Ręka prostuje się jak u rodziców

Nie powiódł się powrót do I ligi koszykarzom AGH, bo zwycięski rekonesans w niej odbyli Mantas Cesnauskis i Łukasz Seweryn, mający łącznie blisko 40 sezonów na poziomie ekstraklasy. Dyrygowani przez nich Czarni Słupsk wygrali w Krakowie 87:66.

Łukasz jest krakusem, wychowankiem miejscowej Korony, ale ostatni raz w rodzinnym mieście wystąpił w grudniu 2004 roku. – To rzeczywiście było strasznie dawno i za rzadko później tu bywałem, nawet prywatnie. Przez ostatnią dobę mieszkaliśmy w centrum i czułem się jak turysta – zwierza się.
Czternaście lat temu jego Czarni Słupsk byli faworytem, ale w nerwowej końcówce ulegli jednym punktem ówczesnej Wiśle/Unii. Dzisiaj przez pierwszą kwartę utrzymywała się przy Piastowskiej nadzieja na podobne rozstrzygnięcie, bo gospodarze ambitnie gonili przeciwników. 4:12, 7:14, 9:15, 14:17, 20:21, 22:23. Po tamtej stronie z wdziękiem trafiał Mantas, który zanim – w przenośni i dosłownie – wżenił się w Polską Ligę Koszykówki, występował w ekstraklasie i młodzieżowej reprezentacji Litwy. Krótki bieg, ciasno za zasłonę kolegi, błyskawiczne wyjście w górę, strzał i trzy punkty.
Pod tablicą trudny do przepchnięcia był Damian Cechniak, w polu dynamizował akcje Adrian Kordalski. Z dystansu odpowiadali jednak Maciej Koperski i Bartosz Czerwonka, a Artur Włodarczyk pojawiając się na boisku dołożył swoją energię do energii Tomasza Zycha, który w pierwszej połowie zaliczył aż 7 przechwytów. – Agresywny rywal, dużo biegający, nieduża sala. Mieliśmy ich dobrze „zeskautowanych” na podstawie sparingów, ale potrzebowaliśmy troszkę czasu, żeby zaadaptować się do warunków. Poza tym w lidze każdy prezentuje się nieco inaczej niż w sparingach – analizuje Łukasz.

Niesie ze sobą nietuzinkowy ładunek koszykarskich genów. Jego wujkiem jest Andrzej Seweryn, który rozegrał 197 meczów w reprezentacji (w tym na Igrzyskach Olimpijskich 1972), dwukrotnie był wybierany do reprezentacji Europy po kontynentalnym czempionacie. Od dawna mieszka w Luksemburgu, a z finiszem jego kariery, już grubo po „trzydziestce” wiąże się mięsista anegdota. – Graliśmy z Wisłą, więc poszedłem do trenera i poprosiłem: „Daj mi do krycia tego starego capa, Seweryna, co mu się jaja po parkiecie włóczą. Ja go załatwię” – opowiadał pod koniec ciągnących się przez cały dzień, suto zakrapianych, imienin pewien zasłużony koszykarz, znany jako nieustępliwy obrońca. – A on tak mnie sponiewierał… tak mnie sponiewierał… jak psa… jak psa… – głos mu się łamał, czy to pod wpływem wspomnienia traumy sprzed ćwierćwiecza, czy to od tonażu zaabsorbowanego alkoholu.
Tak samo przyjezdni potraktowali zadziornych krakowian na wstępie drugiej i trzeciej odsłony. Najpierw zabierali im piłkę za piłką, a Cesnauskis i Hubert Wyszkowski ładowali zza łuku. Cztery minuty i run 2:12. Po przerwie nie do zatrzymania byli tańczący olbrzym Cechniak i jednakowo silny, co szybki – Kordalski. 0:13, 33:56 na tablicy, a trener gości Robert Jakubiak zadysponował podopiecznym nowe zagrywki. – Nie zmieniajmy, po co zmieniać, jak to dobrze funkcjonuje – oponował Mantas, który pełni funkcję jego grającego asystenta.
– Chcę, żebyś i ty coś rzucił – odparł szkoleniowiec.
– Nie potrzebuję punktów, grajmy to, co do tej pory, ile się da – Litwin nie wie, na czym polega egoizm snajpera.
Na fladze AGH wymalowano słynny cytat z francuskiego generała Pierre Cambronne’a, który wezwany przez Anglików pod Waterloo do złożenia broni, miał odpowiedzieć „Gwardia umiera, ale się nie poddaje”. Na czerwono-czarno-zielonym płótnie drugie słowo zostało zastąpione przez „ginie” (zresztą Cambronne najprawdopodobniej powiedział po prostu „Merde!”). Tak czy siak, Francuzi sprzed dwustu lat i obecni „Agiehowcy” bili się mimo coraz gorszej sytuacji. W drugiej kwarcie po trafieniu Koperskiego z ponad ośmiu metrów zbliżyli się na 31:34.

Tata Łukasza, a brat Andrzeja, Janusz Seweryn również zdobywał mistrzostwo Polski z Wisłą, grał w reprezentacjach juniorskich, był trenerem (wicemistrzostwo z żeńską ekipą „Białej Gwiazdy”). Natomiast mama, Grażyna Seweryn stała się autentyczną legendą polskiego basketu. Z 250 występami w reprezentacji jest druga w tabeli wszech czasów, ma na koncie dwa srebrne medale mistrzostw Europy i sześć złotych – mistrzostw Polski, w barwach Wisły. I jest dowodem, że po wielkiej karierze sportowej można odnaleźć się zawodowo poza sportem. Była specjalistką od składu komputerowego, szefową działu, w „Tempie” i „Przeglądzie Sportowym”, dzisiaj pracuje w „Dzienniku Polskim”/”Gazecie Krakowskiej”. Młody dziennikarz, któremu teksty nie chciały układać się przy „łamaniu” stron lokalnych, mógł zawsze liczyć na jej pomoc, choć zdarzały się też momenty tresury („Paweł! Dlaczego znowu tak się guzdrzesz!?”). – Zawsze była rozgrywającą, więc musiała rządzić – uśmiecha się Łukasz. – Generalnie jednak jest stonowana i usposobienie mam po niej. Tato jest ostrzejszy.
Pytany, czy także po mamie odziedziczył rękę do rzutu, szybko podkreśla, że po obojgu rodzicach i przypomina, że w latach 80. zdarzył się sezon, w którym oboje zanotowali największą ilość celnych „trójek” w swoich ligach. Przepis o przyznawaniu trzech punktów za rzut zza linii 6,25 m (dzisiaj to 6,75 m) wprowadzono w 1984 roku, a decyzja została podjęta na kongresie FIBA, odbywającym się rok wcześniej w Brazylii, przy okazji mistrzostw świata koszykarek. Działacze debatowali, czy odległość dla kobiet powinna być taka sama, czy nieco mniejsza, a ostatecznie uznali, że będą jednakowe. W konfrontacji z Chinami Grażyna Seweryn trafiła siedmiokrotnie z bardzo daleka. Polski delegat, Kajetan Hądzelek relacjonował jej później, że sekretarz generalny federacji międzynarodowej, sławny zawodnik, coach i działacz, Borislav Stanković stwierdził: „Skoro taka mała Polka może tak rzucać, to nie ma nad czym się zastanawiać”.
Łukasz robi to tak plastycznie, że piłka rozcinająca siatkę jest tylko uzupełnieniem całości: znaczny wyskok, odchylenie, wyprost ręki, zamknięcie nadgarstka. W drugiej części, pod okiem mamy, taty i kuzynów, pokazał to raz, tuż po tym jak wypuścił po pick’n’rollu Cechniaka i z 31:34 zrobiło się 31:39. W trzeciej kwarcie – trzy razy z rzędu, a na tablicy zaświeciło się 39:64.
Kiedy siadał na ławkę przy stanie 49:71, wraz z Cesnauskisem mieli po 80% skuteczności w „trójkach”, a w czwórkę z Cechniakiem i Kordalskim łącznie 58 pkt.
W czwartej części ciągle melodyjne kawałki przygrywała orkiestra Akademii Górniczo-Hutniczej, wynik był przesądzony, a zawodnicy mogli robić to co lubią: Szymon Długosz i Iwan Wasyl – wsady, Koperski – rzuty z obwodu, a Włodarczyk – widowiskowe wjazdy.
PAWEŁ FLESZAR

AZS AGH Kraków – STK CZARNI Słupsk 66:87 (22:23, 11:23, 16:25, 17:16)
Sędziowali: Grzegorz Dziopak, Damian Kuziora i Michał Szybisty. Widzów: 300.
AGH: Koperski 20 (6×3), Sadło 12 (1×3, 8 zb., 2 prz.), Wasyl 8 (5 zb.), Podworski 4 (6 zb.), Zych 2 (7 as., 7 prz.) oraz Włodarczyk 11 (5 as., 4 prz.), Czerwonka 7 (1×3, 4 zb.), Borówka (4 zb.), Jakubek, Mamcarczyk, Kędel, Nowacki. Trener: Wojciech Bychawski.
CZARNI: Cesnauskis 15 (4×3, 9 as., 2 prz.), Kordalski 15 (6 zb., 5 as., 4 prz.), Seweryn 14 (4×3, 6 zb.), Cechniak 14 (12 zb., 4 as.), Pełka 3 (4 zb.) oraz Wyszkowski 9 (1×3), Długosz 7 (11 zb., 2 prz.), W. Jakubiak 4, Powideł 4, Rypiński 2. Trener: Robert Jakubiak.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.