Przylatuje Jerry z paczkami

W najbliższą środę AGH Kraków podejmie Sokoła Łańcut, który lideruje w I lidze koszykarzy nieprzerwanie od 16 kolejek, ale nie jest to jego jedyny tytuł do sławy.

Tylko po dwóch pierwszych rundach łańcucianie nie zajmowali pierwszego miejsca, ze względu na minimalnie gorszy stosunek małych punktów.
Bardziej jednak imponujący jest ich dorobek na innych płaszczyznach. I liga w obecnym kształcie (jedna, ogólnopolska grupa) powstała w 2000 roku. W 2004 awansował do niej Sokół i odtąd występuje stale – drugiego zespołu o tak długim stażu tam nie ma. Tylko raz nie zakwalifikował się do play off, pięciokrotnie dotarł w nim do półfinału (dwa trzecie miejsca), a raz do finału (srebrny medal).
Proporcje tym osiągnięciom nadaje fakt, że Łańcut liczy 18 tysięcy mieszkańców (choć te dane obniżył run na Wyspy Brytyjskie). W trzech najważniejszych dyscyplinach halowych w Polsce – koszykówce, siatkówce i piłce ręcznej – w konkurencji kobiet i mężczyzn, na poziomie ekstraklasy i jej zaplecza grają obecnie 184 drużyny. Z tego zaledwie 11 pochodzi z miejscowości, w których mieszka mniej niż 20 tysięcy ludzi (nie liczymy sztucznych tworów: szkół mistrzostwa sportowego, osadzonych w Spale, Szczyrku i Łomiankach). Łańcut przerasta tylko pięciotysięczna Muszyna, zresztą sukcesy tamtejszych siatkarek są nieporównywalnie większe. Warto wymienić jeszcze liczący 12 tysięcy Węgrów, wszak siatkarki Nike doszły aż do Serii A, jednak po wycofaniu z niej w 2001 r. dopiero od kilku lat dawna pozycja została częściowo odbudowana.

W obecnej kadrze Sokoła znajduje się sześciu koszykarzy z doświadczeniem w najwyższej lidze: Marcin Sroka, Maciej Klima, Krzysztof Krajniewski, Alan Czujkowski, Sebastian Szymański, Marek Zywert. Niektórzy dostawali w niej średnio po kilka minut, inni kilkanaście, ale Sroka spędził tam 17 sezonów i często był „starterem”. Na zapleczu elity zadebiutował w Łańcucie… w wieku 35 lat.
Szymański jako 16-latek uczestniczył w zorganizowanym w Paryżu przez NBA campie „Basketball Without Borders”, jako 17-latek wchodził na parkiet w barwach ekstraklasowego Turowa Zgorzelec, jako 18-latek został wybrany do meczu gwiazd mistrzostw Europy juniorów U-18. Takich jak on zawodników, których kariery zwichnęły w pewnym momencie kontuzje, przewinęło się przez łańcucką szatnię sporo. Wielu z nich się odbudowało.
Historię rodowitego krakowianina, Klimy i jego przyjaźni z trenerem AGH, Wojciechem Bychawskim przedstawialiśmy obszernie TUTAJ. Maciek sprawuje funkcję kapitana zespołu i ma na koncie najwięcej meczów w jego dziejach – 305.

Drugą ikoną Sokoła jest jego wychowanek, Jerzy Koszuta, który przeszedł z nim drogę spod dna do czołówki I ligi. Debiutował w sezonie 1998/99, kiedy jedyny raz w 27-letniej historii klub nie miał pieniędzy na udział w żadnych oficjalnych rozgrywkach seniorów. Wystartował więc w nieformalnej lokalnej lidze, nad którą tylko luźny patronat sprawował wojewódzki związek koszykówki (przygotował terminarz), nie było opłat za zgłoszenia zawodników, a gospodarz sam zapewniał sędziów, którzy nie musieli posiadać licencji.
Były to romantyczne czasy także dlatego, że wszystkie awanse Sokół wywalczył w zaadaptowanej na halę dawnej ujeżdżalni koni Potockich; zabytkowej, ale nie spełniającej wielu wymogów. – Po wsadce lądowało się mordą w kiblu – wspominał niedawno były zawodnik Limblachu Limanowa. Co jest wprawdzie nieco przejaskrawione, ale oddaje ciasnotę obiektu: tablica była przymocowana na sztywno do ściany, pod nią mieściła się wnęka i drzwi, za nimi zaś, po lewej – toalety i prysznice.
Z wsadów właśnie słynął od zawsze mierzący 192 centymetry „Jerry” Koszuta. W najlepszym okresie z odbicia obunóż dotykał punktu na wysokości 355 cm (pół metra nad obręczą). Triumfował w dwóch konkursach wsadów zorganizowanych przy okazji meczów gwiazd I ligi, w 2007 roku we Wrocławiu i w 2011 r. w Radomiu. Wśród ofensywnych wariantów taktycznych zespół miał zagrywkę „na Jerry’ego” – przy wyrzucie z autu od razu na pakunek z alley-oop’a. – Bardzo często przynosiła nam ona punkty, a nawet jeśli nie wyszła, to mogliśmy ją kontynuować w ataku pozycyjnym – opowiada szkoleniowiec Sokoła, Dariusz Kaszowski. – Kiedyś na treningu zrobił numer, który przechodzi ludzkie pojęcie! Wjechał z prawej strony na koźle wzdłuż linii końcowej, skoczył łapiąc znaczny pułap, przeciwnik starał się go zablokować, a Jurek się „zwinął”, przeleciał pod tablicą i włożył z drugiej strony! Nigdy w życiu już nie widziałem czegoś podobnego, wykonanego pod presją obrony.
Od tamtych wyczynów dzielą Jurka trzy operacje nóg, ale jeszcze potrafi pokazać efektowną „paczkę” na rozgrzewce, a w trakcie spotkania częściej daje zapłon akcji zbiórką, przechwytem, ostatnim lub przedostatnim podaniem. Wykańcza je najchętniej rzutem z półdystansu, zawisając w bardzo wysokim ciągle wyskoku. I choć siedem lat spędził na Pomorzu Zachodnim, prowadzi w tabeli wszech czasów najlepszych punktujących Sokoła z wynikiem 3241.

Łańcucki team trzykrotnie bez powodzenia walczył bezpośrednio o wejście do elity. Oczywiście w finale 2014/15, przeciwko Stali Ostrów Wlkp. Poza tym w sezonach, w których promocję dawał już sam udział w finale. W półfinale rozgrywek 2004/05, kiedy w piątej, wyjazdowej konfrontacji przeważał z Polpakiem Świecie jeszcze na dwie minuty przed końcem oraz w półfinale 2007/08, gdy uległ 1-3 Noteci Inowrocław. W składzie miał wówczas Grzegorza Dudzika, jedynego koszykarza, który występował zarówno w Sokole, jak i w AGH Kraków.
Mieliśmy mega-dużą szansę na awans; pierwszy mecz u siebie wygraliśmy, w drugim prowadziliśmy piętnastoma punktami i po przerwie nastąpiła tragedia. Gdybyśmy wyjeżdżali do Inowrocławia z bilansem 2-0, inaczej by to wyglądało – wspomina „Dudzio” półfinały, w których zabrakło centra, Marcina Salamonika. – Noteć miała super skład, ale my też, mimo że nie było w Łańcucie dużych pieniędzy. Sali, Maciek Klima, Jurek Koszuta, Łukasz Pacocha, Adrian Mroczek-Truskowski, Bartek Krupa, Grzesiek Ożóg, Irek Chromicz, jeszcze paru innych fajnych chłopaków.
Grzegorz w ekipie gwiazd pełnił rolę rezerwowego, na boisku spędzał średnio 10 minut, a najlepsze konfrontacje zaliczył ze Startem Lublin – w jednej zdobył 16 punktów, a w drugiej osiemnaście. Młodzi miejscowi kibice nazywali go „silent killer”. – Pamiętam to! Brało się stąd, że wchodziłem, rzucałem dwie trójki i zaraz znowu siadałem na ławce – rozpromienia się słysząc starą ksywę. – Dobrze wspominam tamten sezon, mimo że nie grałem zbyt dużo. Dariusz Kaszowski jest najlepszym trenerem, jakiego spotkałem w życiu; potrafi wyciągnąć z zawodnika wszystko. Po odejściu z Sokoła jeszcze raz spotkaliśmy się w sparingach w 2014 roku. Śledzę wyniki, a we środę wybieram się zobaczyć ich na żywo; poza Maćkiem i Jurkiem w składzie są ciągle Jacek Balawender i Bartek Czerwonka.

Kaszowski pod koniec ubiegłej dekady otrzymał ofertę dwuletniego kontraktu z Zastalu Zielona Góra, lecz z niej zrezygnował. – Odgrzewanie starych kotletów niczemu nie służy – nie daje się wciągnąć w rozmowę o przywiązaniu do rodziny i miasta. Na dłużej wyjeżdża z niego tylko w lipcu na wczasy. Jego mariaż z Sokołem trwa od blisko 26 lat, gdy zaczął grać w zgłoszonej rok wcześniej do III ligi drużynie pod nazwą Parafie, wracając z Rzeszowa, gdzie w Resovii ćwiczył koszykówkę i lekkoatletykę. W 1994 r., w wieku 21 lat zaczął w klubie pracować z młodzieżą, w 1995 objął pierwszą drużynę, najpierw wspólnie, potem samodzielnie. Wiadomo, jak potoczyły się późniejsze losy Zastalu (Stelmetu), ale też wszystkie wymienione sukcesy Sokoła są w dużej mierze zasługą „Kaszy”, który swoim klubie może układać wiele spraw również w sferze finansowo-organizacyjnej.
Jego podopieczni na pewno przewyższają akademików argumentami czysto koszykarskimi, ale ci tradycyjnie są w stanie przeciwstawić im cechy wolicjonalne wysokiej próby. Tak jak po raz kolejny uczynili to w ostatnim starciu, z Kotwicą Kołobrzeg, które opisywaliśmy TUTAJ. No i Sokół w każdym sezonie zalicza wpadki z jakimś potencjalnym słabeuszem…
Zacznijmy od tego, że ja nikogo nie traktuję jak słabeusza – protestuje łańcucki trener. – Bardzo ciężko gra się z zespołami walczącymi o byt. Mimo wysokiego zwycięstwa przekonaliśmy się o tym w ostatnią sobotę, podejmując Nysę Kłodzko. Wtedy starałem się mocno mobilizować zawodników i teraz też musimy to zrobić, bo w Krakowie łatwo nie będzie.
Mecz w hali przy ul. Piastowskiej 26a zaplanowano na środę, 1 lutego, o g. 18.30. Wstęp jest wolny.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.