Prawe boisko do Recyclingu

W trwającej 145 minut rzeszowskiej inauguracji Ligi Mistrzów, wśród pasjonującej walki i zaskakujących zwrotów, Asseco Resovia pokonała aktualnego zdobywcę Pucharu CEV, 3:2.

Berlin Recycling Volleys ostatniej wiosny uzyskał europejskie klubowe trofeum nr 2, a niedawno ściągnął też skalp z naszpikowanego gwiazdami Cucine Lube Civitanova. Dzisiaj na Podpromiu od początku pokazywał, jaka energia i agresja – zwłaszcza w serwisie i ataku – przyniosła mu sukcesy. 0:2, 2:5, 4:8, 14:18, 17:21. Gospodarze zdołali wyrównać na 11:11 dzięki taktycznym podaniom oraz skuteczności na siatce Gavina Schmitta. To Kanadyjczyk również zredukował straty do 20:21. Zrazu pociskiem zza linii końcowej zahaczył o grzbiet Luke Perry’ego (na libero gości w pierwszym secie zostały skierowane tylko trzy piłki, co tak go zdeprymowało, że nie przyjął poprawnie żadnej), a potem upolował Stevena Marschalla. Ten ostatni jednak przy stanie 21:22 zablokował wymianę, w której „Sovia” miała w górze trzy okazje do wyrównania. 21:24 i udana kontra Woutera Ter Maata, a z 25 punktów jego zespół aż 11 dostał po błędach przeciwnika
W drugiej partii miejscowi byli nieporównanie staranniejsi i mądrzejsi. Zmusili mierzącego 212 cm Roberta Kromma do dziesięciu odbiorów (najbardziej wytrącił go z równowagi, skrótami, Fabian Drzyzga); Bartłomiej Lemański był czujny na środku, a u przyjezdnych mnożyły się pomyłki. 12:7, 17:10, 21:12. Nikola Kovacević, który ponad trzy lata temu pomagał rzeszowskiej ekipie w zdobyciu „złota”, pojawiając się teraz na placu został przez publiczność przywitany oklaskami, a przez Schmitta – „czapką z daszkiem”. 24:13, 25:15.

Trener niemieckiej drużyny, Roberto Serniotti uznał chyba, że nie ma co kopać się z koniem, bo znękanego Kromma zdjął w trakcie drugiej części, a w trzeciej nie wpuścił już w ogóle. Nieźle radził sobie jednak dubler Kovacević. Po asach jego i Timofieja Żukowskiego berlińczycy zbudowali niewielką, acz długo utrzymywaną przewagę – 5:7, 10:13, 13:14, 14:16. Remis zaświecił się na tablicy po pojedynczym bloku Thibault Rossarda na Ter Maatcie, 21:20 zaś – po pudle Paula Carrolla. Serniotti wziął czas, a po chwili o to samo poprosił jego odpowiednik, Andrzej Kowal, gdyż jego podopieczni nie zrozumieli się przy konstruowaniu kontry i rezultat odwrócił się na 21:22. Jeszcze Marschall zatrzymał Schmitta (21:23), a najważniejsza wystawa znowu powędrowała do Ter Maata. 23:25.
Holenderski atakujący w następnej odsłonie zaliczył aż dziesięć „oczek” i wydawało się przez pewien czas, że umożliwi to zwycięstwo, zarówno w niej, jak – 3:1 – w całym spotkaniu. Aż doszło do akcji przełamującej w wykonaniu Damiana Wojtaszka. Przy 15:16 jego kolega nie poradził sobie z przyjęciem kolejnej petardy Żukowskiego, a libero staranował bandę reklamową przy miejscach dziennikarskich, ale dogonił spadającą łukiem piłkę i zawrócił ją na boisko. Berliński skrzydłowy przeszedł linię trzeciego metra, dalej środkowy uderzył w aut z krótkiej, a Ter Maat w niewygodnej pozycji, nie mogąc zamknąć nadgarstka, szukał dłoni rywali do obicia, lecz nie znalazł. 19:16, zaraz jeszcze jedna sytuacja za dwa punkty, kiedy Marcin Możdżonek, będąc metr od siatki, przełożył na skos ręce dobijającemu Grahamowi Vigrassowi i zamiast 19:18 zrobiło się 20:17, a wkrótce 25:22.
W tym fragmencie doping kibiców z głośnego stał się huraganowy, a świetnie spisywał się zwłaszcza wpuszczony niedawno z „boksu” Jochen Schoeps, który zaksięgował wtedy 6 pkt. Andrzej Kowal, podobnie jak w minioną sobotę w Kędzierzynie, trafił ze zmianami. – To jest po prostu zaufanie. A zresztą, co trener ma do stracenia? Gdy gra nie jest płynna, gdy gubimy rytm, to jest najlepszy sposób. Nie zawsze to wychodzi, ale wtedy można po prostu wrócić do wyjściowego ustawienia – tłumaczy szkoleniowiec, który posłużył się dzisiaj dwunastoma zawodnikami, z czego dziesięcioma w rolach ważnych i długotrwałych. – Mamy szeroką kadrę, więc musimy ją wykorzystywać. Ten zespół jest budowany po to, by w trudnych momentach zmiennik podnosił jakość gry. Nie utrzymywał, ale podnosił – podkreśla.

W czterech wstępnych setach zawsze zwyciężał team będący po stronie siatki bliższej rzeszowskiego Zamku, a prościej – po prawej ręce sędziego pierwszego. Kiedy więc to Berlin Recycling Volleys zaczął tam tie-breaka, przesądni widzowie mogli się cieszyć z nadchodzącego triumfu Resovii. I rzeczywiście, ponownie zużytkowała (czyli poddała swoistemu recyklingowi) ona tę część boiska, od 8:6 prowadząc już do końca. Konfrontację rozstrzygnęła formalnie dzięki challenge’owi, który przy stanie 14:12 wykazał dotknięcie siatki przyjezdnych w trakcie autowego zbicia Rossarda, ale faktycznie – dzięki własnej determinacji.
– Ci chłopcy mają dużą odwagę. Pracujemy nad tym, aby nie tracić wiary, aby mieć świadomość, że każda kolejna akcja jest ważniejsza od poprzedniej – dowodzi opiekun, który niedawno umówił się z nimi, że jeśli do Świąt Bożego Narodzenia odniosą sześć zwycięstw, dostaną cztery wolne dni, zamiast zaplanowanych wcześniej trzech. Wykonali zadanie (a wygranych z rzędu mają w sumie dziewięć), słowa dotrzymał także Kowal, który Święta spędzi w Rzeszowie oraz u rodziców, w Leżajsku. – Będzie to odpoczynek, ale niezupełnie od siatkówki, bo nawet w wolnym czasie nie mogę się powstrzymać przed układaniem w głowie planów na następne mecze, fazy sezonu – zwierza się. – Dlatego sobie, ludziom bezpośrednio związanym z naszą drużyną, wszystkim kibicom życzę, żeby potrafili się w tym okresie „zresetować”.
PAWEŁ FLESZAR

ASSECO RESOVIA Rzeszów – Berlin RECYCLING VOLLEYS 3:2 (21:25, 25:15, 23:25, 25:22, 15:12)
Sędziowali: Wiktor Kozłowski (Ukraina) i Mirko Janković (Serbia). Widzów: 4300.
RESOVIA: Drzyzga 1 pkt., Ivović 13, Możdżonek 1, Schmitt 13, Perrin 13, Lemański 8 oraz Wojtaszek (l), Tichacek, Nowakowski 7, Dryja, Rossard 8, Schoeps 9. Trener: Andrzej Kowal.
BERLIN: Żukowski 5, Marschall 9, Vigrass 8, Ter Maat 28, Kromm 6, Okolić 6 oraz Perry (l), Schott, Kovacević 11, Caroll, Kuehner. Trener: Roberto Serniotti.

Komentowanie zablokowane.