Przepraszam, czy tu biją?

Walka, jaką w grudniowy wieczór w Krakowie wydali sobie koszykarze AZS AGH i MCKiS Jaworzno, miała wymiar epicki. Gospodarze wygrali 73:63, czym przypieczętowali zwycięstwo w pierwszej rundzie sezonu zasadniczego II ligi.

Kilka sezonów temu nowy zawodnik akademickiego klubu, gdy już zobaczył, jakie w nim panują relacje i obyczaje, zwierzał się: „Kiedy grałem w X, podczas jednego meczu groził mi przeciwnik: >Tylko wyjdziesz na parkiet, to zobaczysz, jak cię załatwię, łapy ci połamię<. Rozejrzałem się po swojej drużynie i myślę: >Przecież tutaj nikt się za mną nie ujmie<. W AGH można tylko się zastanawiać, kto przy jakiejś awanturze dobiegłby pierwszy, żeby mnie bronić; czy Zychu, czy Potwór, czy Borówa, czy może trener Bychawski, a wtedy już nikt nie musiałby się ruszać, bo on sam by usadził wszystkich”.
Bójki na parkiecie zdarzają się bardzo rzadko, ale powyższy wywód ma walor uniwersalny, bo obrazuje stopień oddania interesom zespołu i skłonność do poświęceń, przyświecające jego członkom. Dzisiaj krakowianie podjęli team typowany przed sezonem na faworyta grupy C i jednego z głównych kandydatów do awansu. Michał Borówka i Konrad Mamcarczyk skończyli konfrontację ze skręconymi nogami, a Sebastian Dusiło – po tym, jak jaworznianin wsadził mu tam palec – z okiem tak nabiegłym krwią, że nie widać było białka. Michał, który dzisiaj biegał za rozgrywającymi, wrócił na plac utykając, bo zaistniała konieczność zmiany. Sebastian pozostał na nim i zaliczył w 4. kwarcie ważną „trójkę”, a niedługo pokazywał Bartłomiejowi Podworskiemu, od którego dostał podanie, gest z kciukiem i palcem wskazującym połączonymi w kółeczko i trzema pozostałymi odwiedzionymi w górę, co miało chyba znaczyć, że wcelował za trzy patrząc na jedno oko.
Fakt, że „Agiehowcy” biją się jeden za drugiego i sobie pomagają, jeszcze lepiej wyraża się w systemie ich defensywy. Często (a dzisiaj było to widać szczególnie wyraźnie) stosują tzw. hard show, gdzie wysocy po pick’n’rollu wybiegają na obwód z takim impetem, jakby chcieli stratować zawodnika z piłką, ale jeśli nie uda się jej odebrać – wracają pędem pod „dziurę”. – No cóż, jest to ciężkie i wyczerpujące – przytakuje ponad 120-kilogramowy „Potwór”, który dzisiaj kursował tak przez ponad pół godziny. – Ale po to w sierpniu i wrześniu zdobywamy tyle razy Wzgórze Św. Bronisławy z trenerem Bielem, żeby to teraz wytrzymać.

Goście odpowiedzieli walką i agresją, sięgającą niekiedy nawet brutalnych fauli, a pierwsza kwarta tak była zacięta, że prowadzenie zmieniało się w niej aż 12-krotnie, cztery razy natomiast był remis. I wtedy, i później, warunkom stworzonym przez obie ekipy nie zawsze byli w stanie sprostać sędziowie.
U gospodarzy zabrakło Iwana Wasyla, który na sobotnim spotkaniu w Gliwicach urządził sobie piknik lotniczy (cztery wsady już w I połowie), lecz na początku tygodnia spuchły mu kolana, a także Wiktora Majki, który wówczas w końcówce skręcił nogę. Głównym zmiennikiem został więc 19-letni Damian Dyrda i wywiązywał się z tej roli wyśmienicie. Przy stanie 14:14 przymierzył zza łuku, w ten sam sposób poprawił Maciej Koperski. 20:14, a w ostatniej sekundzie Mamcarczyk wbił się w obronę MCKiS, odrzucił do tyłu do Damiana, ten zaś umieścił piłkę w koszu przy akompaniamencie syreny, w iluminacji czerwonych światełek. 23:16.
Po pauzie działy się rzeczy jeszcze bardziej frapujące, bo Bartek Podworski przecinał obręcz tak czysto, jakby była dwa razy szersza, a robił to zza linii 6,75 metra i z półdystansu. Rezultat brzmiał 37:21, kiedy grę przyjezdnych urozmaicił Przemysław Gworek, reprezentujący w przeszłości AGH, w pionierskich latach II-ligowych. Na powitanie przypomniał się „trójką”, do przerwy zanotował jeszcze 4 pkt i 3 asysty. Dzięki skuteczności Wojciecha Zuba i dobremu wejściu Kamila Michalskiego, różnica zmniejszyła się do 38:29, a „Mamcar” strzałem z dystansu ustalił ją tuż przed przerwą na 41:29.

W II połowie zażartość, emocje i dokuczliwość odżyły mocniej. Po przechwycie i samotnej kontrze Bartosza Czerwonki idący wybijać piłkę z autu Gworek nie omieszkał zahaczyć go łokciem w pierś. Bartek odpowiedział dwukrotnie za trzy, uzyskując najwyższe dzisiaj prowadzenie AGH, 50:32.
Szybko jednak zmniejszyło się ono od 50:44, bo jaworznianie wymuszali straty, kryjąc na całym boisku, a Jacek Wróblewski, który dopiero w tym okresie się na nim pojawił, wniósł w aporcie dwie „trójki”. – Musieli zaryzykować, łapali się wszelkich środków i przyniosło im to efekty – komentuje Podworski. – My z kolei za bardzo się „podpalamy” i stąd te straty. Jesteśmy młodzi i dopiero uczymy się spokojniejszego konstruowania akcji.

„Czerwony”, przenosząc się latem do AGH z Sokoła Łańcut, poza atutami sportowymi przywiózł umiejętność tworzenia atmosfery (o tym jak pomagał robić to w poprzedniej ekipie można poczytać TUTAJ). Nauczył nowych kumpli śpiewać w szatni i w busie, wdrożył też pewien rytuał.
Po zwycięstwie Podworski puka do szatni. Wchodzi dopiero, kiedy zza drzwi rozlega się „proszę” i bardzo grzecznie zagaja: „Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam takie pytanie – kto wygrał mecz?”. Odpowiada mu wrzask „Aaa-Giee-Haaaa!!!” powtarzany trzykrotnie, po czym zgromadzeni testują wytrzymałość ścian i sprzętów. Ostatnio, w Gliwicach, szatnia ponoć omal się nie rozpadła. Zwłaszcza że na ogół następuje druga tura, kiedy z toalety wyłania się Michał Pieniążek i zadaje to samo, sakramentalne pytanie.
„Potwór” nie mógł uczestniczyć dzisiaj w inscenizacji, bo zatrzymał go niżej podpisany, za to w czwartej kwarcie zrobił wszystko, by doszło do niej po raz dwunasty w tym sezonie. Pod obręczą poruszał się jak zapaśnik lub tancerz, przeciwnicy nie mieli recepty na jego zwrotność i siłę (w całym spotkaniu faulowali go siedmiokrotnie). Poczynając od wsadu oburącz, zaliczył osiem punktów oraz dwie istotne asysty, a przewaga zespołu, którego jest kapitanem, nie spadła poniżej 10 oczek, dochodząc nawet do 15.
Już wcześniej wygrał też nieformalną konkurencję z Maciejem Majem. Długo terminował u niego w AGH, ale dzisiaj „ugotował” przemotywowanego chyba kolegę.

W szeregach akademików zadebiutował Michał Medes, pozyskany w ubiegłym tygodniu z Cracovii 1906. Przygodę z basketem zaczynał u Wojciecha Bychawskiego, w Koronie Kraków. – Musiał dojeżdżać z Jordanowa, na co tracił mnóstwo czasu, więc po roku zrezygnował, występował w amatorskiej drużynie w Rabce – opowiada szkoleniowiec. – W ubiegłym roku znowu pojawił mi się w polu widzenia, bo podjął studia na Akademii Górniczo-Hutniczej. Zaczął grać najpierw w GG Media w KNBA, a potem, w barażach o awans, w Cracovii. Z naszą reprezentacją uczelnianą pojechał na AMP-y, dobrze się uczy, wierzę, że pomoże nam również w II lidze.
Każda para rąk się przyda, bo u krakowian jest w tej chwili siedmiu kontuzjowanych i rekonwalescentów. W niedzielę czeka ich spotkanie w Dąbrowie Górniczej, z rezerwami MKS, a 22 grudnia, o g. 19 przy Piastowskiej, zmierzą się z Daas Basket Hills Bielsko-Biała. Inna sprawa, że przeciwności losu tylko ich hartują, wszak po stracie najlepszego zawodnika, Tomasza Zycha (po operacji kolana odpowiada w AGH za skauting) triumfowali w I rundzie sezonu zasadniczego. – Im gorzej, tym lepiej, co? – uśmiecha się „Potwór”.
PAWEŁ FLESZAR

AZS AGH Kraków – MCKiS Jaworzno 73:63 (23:16, 18:13, 15:17, 17:17)
Sędziowali: Dominik Hałka i Damian Kuziora. Widzów: 160.
AGH: Podworski 18 (1×3, 5 zb., 4 as.), Koperski 17 (4×3, 5 as., 4 prz.), Czerwonka 11 (3×3, 6 prz., 5 zb.), Dusiło 3 (1×3, 7 zb., 3 prz.), Borówka 2 oraz Dyrda 9 (2×3), Mamcarczyk 9 (1×3, 6 as., 2 prz.), Nowaczek 4, Medes, Pieniążek. Trener: Wojciech Bychawski.
MCKiS: Zub 22 (1×3, 7 zb.), Podkowiński 6 (5 zb.), Grochowski 5 (1×3, 6 zb., 4 as.), Maj 1 (8 zb., 4 as., 2 prz.), Weiss oraz Gworek 14 (2×3, 5 as., 4 zb., 3 prz.), Wróblewski 6 (2×3), Michalski 5 (2 prz.), Goldammer 4 (7 zb.), Lemański. Trener: Przemysław Biliński.

Pozostałe wyniki i tabelę II ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.