywne, kto? Nie widzę za wielu takich ludzi. Kiedyś napisali, że za mało dałem. Pomyślałem: „Pieprzę to, nie będę tego robił”. Potem jednak pójdziesz do domu dziecka, zobaczysz te biedoty i myślisz sobie: „Kurna, coś trzeba zrobić. Co ci zależy?”.

Krew wszystkich przeciwników

Przygotowania to też zbijanie wagi, dieta. Darek, który w Hamburgu długo mieszkał wśród Włochów, lubi ich lekkie potrawy. – W Polsce największy problem mam z jedzeniem: chabanina, karkówki, wszystko pod sos ze śmietany – narzeka. – Zjem coś takiego, to potem gorzej niż kaca mieć, spać nie mogę.
Do tego dochodzi kroplówka, odżywki serwowane przez Buscha. No i – oczywiście – zero alkoholu, wczesne chodzenie spać i ranne wstawanie. – Zawsze na dwanaście tygodni przed walką zaczyna się post – twierdzi Michalczewski. – Niedawno, kiedy nagrywałem program Big Brothera, złamałem reguły: było strasznie zimno i musiałem walnąć ze trzy banie, a potem mnie buty cisnęły.

Normalnie jednak nigdy tego nie robię. Cieszą mnie te wyrzeczenia, ciężka praca. To jest tak samo fajne, jak „balety” już po walce. Mam miesiąc na rozluźnienie, załatwiam jakieś sprawy, ale w sumie cały czas jest balanga. Spotkasz się, rozmowy, a później – obojętnie z kim się spotkałeś – każdy pyta: „Co robimy dzisiaj wieczorem?”. Idziemy na obiad, do dyskoteki. Często nie kończy się to nawet rano. Gdy miesiąc mija, pytam sam siebie: „Kiedy znowu będziesz boksował? Trzeba trochę pożyć solidnie”. W życiu musi być praca, wypłata i urlop. Jedno bez drugiego nie smakuje.

***

Nie jest człowiekiem, którego można scharakteryzować przykładając jeden szablon. Ogromna konsekwencja w działaniu, solidność, które pozwoliły mu utrzymać się przez wiele lat na mistrzowskim tronie. – Nie ma szczęścia w boksie, moje szczęście to jest ciężka praca na treningu – powtarza. – Żadnych przesądów, amuletów, talizmanów, ja w to nie wierzę.
– My wierzymy – wtrąca Busch. – Fritz zakłada zawsze te same majtki i skarpetki, ja trzymam w kieszeni ręcznik, który miałem od pierwszej walki, podczas której byłem przy tobie. Nie używam go teraz często, ale miał już na sobie krew wszystkich twoich przeciwników.

Jednocześnie nie ukrywa rozrywkowego trybu życia. Uwielbia towarzystwo, zabawę. – Nie mogę być sam – tłumaczy. – Dlatego biorę więcej ludzi na przygotowania. Kiedy przyjeżdżam do domu po treningu i nikogo nie ma, od razu robię w tył zwrot. Obojętnie, jaki ten dom nie byłby piękny i jaki duży. Boję się być sam.
– Zarobiłem pieniądze i dobrze się czuję w swojej sytuacji. Nie muszę nikogo grać, udawać porządnego. Nie jestem kryminalistą: kiedy sobie pobaluję za własne pieniądze i zaproszę swoich kolegów – nikomu przez to krzywdy nie robię.

Otaczają go często tłumy, ale zaufanymi są tylko brat Tomek oraz „Volvo” i „Bezan” – przyjaciele z dzieciństwa. – Mogę zostawić pod ich opieką cały mój dobytek i wiem, że jak wrócę, będzie na swoim miejscu. Żaden nie pomyśli: „Teraz się zrywam i mam swoją kasę”.
O rok młodszy Tomek pomaga w interesach, prowadzi pub, który Darek otworzył w Gdańsku. Jest bardzo podobny do brata. – Kiedyś poszedłem do kibla, wracam, a tu Tomek rozdaje autografy – śmieje się Darek. – Podchodzę, a jakaś kobieta mówi do mnie: „Mógłbyś się odsunąć, chcemy sobie zrobić zdjęcie z Tygrysem”.
– Kiedy odmawiam, ludzie przeważnie odpowiadają, że autograf brata też chcą mieć – wyjaśnia trochę wyższy i tęższy od brata Tomek. – Ja też kiedyś boksowałem, ale miałem operację ręki, która okazała się niezbyt udana, więc przestałem. Jeden w rodzinie wystarczy.

Bodziec pozytywnego myślenia

Co drugi dzień, zamiast biegu, bokserzy wychodzą w góry. Przewodnikiem jest Maciej Mojżeszek, który zna Michalczewskiego od 1985 roku, kiedy ten przyjeżdżał w Tatry z kadrą juniorów. – Chodzimy na Giewont, Gubałówkę, do Doliny Pięciu Stawów – mówi ogorzały od słońca i wiatru przewodnik. – Poprzedniej zimy tuż przed nosem przeszła nam lawina. Z kolei, kiedy chodziliśmy w lipcu, Darka oblegali turyści. Musiał dać kilkanaście autografów, pozować do wspólnych fotografii. W pewnym momencie podeszła dwójka młodych ludzi i proszą Darka: „Mógłby pan nam zrobić zdjęcie?”.

– Lubiłem jeździć na nartach, ale zaczęły mi kolana wysiadać i musiałem przestać – wspomina Michalczewski, który większość życia spędził w portowych miastach, Gdańsku i Hamburgu. – Kiedyś dopadli mnie kibice, musiałem wypić z nimi parę kielichów i potem na tyłku szorowałem ze zbocza.
– Normalnie, jak zapierdzielamy po górach, to patrzymy tylko, żeby się nie przewrócić, albo nogi nie skręcić. Chciałbym przyjechać tu kiedyś na luzie, wziąć browara, pochodzić spokojnie przy ładnej pogodzie, piknik sobie zrobić.

***

Walka w Polsce, najlepiej w rodzinnym mieście, była od dawna jego marzeniem. Darek zaangażował się osobiście w jej organizację w gdańskiej hali Olivii. – Najwięcej zdrowia straciłem na załatwianiu transmisji telewizyjnej – mówi. – W końcu stanęło na tym, że sam pokryję większość kosztów relacji. Chciałem telewizji państwowej, żeby wszyscy mogli oglądać walkę.
– Bilety też nie mogą być drogie, ludzi nie można ukarać. Z drugiej strony, nie gwarantuję długości pojedynku, nie będę kalkulował. Jestem brutalny i niech tylko przeciwnik delikatnie się zachwieje – pociągnę do końca.
– Ta walka jest potrzebna ludziom – dodaje. – Jest kryzys, wielu nie ma pracy i potrzebny jest bodziec do pozytywnego myślenia. Ludzie identyfikują się ze sportowcami, którzy odnoszą sukcesy.

To dobra kobieta była…

Po południu trening techniczny. Najpierw rozgrzewka: przebieżki, skłony, wymachy. Potem pojedynek z wyimaginowanym przeciwnikiem, krótkie sparingi w dwójkach. Wszystko w rundowym, trzyminutowym rytmie. Darek tańczy wokół worka treningowego, tańczy też ciężki worek, podrzucany potężnymi ciosami. Po kilkunastu minutach popielata koszulka Michalczewskiego cała ciemnieje od potu. Nieopodal ciosy rękami i nogami ćwiczy, trenujący gościnnie z „Tygrysem”, mistrz Polski w wu-shu, Włodzimierz Weselski. Drugą połowę niedużej sali zajmuje szkółka judo – dzieci z namaszczeniem wykonują wszystkie dyspozycje instruktora, nie zwracając uwagi na bokserów.

***

Trzydziestoczteroletni Darek nie myśli o zakończeniu kariery. – Muszę zarobić na nową rodzinę – tłumaczy. Osiądzie pewnie w Gdańsku, gdzie zamierza budować dom. – W Niemczech byłoby wygodniej, tam patrzą na mnie i mówią: „Patrz, to ten Michalczewski, przyjeżdża sobie mercedesem, o – jaki ma zegarek!”. Wkurzają się, ale zostawiają mnie w spokoju. W Polsce ludzie robią „Och!, Ach!” – to jest przyjemniejsze, ale czasem krępujące.
– Mam dużo fajnych planów na przyszłość, na razie nie chcę ich zdradzać, zobaczymy co z tego wypali. To jest taki motyw: nie musi być lepiej, żeby tylko nie było gorzej.

Ani lepiej, ani gorzej nie będzie już w małżeństwie z Dorotą. Były kłótnie, rozstania i powroty, ale teraz nastąpił koniec – trwają przygotowania do rozwodu. – To jest dobra kobieta, mnóstwo mi pomogła w karierze, tylko nie zgadzaliśmy się charakterami i to był problem. Może nie była idealną żoną, za to jest wspaniałą matką. Jest bardzo solidna, lojalna, porządna dziewczyna. Długo walczyliśmy, żeby było dobrze, ale za późno zauważyłem, że się rozmijamy. Szkoda – twarz Darka chmurzy się.
Miejsce Doroty zajęła szczupła, delikatna blondynka, Patrycja. Dorota z dwójką synów planuje wyjazd do USA. Młodszy, dziesięcioletni Nicolas, chce pójść w Ślady ojca. – Ma zapał i talent dużo większy ode mnie, wykonuje niesamowite akcje – opisuje Michalczewski. – Pragnąłbym, żeby został mistrzem świata, najlepiej w wadze ciężkiej, ale gdybym miał oglądać go padającego na ring, co w boksie jest nieuniknione, pękłoby mi serce.

Ojciec Darka umarł, gdy ten miał dwanaście lat. Teraz jego dzieci muszą wychowywać się bez taty. – Dla nich ja jestem tym winnym. To moja największa życiowa porażka, strasznie mnie boli, że nie mieszkam razem ze swoimi synami. Mogę się wygłupiać, mogę myśleć co chcę, ale czasami dostaję doła i dopiero trening mnie przed tym ratuje. Mam nadzieję, że jeszcze wszystko się poprawi, będziemy mieli lepszy kontakt. Na to potrzeba czasu, dorosną i zrozumieją, ale teraz każda godzina, kiedy nie jestem z nimi, jest stracona.
PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj

Adres e-mail nie zostanie opublikowany ani wykorzystany. Pola oznaczone gwiazdka sa wymagane.*

Skorzystaj z HTML oraz: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Connect with Facebook

*