Pukając do tylnych drzwi

Czołowy zespół zaplecza ekstraklasy, Sokół Łańcut wygrał swój pierwszy przedsezonowy test 81:67, ale przez dwie kwarty inicjatywę miał beniaminek tej ligi, AGH Kraków.

Kadra gospodarzy została poważnie przebudowana. Już wcześniej odeszło pięciu zawodników, a po inauguracji przygotowań, na początku sierpnia, Przemysław Wrona, który niedawno założył rodzinę, rozwiązał kontrakt i chcąc przenieść się na Pomorze wrócił do ekstraklasowego AZS Koszalin, skąd dwa lata temu trafił do Łańcuta. – Przyglądam się dostępnym na rynku wysokim, a jest ich bardzo mało. Niewykluczone, że obecnym składem wystartujemy w lidze – mówi trener Sokoła, Dariusz Kaszowski. – Może natomiast uda się dokooptować kogoś już w trakcie rozgrywek.
Sokół umówił pierwszy sparing dopiero dzisiaj, bo ostatni transfer został sfinalizowany pod koniec minionego tygodnia, kiedy z Czarnych Słupsk dołączył Marek Zywert. Dzisiaj 20-latek był jedynym nominalnym playmakerem, gdyż wczoraj kontuzję palca odniósł Sebastian Szymański (Kaszowski: „Pojawiła się opuchlizna, na szczęście prześwietlenie nie wykazało nic groźnego. Nie chciałem jednak ryzykować, bo wolę, żeby był gotowy na turniej w Tychach”). Reprezentant Polski U-20 w I kwarcie trzymał miejscowym wynik, uzyskując 11 punktów, w tym trzy za trzy. Zywert skonstruował też w dwie najładniejsze kombinacje zespołu: w pierwszej przekazywali sobie w biegu, po dwutaktach, piłkę z Bartoszem Czerwonką i Maciejem Klimą (kapitan zamknął to zdobyczą 2+1), a w drugiej – w ostatniej ćwiartce – po własnym obrocie posłał z obwodu no-look pass do Klimy (znowu 2+1). – Wszyscy uczymy się siebie nawzajem, a najbardziej dotyczy to Marka, który w ciągu trzech dni miał z nami pięć jednostek treningowych – tłumaczy szkoleniowiec. – Przez to chwilami brakowało nam komunikacji, więc kazałem mu stosować te zagrywki, które najlepiej pamięta, najpewniej się w nich czuje, plus wyrysowane w czasie przerw.

Krakowianie natomiast już na początku zaliczyli trzy z czterech swoich dzisiejszych „trójek”. Ładnie wprowadził się na parkiet młodziutki Iwan Wasyl, w konfrontacji z „wyjadaczami” podejmując kilka mądrych decyzji. Przede wszystkim jednak gremialnie, na czele z Maciejem Majem, twardo i siłowo walczyli na całym parkiecie, a tempo w ofensywie nakręcali zamiennie Marek Szumełda-Krzycki, Tomasz Zych i Jakub Krawczyk.
Było 0:3, 4:6, 7:4, 7:9, 13:13, 16:15 i 18:22 – na koniec pierwszej odsłony. W drugiej goście przegrali sporo zbiórek w obronie i zepsuli kilka podań w ataku, ale łańcucianie byli bardzo nieskuteczni. A potem znowu dodali gazu trzej rozgrywacze AGH, Maciej Adamkiewicz zaś do wcześniejszego haka dołożył nie mniej efektowne obiegnięcie i przewaga rosła (18:26, 22:28, 24:35 i – w 18. minucie – 25:37). Zmniejszyli ją nieco Alan Czujkowski i Klima, których indywidualne akcje przerywały faule, ale wieńczyły rzuty osobiste. 30:37 i 34:40 po 20 minutach.

– Przeciwnicy starali się bardzo agresywnie odcinać nas od podań. Powiedziałem chłopakom w szatni, że muszą ruszyć szarymi komórkami. Mieli konsekwentnie stosować „back doory” – wyjaśnia Kaszowski. „Backdoor”, czyli dosłownie „tylne drzwi”, w baskecie oznacza ucieczkę za plecy defensorów. Kiedy zaaplikowali je przyjezdnym Czujkowski i Rafał Kulikowski, zaowocowały zrazu runem 9:0, a w dalszej perspektywie – rezultatem całej ćwiartki 24:9.
Jedynym przerywnikiem były usiłowania Marka Krzyckiego, który zgłosił do konkursu piękności dwie własne kontry. Po wyjściach dryblingiem najpierw podał za plecami do Rafała Zgłobickiego, a potem – kozłem, w tył – do Bartłomieja Podworskiego i zapis na tablicy zmienił się z 43:40 na 43:44.
Tuż po rozpoczęciu czwartej części świeciło się na niej 60:49, akademicy zbliżyli się na 60:55, ale ostudził ich Jerzy Koszuta (dystans plus penetracja), wspomagany przez Zywerta i Jacka Balawendra – 69:55 w 35. minucie. Później jeszcze Krzysztof Krajniewski pokazał dwukrotnie, że wprawdzie musi odbudowywać się po straconym przez kontuzję kręgosłupa sezonie, ale nie zapomniał, jak się prostuje rękę zza łuku. W ten sam sposób ustalił ostateczny wynik, na 81:67, wychowanek Sokoła, Bartłomiej Nycz, który w październiku zaczyna studia w Lublinie, a wkrótce być może przejdzie do tamtejszego II-ligowego AZS UMCS.

– Przewyższyli nas doświadczeniem, cwaniactwem. Poza tym sędziowie wyprawiali straszne rzeczy, zwłaszcza w czwartej kwarcie – narzeka niezadowolony z porażki opiekun „Agiehowców”, Wojciech Bychawski. Po chwili przyznaje, że można być zadowolonym z pierwszej połowy. – Musimy pamiętać z kim się zmierzyliśmy. Tak jak oni stawiają zasłony, a przede wszystkim: wychodzą po zasłonach, to nam jeszcze daleko do tego – dodaje. – Nasza jedyna droga w I lidze, to być każdego dnia coraz lepszym. Musimy się na przykład nauczyć, że nie da się wyjść po zasłonie spacerem, tylko trzeba wybiec, że nie da się przejść przez nią lekko, tylko trzeba się „wrypać”.
Jego drużyna jest już po serii sparingów (poprzednie opisywaliśmy TUTAJ i TUTAJ), a trener zastanawia się, czy w najbliższy weekend nie dać jej trochę spokoju. Na pewno w następny wyjeżdża na turniej do Leszna.
Sokół zaczyna natomiast bardzo intensywny okres gier. W trzy kolejne weekendy weźmie udział w turniejach w Tychach, Stalowej Woli (mistrzostwa Podkarpacia) i Prudniku. A we środę, 7 września zmierzy się na własnym parkiecie z beniaminkiem Tauron Basket Ligi, Miastem Szkła Krosno.Najprawdopodobniej będzie to już ostatni występ Sokoła w swoim mieście aż do 8 października, kiedy w trzeciej kolejce I ligi podejmie GKS Tychy.
PAWEŁ FLESZAR

SOKÓŁ Łańcut – AGH Kraków 81:67 (18:22, 16:18, 24:9, 23:18)
Sędziowali: Grzegorz Sowa i Dominik Hałka. Widzów: 200.
SOKÓŁ: Czujkowski 18 (1×3), Zywert 17 (3×3), Klima 16, Koszuta 11 (1×3), Kulikowski 4 oraz Krajniewski 8 (2×3), Balawender 3, Nycz 3 (1×3), Czerwonka 1, Inglot, Buszta. Trener: Dariusz Kaszowski.
AGH: Szumełda-Krzycki 11 (1×3), Maj 11 (1×3), Wasyl 7 (1×3), Wróbel 3 (1×3), Borówka oraz Zych 9, Adamkiewicz 8, Kalinowski 6, Zgłobicki 6, Podworski 3, Krawczyk 2, Pawlak 1, Koperski. Trener: Wojciech Bychawski.

Komentowanie zablokowane.