Przygody z czasów młodości

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 28 października 2005 r.

Niewielu sportowców zyskało przydomek „czarodziej”, a jeszcze mniej zasłużyło nań tak jak Stanisław Gościniak. Genialny rozgrywający reprezentacji Huberta Wagnera i mistrza Polski, Resovii, minionej nocy został przyjęty w USA do Siatkarskiej Galerii Sławy.

Czasami, żeby pójść do przodu trzeba się cofnąć. Stanisław Gościniak cofnął się bardzo. W 1968 roku był brązowym medalistą mistrzostw Europy, wraz z Gwardią Wrocław regularnie zajmował miejsce w czołowej czwórce ekstraklasy. Przeszedł do II-ligowej Resovii, do – jak to się mawiało – Polski B. Ludzie pukali się w czoło.
A ja miałem wszystko starannie przemyślane – zapewnia dziś. – Wcześniej wiele czasu na zgrupowaniach spędziłem z Jankiem Suchem, wychowankiem Resovii. Rozmawialiśmy o siatkówce, o tym jak chcielibyśmy grać. Do tego w Rzeszowie był Janusz Strzelczyk, młody trener bez doświadczenia, ale świetny psycholog, z wielką wyobraźnią i nowatorskimi pomysłami.
Trzy sezony później Resovia wywalczyła złoty medal, 29-letni Jan Strzelczyk został najmłodszym zdobywcą mistrzostwa kraju, a Gościniak zyskał miano wirtuoza.
Dzięki tytanicznej pracy urodziła się ekipa, jaką niebawem miał podziwiać cały świat, który nadał jej miano „polskiej szkoły siatkówki”. – Opowieści o katorżniczych treningach, takie określenia, są nieadekwatne, powstawały raczej na użytek socjalistycznej propagandy – uważa Gościniak. – Traktowaliśmy to jak potrzebę, to była autentyczna pasja.

W latach 60. Japończycy po raz pierwszy zaprezentowali zagranie nazwane „podwójną krótką”. Siatkarze Resovii, a później polskiej reprezentacji, zmienili je w coś niezwykle oryginalnego i błyskotliwego. Nie ustalali wariantu rozegrania przed akcją, jak Azjaci, ale atakujący przed wyskokiem sygnalizował rozgrywającemu, którą z trzech pozycji zajmie.
Do ostatniej chwili czekałem na okrzyk kolegi. Obserwowałem co robi blok przeciwników, wybierałem, czy nie rzucić jednak piłki idącemu najpierw środkowemu albo rozciągnąć jej na skrzydło – sześćdziesięciolatek o wysportowanej sylwetce, w dżinsach i koszulce polo, zrywa się z krzesła, żeby pokazać, jak przemieszczali się wówczas po parkiecie. – Nikt tak nie grał. I nikt nie gra.
Początki były trudne. Na pierwszym przedsezonowym turnieju w Szczecinie kibice pokpiwali z rzeszowian, którzy niekiedy mijali się z piłką. Innym razem prezes klubu wbiegł do szatni po meczu. – Co wy tu gracie, przecież wszyscy się z was śmieją – złościł się.
Później do szewskiej pasji doprowadzali już tylko przeciwników. Także z zagranicy. Podczas turnieju towarzyskiego o puchar ministra komunikacji NRD, nazywanego nieoficjalnymi klubowymi mistrzostwami świata, Resovia rozbiła 3:0 japoński Shinnetsu, złożony ze złotych medalistów olimpiady w Monachium.

Samolocik dla kibiców

– Człowiek guma, co on wyprawiał z piłką! – opowiada Wiesław Dziura, reprezentacyjny rozgrywający z lat 80., który zobaczył Gościniaka na parkiecie już po zakończeniu wyczynowej kariery. – Błyskawicznie kładł się na ziemi, nakrywał nogami i nad nimi wystawiał na skrzydło. Magik nie z tej ziemi, w stylu tych amerykańskich rozgrywających z koszykarskiej NBA.
Nagrywał piłkę głową, albo wybiegając do wystawy robił przewrót – wspomina kolega z Resovii, Wiesław Radomski.

Jan Such tłumaczy, że umiejętności nie wzięły się znikąd. Wspomina jak kolega zostawał po treningach i godzinami celował piłką w kwadraty wyznaczone na ścianach. Ćwiczył nawet w hotelu, albo w plenerze, odbijając o drzewa.
W 1974 roku wybrano Gościniaka najlepszym rozgrywającym zwycięskich dla Polaków mistrzostw świata. – Swoje słynne sztuki pokazywał na meczach towarzyskich albo treningach. Jego wielkość polegała na tym, że to, co powinien robić w meczach o stawkę, robił niemal perfekcyjnie – podsumowuje Ryszard Bosek, skrzydłowy reprezentacji. – Nie mówię, że nigdy się nie mylił, ale nie pamiętam meczu, w którym grałby źle.

Czternastoletni Stasio chciał zostać pilotem, więc poszedł do technikum lotniczego we Wrocławiu. Na turnieju międzyszkolnym wyszperał go trener Gwardii, więc później fruwał już tylko na boisku. Koledzy uśmiechają się z nostalgią wspominając, że kiedy leciała na niego łatwa do obrony piłka, Gościniak odbiegał i podbijał ją po paradzie. – Zawsze uważałem, że trenuję dla siebie i kolegów, a gram dla kibiców – zwierza się.
– Kochał się rzucać, być „latającym Gościniakiem” i czasami sobie z tego żartowaliśmy – dodaje Bosek. – Jednym z najlepiej broniących na świecie był jednak dlatego, bo wyciągał w polu też niesamowicie trudne piłki.

Błony między palcami

Emanuje spokojem. Tak samo było, kiedy dyrygował kolegami na parkiecie. Jest zaprzeczeniem obiegowego pojęcia rozgrywającego – zawadiaki trzymającego drużynę „za twarz”. – Dziś obowiązuje wzorzec szantażysty zniewalającego atakujących – przytakuje Ryszard Bosek. – Staszek był zupełnie inny, nie tworzył napięcia. Wiedział, że akcję zepsuł zbijający, ale brał na siebie odpowiedzialność, mówił „mój błąd”. Zdawał sobie sprawę, że za chwilę wystawi znowu temu człowiekowi i nie chciał go wyprowadzać z równowagi.
– Był niesamowicie sugestywny – uzupełnia Radomski, środkowy, który przy podwójnej krótkiej wbiegał jako pierwszy i rzadziej dostawał piłkę. – Klepał mnie w ramię i mówił: „Teraz idź na całego, wystawię ci”. Dawałem z siebie wszystko, „wyrywałem” środkowego przeciwnej drużyny, a piłka szła do skrzydłowego wchodzącego za moimi plecami. „No co jest, Staszek, miałeś mi wystawić?” – pytam po akcji. „Teraz już na pewno dostaniesz” – obiecywał ze szczerym wyrazem twarzy. Ja znowu to samo, a piłka znowu do skrzydłowego. I tak piętnaście razy w meczu. Rozumiałem jednak, że także dzięki mnie kolega może atakować bez bloku.

Radomski wspomina, jak kiedyś spytał Gościniaka, dlaczego tak świetnie wystawia. Ten odpowiedział ze śmiertelnie poważną miną: „Wiesz, miedzy palcami wyrastają mi błony i dzięki temu piłka klei mi się do rąk”.
– Czasami odpowiadam, że zrobiłem sobie operację, żeby lepiej wystawiać – pan Stanisław śmieje się, pokazując dłoń z bliznami po zabiegu czyszczenia opuchlizny.
Stasiek to jedna wielka anegdota – charakteryzuje Bosek. – Potrafi opowiadać, kawały rzucać, ‚wypuszczać”. Jak ktoś go nie zna, to może „kupić” od niego, że Kolumna Zygmunta jest do nabycia za dwa złote. Dzięki temu rozluźniał atmosferę, potrafił trzymać grupę, robił się właściwy „feeling”.

Ostatnie trampki

Kiedy przechodził do Resovii, za karę na rok odsunięto go od reprezentacji. W większą aferę wplątał się latem 1975 roku. Wyjechał do USA na serię meczów pokazowych, za co media obwołały go zdrajcą. Krąży kilka wersji wydarzeń. Według jednej, Hubert Wagner zapowiedział mu po mistrzostwach świata w Meksyku, że na olimpiadzie w Montrealu będzie tylko rezerwowym, a on odparł, że taka rola go nie interesuje.
Inna – że sam Gościniak zdecydował o zakończeniu kariery, bo nie wytrzymywały mu kolana.
Nałożono na niego dyskwalifikację, grożono nawet zablokowaniem konta bankowego. Nastroje podsycał sam Wagner, bojąc się, że za przykładem Gościniaka pójdą inni i reprezentacja się rozleci.
– Wiadomo jakie to były czasy – macha ręką pan Stanisław. – A tych pism o dyskwalifikacji do dzisiaj jakoś mi nie doręczono.
Schodząc po ostatnim meczu w lidze, wiosną 1975 roku, wrzucił trampki do kosza na śmieci. – To już koniec – powiedział. Odrobinę teatralny gest na pożegnanie kariery bez olimpijskiego złota.

Hubert Wagner z kilkoma podopiecznymi odszedł już drogą wszystkich ludzi. Jan Strzelczyk żyje w zapomnieniu w niedużym mieszkaniu w gomułkowskim bloku. Po wylewie porusza się na wózku.
Pozostali też nie cieszą się całą należną im chwałą, na historycznych sukcesach nie dorobili się pieniędzy. Zachowują jednak pogodę ducha. Spotykają się przy okazji imprez okolicznościowych, czasem zagrają mecz. Pytają o zdrowie bliskich, komu urodziły się wnuki. I przywołują przyszłość. W niektóre anegdoty aż trudno uwierzyć – choćby jak Gościniak pojechał na mistrzostwa Europy w 1971 roku z wybitymi obydwoma kciukami. Usztywniono mu palce plastikowymi łyżeczkami do lodów i owinięto plastrem.
– Tylko proszę nie robić z tego jakichś legend – zastrzega nasz bohater. – To po prostu fajne przygody z czasów, kiedy byliśmy młodzi.
PAWEŁ FLESZAR

MAGISTERIUM Z PODWÓJNEJ KRÓTKIEJ
Stanisław Gościniak urodził się 18 lipca 1944 roku w Poznaniu. Wraz z rodzicami przeniósł się na Dolny Śląsk (ojciec dostał nakaz pracy w Lubinie).
Z Gwardią Wrocław zdobył dwa brązowe medale mistrzostw Polski (1965, 1966). Czterokrotnie stawał na najwyższym stopniu podium z Resovią (1971, 1972, 1974, 1975), raz zdobył wicemistrzostwo (1973), a raz trzecie miejsce (1970). Z rzeszowskim klubem zajął drugie miejsce w Pucharze Europy (1973) i trzecie w Pucharze Zdobywców Pucharów (1974).
W reprezentacji Polski, w latach 1965-74, wystąpił 218 razy. Wywalczył mistrzostwo świata (1974, został tam wybrany najlepszym rozgrywającym imprezy), brązowy medal mistrzostw Europy (1967) oraz piąte (1968) i dziewiąte (1972) miejsce na igrzyskach olimpijskich.
W 1977 r. skończył warszawską AWF (obronił pracę magisterską o podwójnej krótkiej). Karierę trenerską zaczął w Częstochowie, choć miał propozycje z silniejszych klubów, z Olsztyna i Rzeszowa. – Gdy kończyłem grę, obiecałem sobie, że na ławce nie będę zastępował moich kolegów – tłumaczy. – Poza tym chciałem budować coś od podstaw.
Z AZS Częstochowa zdobył cztery tytuły mistrza Polski (1990, 1994, 1995, 1997) i wicemistrzostwo (1991). Dwukrotnie – w latach 1986-87 i 2003-04 – prowadził reprezentację Polski, na olimpiadzie w Atenach uplasował się z nią na miejsca 5-8.

ZŁOTY SYGNET SŁAWY
Siatkarską Galerię Sławy (Volleyball Hall of Fame) założono w 1978 roku w Holyoke w stanie Massachusetts. To tu 110 lat temu William G. Morgan opracował zasady gry w siatkówkę. Amerykanie honorują najczęściej rodaków (np. Karch Kiraly, Steve Timmons, Dusty Dvorak, Doug Beal, Marv Dunphy, Flo Hyman). Są w Galerii: trzykrotna mistrzyni olimpijska Kubanka Regla Torres, Chinka „Jenny” – Lang Ping, Arie Sellinger, rosyjscy trenerzy Wiaczesław Płatonow i Jurij Czesnokow, twórca potęgi japońskiej siatkówki w latach 60., Yasutaka Matsudaira.
Jedynym do wczoraj Polakiem był mistrz świata (1974) i olimpiady (1976) Tomasz Wójtowicz. – Rozpoczyna się od kolacji, później prezentowane są filmy o przyjmowanych członkach – opowiadał w 2002 roku, po ceremonii. – Otrzymałem złoty sygnet z wygrawerowanymi inicjałami, a moje zdjęcia oraz opis kariery i sukcesów dołączono do Galerii. Wcześniej, w towarzystwie władz miasta i przedstawicieli Polonii, wciągnąłem na maszt ratusza polską flagę.

Komentowanie zablokowane.