Pupil włoskiej rodziny

Wywiad ukazał się w miesięczniku „futbol.pl” w marcu 2008 r.

Biblijna przypowieść o synu marnotrawnym współcześnie sprawdza się rzadko. Krakowska Wisła nie przyjęła powtórnie Tomasza Frankowskiego. Ale legenda „Franka łowcy bramek” jeszcze nie zgasła, żyje nawet w Stanach Zjednoczonych.

– Jak ci się podoba etykietka: „Piłkarz, który złamał sobie karierę dla pieniędzy”?
– O mnie to mówisz?
– Da się udowodnić taką tezę – wyjazd z kraju dla pensji czterokrotnie wyższej, niż w Wiśle, a potem dwa zmarnowane lata.
– Absolutnie się z tym nie zgadzam. Porażki uczą człowieka więcej niż sukcesy, więc nie mówmy o zmarnowanych latach… Zarabiałem więcej na zachodzie, to fakt, ale tak samo jest z każdym innym polskim piłkarzem wyjeżdżającym za granicę, naszymi budowlańcami, lekarzami, mechanikami.
– Oni mogą wykonywać swoje zawody…
– Ja też to robiłem. W Hiszpanii było świetnie, w Anglii ciężej, ale ciągle grałem. Potem przyszło pasmo kontuzji, których nikt nie mógł przewidzieć. Przewałkowałem to sto razy na wszystkie sposoby i głowa mnie już boli.
– Rozboli cię bardziej, gdy przypomnę mecz z Panathinaikosem? To on był punktem przełomowym.
– Spowodował lawinę zdarzeń, które skończyły się inaczej, niż się spodziewałem…
– Kiedy rozmawialiśmy dzień po meczu w Atenach, miałeś głos jakbyś stracił kogoś bliskiego, albo sam umierał. Nie pasowało to do twojego codziennego luzu.
– Mieliśmy sobie przybić „piątki” po czymś takim? Na luzie możesz podchodzić do porażki z Odrą Wodzisław. A i to – raz na jakiś czas.
– Tyle że potem zacząłem się zastanawiać, czy nie udawałeś, żeby wymóc transfer zagraniczny.
– A w Atenach grałem przeciwko swojej drużynie, chciałbyś dodać?
– Bez przesady.
– A dlaczego nie? Można wysnuć każdy wniosek. To spotkanie obrosło już tyloma bzdurnymi przypuszczeniami. Chodziły plotki o sprzedaży meczu, bójce w szatni.
– Miałeś podbite oko. Podobno otrzymałeś przypadkowe uderzenie, rozdzielając szamoczących się Sobolewskiego i Uche.
– Powieść fantastyczna. W pierwszej połowie dostałem strzał łokciem od obrońcy Panathinaikosu. Jedyna ciekawostka z tego meczu – w dogrywce, gdy byłem na skraju sił, poprosiłem o zmianę. Engel pokazał mi trzy palce – „wszystkie wykorzystane”. Jedyny raz w życiu nie zwróciłem uwagi, że limit zmian jest wyczerpany i dogrywkę kończyłem na skurczach. To było naprawdę ogromne rozczarowanie; remisowaliśmy po pierwszej połowie, tuż przed końcem regularnego czasu jeszcze byliśmy w Lidze Mistrzów. Lepiej byłoby dostać „czwórkę” do przerwy i podziękować za lekcję futbolu. A tak powstały olbrzymie nadzieje, które runęły.
– A pamiętasz ten szantaż: „Nie pojadę na kadrę, jeśli nie przyjmie mnie właściciel!”…
– Następna bzdura: po prostu przekazałem prośbę o spotkanie. Właściciel klubu stwierdził, że będę mógł odejść, jeśli pozyskają kogoś na moje miejsce.
– Tak po prostu, bez żalu?!
– No, nie, rozmowa była długa; chciał, żebym został.
– A potem jeszcze wyjechałeś ze zgrupowania w Herzlake, aby podpisać kontrakt z Elche. Paweł Janas później powiedział: „Mogłem wyrzucić Frankowskiego z kadry, bo były ku temu podstawy”.
– Totalna bzdura. Albo dziennikarz coś przeinaczył, albo Janas zapomniał o rozmowie ze mną. Jedyny raz w życiu rozmawiałem z nim w cztery oczy, właśnie na zgrupowaniu w Herzlake, w jego pokoju. I bardzo miło, sympatycznie się gawędziło. Pytałem, czy mógłbym wyjechać na dwa dni do Hiszpanii. Powiedział, że nie widzi przeszkód: „Też byłem piłkarzem i sam bym tak samo postąpił na twoim miejscu. Jedź, podpisz; nie chcę, żebyś miał do mnie pretensje, kiedy ci zabronię”.
– Czyli nie za to zapłaciłeś brakiem nominacji na mistrzostwa świata?
– Byłem w słabej dyspozycji…
– Janas skompromitował się, mówiąc, że nie dasz rady odzyskać formy. To tak, jakby przyznał, że nie potrafi w cztery tygodnie przygotować cię do gry.
– Wszystko było możliwe…
– Jerzy Dudek i Piotr Świerczewski twierdzili, że o nominacjach decydowały względy biznesowe, układy z menedżerami. To by się zgadzało, bo miałeś „przechlapane” u menedżerów.
– Jakie „przechlapane”, skąd ty czerpiesz swoje informacje?! Miałem jednego menedżera – Roberta Kiłdanowicza, do dzisiaj jestem z nim w dobrych relacjach. Więcej agentów nie potrzebowałem.
– Ale nie mogli na ciebie patrzeć menedżerowie, którzy załatwiali twój transfer do Levante, bo zerwałeś podpisany już kontrakt.
– To nieprawda; nie podpisałem kontraktu, tylko upoważnienie dla nich, do prowadzenia rozmów z klubem. I to Levante wystąpiło na drogę prawną, ze względów prestiżowych, bo przegrali z Elche – rywalem „zza miedzy”. Wszystkie ich roszczenia zostały odrzucone w federacji hiszpańskiej i FIFA.
– Ci sami menedżerowie zniechęcili jeszcze ponoć do ciebie Deportivo La Coruna.
– Deportivo szukało napastnika, ale ktoś powiedział: „To jest zawodnik Levante, już zaklepany”. Ale i tak nie było wielkich szans, bo byłem drugi na liście Deportivo, za Marco Di Vaio.
– Skłóciłeś się też z innym menedżerem, Karolem Glombem, który załatwiał twój transfer do Wolverhampton.
– A z Glombem… Gdybyś go poznał i uczestniczył w jakichś rozmowach z nim… No, kurde, to jest temat! „Wilki” nie chciały płacić więcej ponad pewien pułap za transfer, więc powstała umowa, że Elche przekaże mi nadwyżkę. Ale jednocześnie Glomb miał oddać Elche część swojej prowizji. Rozumiesz, czy ciężko zrozumieć?
– Bardzo ciężko, a jeszcze trudniej: po co takie kombinacje?
– Czy to ja decydowałem? Widzę, że jest przyjazny menedżer typu Glomb – chłop, który sprawia wrażenie, że z miłości wycałowałby cię w usta. Chce doprowadzić sprawę do końca, chce dla ciebie jak najlepiej. A w efekcie, mimo że mieliśmy podpisany papier, nie przekazał tej części prowizji – kilkadziesiąt tysięcy euro – i Elche miało pretekst, aby nie zapłacić mnie. Straciłem na razie 60 tysięcy euro. Sprawa jest od kwietnia ubiegłego roku w UEFA, końca nie widać.
– A przejście do Wolverhampton było porażką i kolejnym krokiem do pieniędzy.
– Zarabiałem tam góra 15 procent więcej niż w Elche, a gdyby zależało mi na forsie – zostałbym w Anglii jeszcze do czerwca 2008 i inkasował, bez wysiłku, co miesiąc. Gdy dzwoni trener typu Józek Kowalski, traktujesz to lekko i mówisz: „Zastanowię się”. Ale gdy kilka razy dzwoni Glenn Hoddle, były trener reprezentacji Anglii, ogląda cię cztery razy, a jego wysłannik dwukrotnie… I ten Hoddle przekonuje, że jesteś dla niego brakującym elementem w układance… A w tej układance w pomocy masz Andertona i Ince’a, na skrzydłach Kenny Millera i Koreańczyka Seola, a w ataku za partnera Carla Corta, za którego kiedyś zapłacili siedem milionów funtów – to poważnie to traktujesz, podpalasz się. W Wolverhampton mieli kłopoty ze skutecznością i wyglądało, że ja je rozwiążę. A w dodatku oferowali Elche dwa miliony euro.
– Niezła przebitka w wieku blisko 32 lat.
– Wydawałoby się, że muszę być dobry i spokojnie sobie poradzę, co? Ale się przeliczyłem, później zrozumiałem, że adaptacja jest niezbędna.
– A nie zrozumiałeś, że ze swoją posturą nie nadajesz się do brytyjskiej piłki?
– Ee, tam. Czy Owen jest wysoki i silny? Popatrz na lepszych ode mnie piłkarzy w lepszej lidze – Premiership. Szewczenko, Ballack… Mają kłopoty. Carlos Tevez! Pierwszego gola strzelił po ośmiu miesiącach.
– Ty nie strzeliłeś żadnego przez trzy miesiące i nie załapałeś się na mundial. Rozmawiałeś później z Janasem?
– Raz, ponoć, byliśmy na tym samym meczu: Jagiellonia – Korona. Przywitałem się z działaczami Korony, prezesem Klickim, ale Janasa nie dostrzegłem.
– Chował się?
– Chyba nie, gdzieś z tyłu siedział.
– Z innej beczki. Pamiętasz takie zdanie: „Widać, kto rządzi w klubie – prezesa zwolnili, trenera zwolnili, a ja kupiłem nowy samochód”.
– Kto to powiedział? „Kosa”?
– Ty, 1 lipca 2005, wysiadając z terenowego BMW, a z Wisły odchodzili właśnie Janusz Basałaj i Werner Liczka.
– Samochód był po prostu inny, bo nowego w salonie nigdy w życiu nie kupiłem. Widać, że z wami nawet pożartować nie można, bo po dwóch latach to wyciągniecie. To był żart.
– Bo ja wiem? Całą wiosnę graliście tak, jakbyście chcieli zwolnić Liczkę.
– Byliśmy średnio przygotowani. W zajęciach Wernera Liczki czegoś brakowało, ale rozumiem, że trudno mu było prowadzić zespół po trenerze tej klasy, co Henryk Kasperczak.
– To skąd te świetne mecze z Zagłębiem Lubin i Groclinem za kadencji Liczki?
– Gra akurat „zapaliła”. Nie przeceniajmy umiejętności zawodników Wisły. Nie mogliśmy wygrywać na wstecznym biegu. Gdy nam się układała gra, to potrafiliśmy zwyciężyć 6:0. A kiedy nie – a za Liczki zdarzało się to często – to mieliśmy kłopoty. I tyle. Uwierz w jedno – w Wiśle piłkarze o niczym nie decydują, tylko właściciel i działacze. My nie mamy nic do gadania: wykonujemy, co postanowią.
– Z wywiadu Macieja Szczęsnego dla „Gazety Wyborczej” wynika coś innego. Bez wiedzy działaczy chcieliście kupić mecz z Amiką, żeby zapewnić sobie mistrzostwo Polski wiosną 2001 roku.
– Nie czytałem tego wywiadu. Była wtedy u nas prokuratura, ale sprawę umorzono.
– Szczęsny twierdzi, że ty i on sprzeciwiliście się i pomysł kupna meczu upadł. Żal ci było kasy na składkę?
– No, bardzo ci dziękuję! Czy tak ciężko ci uwierzyć, że jestem uczciwym człowiekiem!? To się zawsze opłaca. Wtedy również, bo we Wronkach przegraliśmy, ale Legia też padła i niedługo świętowaliśmy mistrzostwo.
– Gdyby kibice Wisły wiedzieli to wcześniej, może nie wywiesiliby transparentu z napisem pod twoim adresem: „Mogłeś być pomnikiem, a jesteś zwykłym Judaszem”.
– Chyba mały procent procent kibiców uważa, że w nieelegancki sposób odszedłem z Wisły. Mieszkałem w Krakowie przez kilka ostatnich miesięcy ubiegłego roku, a tylko raz pewien facet dosadnie mi powiedział, co o mnie sądzi. Jego wola, szkoda tylko, że obok stał mój sześcioletni synek. Wielu innych ludzi dość natarczywie dopytywało, kiedy wracam do Wisły.
– To dlaczego nie podpisałeś kontraktu?
– Nie ze swojej winy, wbrew temu, co podawano w mediach. Nie pchałem się do Wisły, ale kiedy dostałem propozycję treningów – chętnie na nią przystałem. Chyba ludzie w klubie nie dogadali się w mojej sprawie.
– Dość zmiennych doznajesz wrażeń. Jedni cię kochają, inni nienawidzą, kilkadziesiąt tysięcy urządza owację na Stadionie Śląskim, ktoś cię upokarza na oczach kilkudziesięciu milionów.
– No, widzisz. Nie jestem ludziom obojętny. Jak we włoskiej rodzinie – są kłótnie i miłość.
– I z miłości po półrocznej przerwie wracasz do futbolu, w Chicago Fire? Czy z chęci udowodnienia czegoś, komuś?…
– Między innymi tym paru internautom, którzy piszą, że do niczego się nie nadaję. Tylko do czego nadają się oni? Ale przede wszystkim – sobie. Chcę się jeszcze raz sprawdzić jako zdrowy piłkarz. Będzie fajna runda, ale jeśli uznam, że odstaję od chłopaków wydolnościowo – sam powiem „koniec”. Na swoich warunkach, a nie zmuszony do tego pechem, czy spiralą kontuzji.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

NOTKA BIOGRAFICZNA
Urodzony: 16 sierpnia 1974 roku w Białymstoku. Wzrost: 172 cm; waga: 64 kg.
Kariera klubowa: Jagiellonia Białystok (1985-93; 9 meczów i 1 gol w polskiej ekstraklasie), rezerwy RC Strasbourg (1993-94, 22 gole we francuskiej III lidze), RC Strasbourg (1994-96, 21 meczów i 2 gole we francuskiej ekstraklasie), Nagoya Grampus Eight (lipiec-sierpień 1996, 7 meczów i 1 gol w japońskiej ekstraklasie), Stade Poitiers (1996-97, 32 mecze i 22 gole we francuskiej III lidze), FC Martigues (1997-98, 19 meczów i 5 goli we francuskiej II lidze), Wisła Kraków (1998-2005, 173 mecze i 115 goli w polskiej ekstraklasie), Elche CF (jesień 2005, 14 meczów i 8 goli w hiszpańskiej II lidze), Wolverhampton Wanderers (wiosna-jesień 2006, 16 meczów i 0 goli w angielskiej I lidze), CD Tenerife (2006-07, 19 meczów i 3 gole w hiszpańskiej II lidze), Chicago Fire (2008-).
Bilans w reprezentacji: 22 mecze i 10 goli.
Sukcesy: pięciokrotnie mistrzostwo Polski (1999, 2001, 2003, 2004, 2005), dwukrotnie wicemistrzostwo Polski (2000, 2002), dwukrotnie Puchar Polski (2002, 2003), Puchar Ligi (2001), trzykrotnie król strzelców ekstraklasy (1999, 2001, 2005), król strzelców III ligi francuskiej (1994), Puchar Intertoto (1995), awans z reprezentacją do mistrzostw świata 2006, mistrzostwo Polski juniorów (1992), 2. miejsce w Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży (1990), 3. miejsce w Pucharze Michałowicza (1989), 3. miejsce w Pucharze Kuchara (1988).
* stan na 28.02.2008 r.

KOLEKCJA POWIEDZONEK FRANKOWSKIEGO
Panie, ja nigdy nie miałem świetnej kondycji, a takie piękne bramki strzelałem. Po co mi te treningi wytrzymałościowe?” (do fizjologa Wisły, Ryszarda Szula)

Gdybyś tak dobrze pisał, jak ja mówię po francusku, już dawno dostałbyś nagrodę Pulitzera” (do dziennikarza powątpiewającego w jego znajomość języka Moliera)

Strzelanie przeze mnie tylu goli jest irracjonalne. Z żoną wychowujemy dwoje dzieci bez opiekunki, wybudowałem dom, powinienem być przemęczony, w kiepskiej formie” (w najlepszym okresie, w 2004 roku)

Ty chyba nie znasz się na piłce. Dajesz mi ciągle „dziewiątki”, a ja nie zasługuję na nie” (jesienią 2004, do autora tego wywiadu, oceniającego jego występy w „Przeglądzie Sportowym”)

Nie chciałem się dorobić; gdy podpisałem pierwszy kontrakt, nawet nie wiedziałem, ile mi zapłacą. Brutto, netto – to wszystko były pojęcia abstrakcyjne. Wystarczało na >frytki< – kilka par dżinsów i colę po treningu” (o wyjeździe do Strasbourga)

W ciepłym klimacie łatwiej się pieniądze wydaje” (podczas gry w Elche, w południowej Hiszpanii)

Gdybyś dawniej nie był leniem, przykładał się do treningów, to dzisiaj być może siedziałbyś w szatni i wiedział, co się mówi w takich chwilach” (do dziennikarza pytającego, jak Jerzy Engel motywował ich przed pierwszym meczem z Panathinaikosem)

Pewnie nie pasuję do kadry, bo ona gra innym stylem niż Wisła. Nie wiem tylko, jaki to styl” (w lecie 2004)

Wpisałem się w pejzaż: jeszcze jeden Polak, któremu nie powiodło się na zachodzie” (po powrocie z Francji, w 1998 roku)

Prezesie, uratowałem panu i trenerowi Janasowi posady” (do Michała Listkiewicza, po meczu z Walią w październiku 2004 roku)

Takie sytuacje są wpisane w zawód piłkarza. Zarabiamy duże pieniądze, więc nie ma co nam współczuć” (jesienią 2003, gdy nie mógł odzyskać miejsca w składzie Wisły)

Fajna kurteczka, Stolar! Zabrałeś żonie?” (do kolegi z Wisły, Macieja Stolarczyka, ubranego w kuse, jaskrawozielone wdzianko)

Dzisiaj wszyscy są optymistami, a za dwa miesiące połowa klubów ligowych będzie szukać nowych trenerów” (w lipcu 2005)

Nie wydaje mi się, żebym był w stanie zbawić kadrę” (w kwietniu 2004, pół roku przed występami w Wiedniu i Cardiff)

Mundial to wisienka na torcie; gdybym nawet na nim nie zagrał, to i tak będę uważał, że miałem fajną przygodę z piłką” (w grudniu 2005)

Nie będę wymieniał, co mi dolega, bo zabrakłoby miejsca w gazecie na inne teksty” (w 2003 roku, gdy nękały go kontuzje)

Nigdy już nie będę starym Frankiem; dawniej wszystko robiłem na maksa, nie myśląc o urazach” (wiosną 2004 roku, przed najlepszym sezonem w karierze)

TRIVIA – FRANEK W CIEKAWOSTKACH
* Panicznie boi się ości, więc nie je zawierających je ryb. – Przy karpiu nie mogę się przemóc nawet w Wigilię – zwierza się.

* Do dzisiaj ma kilka swoich portretów olejnych z czasów gry w Strasbourgu. Obrazy malowała zakochana w Frankowskim francuska nastolatka.

* W 2003 roku, lecząc kontuzję, korzystał z pomocy słynnego psychologa, dr. Jana Blecharza, wcześniej współtwórcy sukcesów Adama Małysza.

* Budując dom, samodzielnie nadzorował ekipy robotników. – Zasuwa przy taczkach i w wieku 30 lat zaczął przepychać obrońców w polu karnym – śmiali się koledzy. – Taczek nie pchałem, ale często byłem dostawcą – tłumaczy Frankowski. – Nosząc worki do i z samochodu, złapałem sporo siły. A dzięki nadzorowi – po trzech latach w domu nic nie pęka.

* Przechodząc do Strasbourga, w lecie 1993 roku, był najmłodszym piłkarzem w historii, legalnie wytransferowanym z Polski za granicę.

* W 2004 roku, w oficjalnych meczach Wisły i reprezentacji, zdobył 42 bramki. W Europie lepszy od niego był tylko Thierry Henry (Arsenal Londyn i reprezentacja Francji) z 46 trafieniami.

* Był pierwszym polskim piłkarzem, który zagrał w lidze japońskiej – w Nagoya Grampus Eight, w lipcu i sierpniu 1996 roku.

* Do Nagoyi ściągnął go genialny trener Arsene Wenger. Frankowski poznał go dopiero wówczas, choć trzy lata wcześniej wynajmował w Strasbourgu, przez biuro pośrednictwa, mieszkanie Wengera.

* Jest ostatnim strzelcem gola dla polskiej reprezentacji w XX wieku (15 listopada 2000 roku, Polska – Islandia 1:0).

* Jest jedynym piłkarzem, z którym właściciel Wisły, Bogusław Cupiał osobiście negocjował kontrakt (w lipcu 2004 roku).

* Jest jedynym piłkarzem, który zdobył z Wisłą wszystkie tytuły mistrza Polski w tzw. „Erze Cupiała” (po 1997 roku).

* Mógł nie wystąpić w meczu reprezentacji z Azerbejdżanem w marcu 2005 roku, w którym strzelił 3 gole. Zapomniał paszportu i potrzebny dokument przywiózł w ostatniej chwili, z Krakowa do Warszawy, Zbigniew Koźmiński. Działacz PZPN zapłacił po drodze dwa mandaty, na łączną kwotę 1000 złotych.

* Przez półtora roku pisał felietony do magazynowych wydań „Gazety Krakowskiej”. Honoraria za teksty były przekazywane na dom dziecka.

* Jego syn, sześcioletni Fabian zaczął treningi w szkółce piłkarskiej Wisły. Jesienią z dzieciakami trenował niekiedy także pięciokrotny mistrz Polski. – Wolę się poruszać z maluchami, niż stać z boku i z ich mamami rozmawiać, co piszą w „Gali”, czy „Vivie” – tłumaczył.

* Jest wychowankiem Ryszarda Karalusa, który poza Frankowskim miał w juniorskiej drużynie Jagiellonii (z roczników 1973-74) niezwykłą ilość utalentowanych piłkarzy: Marka Citkę, Mariusza Piekarskiego, Daniela Bogusza, Bartosza Jurkowskiego, Jacka Chańkę, Andrzeja Sazonowicza, Samuela Tomara.

* Dwukrotnie był odsuwany od pierwszej drużyny Wisły – w październiku 1999 roku i w maju 2001 roku. – Za pierwszym razem ponoć zdecydował o tym właściciel, a za drugim trener Nawałka zaczął szaleć – opowiada. – Odsunął Radka Kałużnego, który uciekł w kontuzję i mnie – pod pretekstem, że muszę być przy żonie, która jest w ciąży. Była awantura w szatni. Dzisiaj pozostajemy w dobrych stosunkach, bo w sumie to miły facet.

* W 1990 roku Jagiellonia walczyła w finale Ogólnopolskiej Spartakiady Młodzieży z Wisłą Kraków. Białostoczczanie mieli ogromną przewagę, ale pechowo tracili gole i pięć minut przed końcem przegrywali 1:2. Mecz sędziował Wit Żelazko. – Stałem z Andrzejem Sazonowiczem, żeby wznowić grę, a Żelazko mówi: „Strasznie mi was żal, bo tak pięknie gracie; połóżcie się w polu karnym, to wam karnego gwizdnę” – wspomina Frankowski. – Nie daliśmy mu okazji, ale nawet dzisiaj – po tym co się z nim stało – uważam, że tylko żartował…

Komentowanie zablokowane.