Rakietką w świat

Artykuł ukazał się 29 kwietnia 2005 roku w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS”.

Na lotnisku w Kuala Lumpur polały się łzy złości i żalu. Polskie badmintonistki, Kamila Augustyn i Nadia Kostiuczyk dowiedziały się, że nie pojadą na olimpiadę w Atlancie, bo weto postawił Białoruski Komitet Olimpijski. Trzykrotny brązowy medalista mistrzostw Europy, Robert Mateusiak też kiedyś był wściekły na siebie. Dla badmintona zrezygnował z piłkarskiej kariery w Legii Warszawa.
Dawniej bardzo nie lubiłam Polski – mówi z uśmiechem Nadia Kostiuczyk, od 2002 roku obywatelka naszego kraju. Zaczęła przyjeżdżać nad Wisłę w wieku 12 lat: nietypowa „stranieri” ligi badmintonowej. – Strasznie się stresowałam grą – wspomina ładna, 21-letnia blondynka. – Obiecywałam sobie, że gdy tylko sezon się skończy, to już nigdy w życiu do was nie przyjadę.
Młoda Białorusinka coraz częściej jednak zwyciężała polskie przeciwniczki, wreszcie znalazła wśród nich przyjaciółkę i partnerkę – Kamilę Augustyn. – Zrobiłam im specjalne testy i okazało się, że psychologicznie jest to układ mistrzowski – opowiada trenerka polskiej reprezentacji, Klaudia Majorowa, wówczas opiekun kadry juniorskiej. Po dwóch latach testy się potwierdziły, bo dziewczęta zdobyły złoty medal mistrzostw kontynentu, zaczęły coraz wyżej piąć się w turniejach seniorów.

Będąc „międzypaństwowym” duetem nie miały jednak szans występu na igrzyskach olimpijskich. Nadia przystała na propozycję Polskiego Związku Badmintona, złożyła wniosek o przyznanie polskiego paszportu, szybko go otrzymała. Na Białorusi podniosła się burza. „Zdrada!” – krzyczały gazetowe czołówki. Duże nieprzyjemności mieli jej rodzice. – Zwolniono z pracy także kilku trenerów, oskarżając, że mnie wypuścili – opowiada. – Nawet zawodnicy mieli problemy, zaczęto ich podejrzewać, że chcą zrobić to samo. Na Białorusi to jest normalne.

Przez półtora roku nie jeździła do rodzinnego Grodna, obawiając się, że nie zostanie wypuszczona z powrotem. – Tam wszystko załatwia się przez znajomości; kiedy ktoś każe zatrzymać kogoś na granicy, to tak się dzieje. Trudno jednak było się z tym pogodzić: przerażała mnie tak długa rozłąka z najbliższymi. Strasznie tęskniłam – opowiada Nadia, która niedawno, po długiej przerwie, odwiedziła rodziców.

I tak cię lubię

Na korcie wszystko było prostsze. Rok ciężkich turniejowych bojów zaowocował awansem w rankingu i dał przepustkę do ścisłej światowej elity – dziewiętnastu debli zakwalifikowanych na igrzyska w Atenach.
Niestety, w karcie olimpijskiej widniał zapis, że zmieniający obywatelstwo zawodnik musi odbyć przed igrzyskami okres trzyletniej karencji. Nadii brakowało kilku miesięcy, karencję można było skrócić na zgodę Białoruskiego Komitetu Olimpijskiego. Ten jednak powiedział twarde „Niet’, na dokumencie widniał podpis prezydenta kraju Aleksandra Łukaszenki.
Czas wyleczył rany. – Rzadko już o tym myślę – zwierza się Nadia. Nad Wisłą prawie wszystko jej się podoba, razi tylko zawiść i złośliwość Polaków. Uważa też, że na wschodzie ludzie są bardziej otwarci.

Żyje w ciągłych podróżach ze zgrupowań na turnieje. Klub wynajął dla niej mieszkanie w Suwałkach, częściej jednak zajmuje pokój u Klaudii Majorowej w Słupsku, gdzie trenuje wraz z Kamilą. Na uniwersytecie w Białymstoku studiuje filologię rosyjską, ale świetnie mówi po polsku. W tym języku pokrzykuje do siebie, złoszcząc się na korcie. – Obcy ludzie, których spotykam, myślą, że jestem Polką z Białegostoku, bo „zaciągam” – śmieje się.

Wtedy, na lotnisku w Malezji, Kamila objęła Nadię. – Nie przejmuj się to nie twoja wina, ja i tak cię lubię – pocieszała. Majorowa twierdzi, że tamto doświadczenie niesamowicie zmobilizowało dziewczyny; ćwiczą ostro, jak nigdy dotąd. – Jeśli teraz coś wywalczymy, już nikt nam tego nie odbierze – mówi Nadia z naciskiem.

Rzuć te paletki

Z dzieciństwa tylko pseudonim mi pozostał – żartuje Robert Mateusiak, w światku badmintonowym znany jako „Zico”. Kuple z podwórka na warszawskiej Pradze („Teraz to już gmina Białołęka!”) ochrzcili go tak, bo umiejętnościami technicznymi przypominał im brazylijską gwiazdę. W piłkę grał wszędzie gdzie się dało, w każdej wolnej chwili („Z płaczem szedłem do domu, gdy rodzice prawie siłą ściągali mnie na obiad„). W juniorskim zespole Polfy Tarchomin był środkowym pomocnikiem. – Jako jedyny miałem kondycję – śmieje się Robert. – Biegałem od pola karnego do pola karnego, rozgrywałem piłkę, strzelałem bramki i broniłem własnej bramki.
Kiedyś Polfa pokonała Legię Warszawa na jej boisku 6:5. „Zico” zdobył trzy gole, w tym decydującego o zwycięstwie. – To było coś niesamowitego; wyśmiewany klub przyzakładowy wygrał z potentatem – podkreśla.

Równolegle trenował badmintona w Polonezie Warszawa. – Na pierwsze spotkanie, w szkole, poszedłem, bo odbywało się w trakcie niezbyt lubianej lekcji matematyki – wspomina ze śmiechem. Na mistrzostwach Polski kadetów w Koszalinie był rok młodszy od większości rywali, zaskoczył wszystkich, stając na podium, po pokonaniu w ćwierćfinale faworyta turnieju.
Prawie równocześnie dostał dwie oferty. Pierwszą – przenosin do Ośrodka Przygotowań Olimpijskich w Olsztynie, gdzie pracował pierwszy w Polsce trener chiński i zebrali się czołowi badmintoniści we wszystkich kategoriach wiekowych. Drugą – z warszawskiej Legii, której łowcom talentów wpadł w oko. Załatwiona szkoła mistrzostwa sportowego przy klubie, gwarantowane miejsce w składzie juniorów młodszych.

Wybrał badmintona. – Sama myśl: „kadra narodowa”; poczułem się bardzo wyróżniony – szuka ówczesnych motywów. – Może zadziałałem trochę przez przekorę, bo tata, który kiedyś grał w piłkę, powtarzał: „Rzuć te paletki i szybko idź na Legię”? Po latach wiele razy się nad tym zastanawiałem, ale nigdy do końca nie wymyśliłem, co przesądziło o tej decyzji. Jedno wiem – nie żałuję. Zarabiałbym więcej pieniędzy, ale nie zdobywałbym medali mistrzostw Europy i nie jeździłbym na olimpiady.
Początki były inne: ćwiczył ciężko, a sukcesy nie przychodziły. – Siadałem zły w kącie, przeklinałem trenera, chciałem łamać rakietki, mówiłem sobie: „Kończę z badmintonem i wracam do Warszawy graś w piłkę” – opowiada. – Żal minął, gdy zacząłem wygrywać.

Małżeństwo doskonałe

Twardy, nieustępliwy, nie poddawał się także później, gdy dwukrotnie wylatywał z reprezentacji. Wreszcie, wraz z Michałem Łogoszem stworzył duet, który przebojem wdarł się w rewiry zarezerwowane dotąd dla Duńczyków, Szwedów, Anglików. – Dawniej, stając naprzeciw kogoś takiego, człowiek był sparaliżowany. Byliśmy pierwszymi Polakami, którzy przełamali barierę lęku – twierdzi. Staczali porywające pojedynki, byli jak biblijny Dawid powalający Goliata. – Dzięki tym wspaniałym Polakom nudne mistrzostwa stały się piękne – przedstawiał ich spiker, gdy w Glasgow zdobywali pierwszy medal. Na igrzyskach w Atenach (swoich drugich) odpadli szybko, ale późniejszym triumfatorom stawili najmocniejszy opór ze wszystkich rywali.

Formę wykuwają w katorżniczej pracy. Kiedyś na zgrupowaniu w Zakopanem spotkali się z pierwszoligowymi wtedy piłkarzami ŁKS Łódź. – To był czarny dzień łodzian – opowiadał Ryszard Borek, który prowadził Łogosza i Mateusiaka przez sześć lat. – Górski marsz kończyli słaniając się na nogach, podczas gdy moi chłopcy już dawno wrócili do ośrodka i przygotowywali się do następnego treningu.
Michał ma dziewczynę, Robert żonę, ale większość czasu muszą spędzać razem. Jeden kort w hali, wspólny pokój hotelowy. – To my jesteśmy prawdziwym małżeństwem – żartuje Łogosz. – Czasami wszystko zaczyna przeszkadzać, drobnostka wyprowadza z równowagi: wybór programu w telewizji albo nie posłodzona herbata. Kłócimy się, ale zawsze potem potrafimy się dogadać. To jest dobre, bo oczyszcza atmosferę. Jedziemy na tym samym wózku, jesteśmy niesamowicie uzależnieni od siebie, ale wiem, że zawsze mogę na niego liczyć.
PAWEŁ FLESZAR

ZŁOTO ZA ZŁOTE
Nadia Kostiuczyk i Robert Mateusiak reprezentują SKB Litpol Malow Suwałki – jedyny ściśle profesjonalny badmintonowy klub w Polsce. Obecny kształt zawdzięcza on już blisko trzydziestoletniej działalności dwójki zapaleńców – Jerzego Szleszyńskiego i Henryka Owsiejewa. Po awansie do ekstraklasy w 1991 roku założyli (bodaj pierwszą w polskim sporcie) spółkę prawa handlowego „PolamBad”. Klub był jej udziałowcem i czerpał zyski z sieci 16 sklepów w całym województwie. Od 1997 roku SKB funkcjonował w oparciu o sponsoring firm Litpol, Polam, których współwłaścicielem był Owsiejew. W 2000 roku tę drugą zastąpiła polsko-francuska grupa kapitałowa Malow. Roczny budżet klubu kierowanego przez Szleszyńskiego wynosi ponad pół miliona złotych. Grupuje on 9 zawodników, którzy co miesiąc otrzymują od 1000-3000 złotych (w formie pensji lub nagród) i są wyposażani w pełny sprzęt sportowy. W ciągu ostatnich ośmiu lat SKB Litpol Malow Suwałki siedmiokrotnie wygrywał rozgrywki ligowe, stawał na podium klubowego Pucharu Europy, jego zawodnicy zdobyli też ponad 70 medali indywidualnych mistrzostw Polski (w tym ponad 30 złotych).

PAŁACYK PO IGRZYSKACH
Od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, nasi badmintoniści masowo (jest ich tam już blisko 50) zaczęli występować w niezwykle rozbudowanych rozgrywkach ligowych w Niemczech. Najlepsi mogą zarobić do 10 tysięcy euro za sezon (nie ustępują w tym Niemcom). Opłaca się grać nawet w III czy IV lidze – za jeden weekend Polacy otrzymują 200-500 euro oraz zwrot kosztów podróży, a takich weekendów może być i dwanaście.
Kontrakty reklamowe dają badmintonistom z polskiej czołówki od kilku do kilkunastu tysięcy złotych rocznie w gotówce i sprzęcie. To jednak nic w porównaniu z zyskami Duńczyka Petera Gade, który podpisał trzyletni kontrakt z firmą Yonex na 10 milionów euro. Z kolei rekordzistką, jeśli chodzi o pojedynczą nagrodę, jest Indonezyjka Susi Susanti – za zwycięstwo na olimpiadzie w Barcelonie dostała pałacyk w Dżakarcie.

SZYBCY JAK AWANS
Nadia i Robert dotąd odnosili sukcesy w deblu żeńskim i męskim. Od kilku miesięcy występują także wspólnie w mikście. – Pasują do siebie stylem gry – uzasadnia decyzję Klaudia Majorowa, trenerka reprezentacji Polski. – Rozgrywają akcje na podobnej, bardzo dużej szybkości.
Równie szybko nowy duet zaczął osiągać wyniki: wygrał międzynarodowe mistrzostwa Finlandii i Polski, a w bardziej prestiżowym turnieju, Swiss Open, był o krok od czołowej czwórki. W ciągu trzech miesięcy awansował w światowym rankingu o ponad dwieście pozycji! – Myślę, że będą wzmocnieniem dla drużyny na majowych mistrzostwach świata – uważa Klaudia Majorowa. – Natomiast w przyszłym roku, na mistrzostwach Europy, powinni już walczyć o medale.

Skomentuj