Przerwany bieg

Tekst ukazał się w „Tempie” z 20 maja 1989 r. Autor: Marek Surma.*

(…) Urodziłeś się w Olszanicy, wiosce w Bieszczadach, której położenie geograficzne jednoznacznie określa styl życia ludzi. Dużo i ciężko się tam pracuje, jeszcze więcej pije. Przedwcześnie rozwinięty fizycznie, bardziej wrażliwy niż inni, przede wszystkim jednak od początku zdany tylko na siebie. Twarde życie wyzwoliło w tobie równie twarde postanowienie, że musisz dojść do czegoś więcej niż twój ojciec drwal, że nie dopuścisz, by w przyszłości twoja żona musiała, tak jak matka, stać po 8 godzin dziennie za ladą wiejskiego sklepu.

Starszy brat stanowił dla ciebie przykład, lecz nie chciałeś powielać tego samego modelu. On zajął ostatecznie eksponowane stanowisko w administracji państwowej w pobliskim Lesku. Odtąd miały mu towarzyszyć poważanie, szacunek, mir wśród podwładnych, szacunek przełożonych, dostatek. Nie, ty czułeś intuicyjnie, że „to nie to”, nie chciałeś wiązać się z żadnymi grupami, wchodzić w jakiekolwiek układy. Kochałeś nade wszystko wolność!
Nie dziwi więc, że będąc jeszcze w szkole podstawowej, najbardziej lubiłeś lekcje wychowania fizycznego, a gdy stanąłeś po raz pierwszy na bieżni lekkoatletycznej, by konkurować z innymi, dreszczyk podniecenia i emocji uzmysłowił ci, że to jest to!

***

Wciągnęło cię bez reszty bieganie, lecz nie bezmyślne nawijanie kilometrów w biegach długich, tylko dystans prawdy – 400 m. Mając 17 lat przebiegłeś go w granicach 50 sekund, uruchamiając mechanizm, który miał dalej funkcjonować niezależnie od ciebie, a w którym miałeś pełnić rolę jednego z trybików. Zmiana szkoły i miejsca zamieszkania na internat w Rzeszowie, pierwsze poważne treningi w klubie Resovia, nowe środowisko, nowe wymagania, wszystko to stało się odtąd twoim życiem.
Uchodziłeś za sportowy talent, byłeś wysoki, szczupły, naturalnie szybki, dysponowałeś ponadto czymś, co w tym środowisku określa się jako „murzyński luz”, a co oznacza po prostu wybitne predyspozycje ruchowe. Po roku treningu uzyskałeś na swym dystansie 48.97 s. Zachwyt trenera, gratulacje rywali, gesty sympatii przyjaciół dodawały ci sił, wręcz uskrzydlały, sprawiając, że wykres twojego życia zaczął przypominać krzywą wznoszącą. Miałeś wszelkie podstawy sądzić, że wszystkie twoje skryte marzenia, śmiałe plany i twarde postanowienia zrealizują się poprzez sport nawet szybciej niż zakładałeś.
Romantyzm sportu polega między innymi na tym, że można tak szybko zmienić się z kopciuszka w królewicza, a chociaż wiedziałeś, że fortuna kołem się toczy, to przecież nie wierzyłeś, by koło to mogło cię zmiażdżyć.

Służba wojskowa nie zahamowała rozwoju twojej kariery. Przeciwnie! Właśnie tam, w Legii Warszawa, przeżyłeś najlepsze lata swojego sportowego życia. Brązowy medal mistrzostw Polski, drugie miejsce w tabelach krajowych w biegu na 400 m zwiastowały wielką karierę. W Rzeszowie otrzymałeś mieszkanie, znalazłeś piękną towarzyszkę życia, urodziła się wam córeczka.
Cóż więc takiego się stało następnie, Robercie, że to wszystko leży dziś w gruzach? Jak doszło do tego, że nie masz dziś gdzie mieszkać, odszedłeś od żony, a córeczkę możesz widywać tylko raz w tygodniu? Straciłeś przyjaciół, a otoczenie zaledwie cię toleruje!

***

Także twoja kariera jest praktycznie skończona, choć to ty powinieneś osiągnąć to na co nie stać młodszych od ciebie – biegać jako jedyny biały człowiek w finale 400 m Igrzysk Olimpijskich w Seulu. Stać cię było na to! Dlaczego tak lekkomyślnie pokierowałeś swoim życiem? Czy mogłeś jednak przypuszczać, spotykając po raz pierwszy na bieżni tę szesnastoletnią dziewczynę, że stanie się ona twoim fatum?
Ktoś inny nie zwróciłby na nią żadnej uwagi, może oko fachowca dostrzegłoby w tym „brzydkim kaczątku” niezły materiał na zawodniczkę w biegu na 400 m. (…) Ona była początkowo taka bezradna i zagubiona w tym świecie „dorosłego” sportu. Ty natomiast, zawsze taki uprzejmy, służący każdemu pomocą i radą nie mogłeś odmówić również jej. Annie. Ona zaś prosiła, a później domagała się coraz więcej. Uczucia też jej w końcu nie odmówiłeś, bo wydawało ci się, że stać cię na nie, choć miałeś już przecież rodzinę!

Wszystko zaczęło nabierać dla ciebie innego znaczenia. Jako zawodnik reprezentowałeś coraz wyższą klasę, to pociągało jednak automatycznie coraz częstsze wyjazdy na obozy, zawody, coraz większe oderwanie się od bliskich. Anna zaś była z tobą prawie zawsze podczas tych trzystu dni w roku, które spędzałeś poza domem. Umiejętnie podsycała zainteresowanie swoja osobą. Lot samolotem na wagary, z Rzeszowa do Warszawy, gdzie przebywałeś na obozie, nie był jednak poświęceniem z miłości, tylko ekstrawagancją zamożnej, kapryśnej pannicy.
W tej grze zaryzykowałeś wszystko, choć stawka była bardzo mała, i przegrałeś, ona – przeciwnie – zaryzykowała niewiele i dlatego wygrała. Wasz związek od początku nosił w sobie symptomy rozkładu, czego nie potrafiłeś dostrzec w porę. Gdy pojechałeś jako reprezentant Polski na mecz międzypaństwowy na Sardynię, to za najważniejszą rzecz do załatwienia na miejscu uznałeś kupno kurtki dżinsowej dla swojej lubej. Reszta, a więc występ na stadionie, zwiedzanie Cagliari, prezenty dla żony i córeczki, stały się tylko drugorzędnymi dodatkami.
Pogrążałeś się coraz bardziej, angażując w to bezsensowne uczucie, zagłuszając w sobie rozsądek, skrupuły moralne, nieodłączną ci prawość.

Twoja nietzscheańska „wola mocy” wyrażała się najpełniej, gdy stawałeś w blokach startowych, by przebiec 400 metrów. Mocne odbicie z bloków, już po 30 metrach właściwy rytm biegu, szybkie i swobodne pierwsze 200 metrów. Jak przez mgłę dotarł do ciebie krzyk trenera – 21.50 s, „świetny międzyczas” – przemknęło ci przez myśl. Po 300 metrach ktoś inny krzyknął – 34.00 s: jeszcze nigdy dotąd nie biegłeś tak szybko! Wreszcie ostatnia prosta – test prawdy, bo to tu już ujawniają się wszelkie braki w wytrenowaniu, niedoskonałości organizmu, również brak komfortu psychicznego.
W tym biegu triumfowałeś, jeden z ostatnich razy, rywale zostali daleko w tyle i choć nadrabiali stracony dystans na ostatnich stu metrach, to tym razem przewaga była zbyt duża. Kątem oka dostrzegłeś zapalające się na tablicy elektronicznej cyferki – 46.29 s! Nowy, piękny rekord życiowy, wynik klasy mistrzowskiej, pełna satysfakcja. To było jednak tak dawno…

***

Coraz częściej zaczęło ci brakować sił na ostatnich metrach, już nie wbiegałeś jako pierwszy na ostatnią prostą. Trenowałeś jednak tyle samo co dawniej, może nawet więcej, coraz mniej miałeś jednak czasu dla siebie, na odpoczynek i refleksję. Przestałeś się modlić, choć wierzyłeś dotąd w Boga. Czy może dlatego, iż uzmysłowiłeś sobie – niczym bohater powieści Dostojewskiego – że „jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno”?
Nie byłeś jednak na tyle silny, by stać się nonkonformistą. Nie mogłeś udawać, że jest ci obojętne, co myśli o tobie twoja żona, która dowiedziała się o wszystkim. Nie, nie było krzyku, lamentu, złorzeczeń. Był za to tłumiony w poduszkę płacz przez trzy noce z rzędu, a gdy stanęła przed tobą z podkrążonymi oczami i cichym głosem powiedziała „Robert, przebaczam ci, ale nie rób tego więcej„, nie wytrzymałeś, wybiegłeś z domu ze zduszonym od łkania gardłem, ale pobiegłeś do Anny? Tej która wybujała przy tobie i twoim kosztem, która zaspokoiła swój saprofityczny instynkt modliszki, dla której stałeś się już marionetką, niepotrzebnym dodatkiem.

***

Dlaczego wtedy nie wybrałeś tego, co dyktowało ci sumienie? Dlaczego byłeś głuchy na głos bliskich i życzliwych ci ludzi? Zacząłeś się pogrążać, biegałeś coraz słabiej, nie na tyle jednak słabo by wziąć rozbrat ze sportem. Twoje życie stało się hazardem, postawiłeś w nim wszystko na jedną kartę. Rozwiodłeś się z żoną, zacząłeś trenować jak szalony, by stłumić w sobie to poczucie bólu istnienia. Chciałeś jeszcze raz wspiąć się na szczyt powodzenia, sławy, bo tylko tym mogłeś zatrzymać przy sobie Annę.
Przyplątała się kontuzja, w którą nikt nie chciał uwierzyć, bo „czy można wierzyć facetowi, który prowadzi podwójne życie?”. Coraz bardziej niszczyło cię potępienie ludzi, którzy nie byli ani na jotę lepsi od ciebie, umieli tylko maskować swoje małe, jak oni sami, grzeszki, za fasadą konwenansu, uprzejmości, dobrych manier. Ty nie mogłeś zrozumieć, dostosować się do tego zakłamania, zatracić swoją indywidualność, stopić się ze stadem.
Ale najgorsze było to, że Anna nie interesowała się już tobą i szukała tylko pretekstu, by uwolnić się od ciebie. Ostatecznie zrobiła to w typowy dla niej sposób, depcząc twoją godność, wystawiając cię na pośmiewisko. Zanim jednak to się stało, walczyłeś o nią do końca, później już tylko z nią…

Twoje życie stało się walką. Kolejne kontuzje, absencja na najważniejszych zawodach w sezonie – praktycznie przekreśliły cię jako sportowca. Twoja desperacja zaczęła zamieniać się w rodzaj obłędu, próba samobójcza była ostatecznym sygnałem, jak jest z tobą źle. Nikt, Robercie, nie potrafi wyłamać się z norm społecznych, są one zbyt silne (…).
Zachłysnąłeś się swoim początkowym powodzeniem, pod wpływem Anny wyrzekłeś się zasad moralnych, w których byłeś wychowanych i których zobowiązany byłeś przestrzegać. Wpadłeś w błędne koło, w którym niepowodzenia wywołują frustrację, ta zaś potęguje niepowodzenia. Obroną stała się dla ciebie agresja, najpierw skierowana na siebie, później na samego siebie. Czy to już koniec? Czy obecnie wyrwałeś się z tego fatalnego kręgu? Czy może jeszcze raz, niczym Syzyf, podejmiesz próbę udowodnienia swojej sportowej wartości?

***

Pamiętasz, po treningach, po których byłeś skrajnie zmęczony, lubiłeś słuchać piosenek Marka Grechuty. Dziś zapewne kołaczą ci się po głowie słowa jednej z nich: „… ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy„. Czy odnajdziesz więc sens, czy też zamienisz wzniosłe sprawy na drobna monetę spraw małych? Czy zregeneruje się, uszkodzona przez tę fatalną miłość, twoja tkanka uczuciowa? Bez tego życie nie będzie miało dla ciebie sensu, bieganie tym bardziej!
Może życie dopisze optymistyczną puentę do tej historii, gdy wrócisz do żony i córeczki, oddasz się nowym pasjom, skończysz, przerwane gdzieś w połowie, studia na Akademii Rolniczej.
MAREK SURMA

* To druga pozycja nowego działu, w którym przedstawiane będą archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Powyższy reportaż Marka Surmy był wyróżniony w Konkursie im. Jana Rottera – organizowanym w tamtym okresie przez „Tempo”. Kilka skrótów – (…) – zostało wykonanych obecnie.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.