Rikszą do raju

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 30 stycznia 1998 r. Autor: Piotr Sikora.*

Krzysztofa Druskisa znają dobrze bywalcy krakowskiego Rynku Głównego.
– Taki na rikszy, z radyjkiem.
Druskis jest pierwszym rikszarzem w Krakowie III Rzeczypospolitej. Pojazd wyszedł dawno z mody i wydawało się, że nigdy już nie powróci na polskie drogi, a już na pewno nie przed ostatnim tchnieniem XX wieku.
Druskis pracował kiedyś na rogu Wiślnej i Rynku w lokalu „Krokodyl”. Był ochroniarzem. Tam właśnie zetknął się z piękną, oryginalną chińską rikszą. Klientów, bywalców knajpy, woził za jeden-dwa złote po nocnym, niekiedy pijanym Rynku.

Kiedy „Krokodyl” padł, Druskis rozpoczął działalność usługową. Woził klientów już na własny rachunek. Tak jest do dziś, z tym, że Druskis ma już konkurencję pięciu innych riksz. Konkurencja go nie lubi, ale dorożkarze i taksówkarze – tak. Klientów im podwiezie. Powie coś do rzeczy. Jest uprzejmy i uśmiechnięty. Kiedy ukradli mu rikszę spod domu – złodziej odłączył przemyślnie autoalarm – ludzie pomogli mu w jej odnalezieniu.
Policja zrazu patrzyła krzywo na niego. Kazali mu się stawić przed kolegium. Poszło o znak zakazu ruchu na Rynku, ale Druskis udowodnił policji, że riksza to pojazd rowerowy i – jak konie i bicykle oraz inne pojazdy na mięśnie – ma prawo do Rynku.
Swoją wygraną batalią z policjantami Druskis zaskarbił sobie wdzięczność krakowskich ekologów, zwłaszcza Fundacji Wspierania Inicjatyw Ekologicznych. Fundacja uznała w urzędowym piśmie, że Druskis popularyzuje rower.

Dwa lata temu przejechał nonstop rikszą trasą z Krakowa do Warszawy. Zajęło mu to dobę i pół godziny. W trasę pojechał zabytkową rikszą z 1939 roku.
Otrzymał ją od pewnego gościa. Czarna riksza miała przegniłe siedzenia, kurz i robactwo. Druskis pięknie ją odnowił na czerwono i różowo.
Do Warszawy ruszył 17 listopada.
– Było wesoło i wspaniale – wspomina. A tak riksza waży sobie 125 kilogramów. Bez przekładni i zębatek. Trzeba mieć cholernie silne nogi, żeby tak gnać do Warszawy. – Trochę słabowałem – mówi bez wstydu.
Towarzyszył mu samochód z obserwatorem. Co jakiś czas go przeganiał i czekał po dwudziestu kilometrach.
Druskis jechał średnio dwadzieścia na godzinę, robiąc przy okazji promocję dla telewizji, radia i ekologów.
– Ludzie słuchali radia i oglądali telewizję. Ile autografów rozdałem…

RMF FM miało zgłosić próbę do Księgi Rekordów Guinessa. Coś tam jednak w dokumentacji pochrzaniono, albo było za późno, bo projekt odłożono na zaś.
Na trasy trzy razy bezczelne samochody bez pardonu wrzuciły go razem z zabytkową rikszą do rowu. Ale znalazł się też uprzejmy TIR-owiec, który zaoferował, że go do stolicy podrzuci.
Druskis dziękował i pedałował. Wcale nie spał. W Radomiu podjechał pod hotel, ale uznał, że za cudzoziemsko w środku z Rumunami i Ruskimi.
Odżywiał się dietetycznie czekoladą, makaronem i rosołem. Mięsa nie ruszał, bo tuczy. Przygrywała mu muzyka z własnoręcznie zrobionego magnetofonu.
Druskis lubi słuchać muzyki w trasie. Zwłaszcza poważnej, choćby Beethovena, bo go uspokaja. Albo elektroniczną Jarre’a. Ale nie pogardzi disco, ani polo.
– W Krakowie miałem skargi od mieszkańców, że hałasuję po nocy – przypomina. – Ale bez muzyki bym nie wydolił.

Przed Warszawą powitali go ekolodzy. Eskortowała policja. Drogówka zatrzymywała ruch. Przesuwał się zadowolony i umordowany przed czekającymi samochodami.
Po powrocie Żydzi od Nissenbaumów odkupili od niego rikszę i postawili u „Charliego” na Szerokiej. Ponoć twierdzili, że riksza była żydowska, bo jeździła przed wojną na Kazimierzu.
Nawet doszło do sprzeczki, czy w ogóle były riksze w Krakowie. Żydzi twierdzili, że były. Inni, że to warszawski pojazd. Koniec końców, Nissenbaumowie tak zakręcili sprawę, że Druskis pluje sobie w brodę, za te wspólne interesy.
W wywiadzie przyznał, że jeździł dla sławy.
Zawsze był silny i wysportowany.

Rodzinę ma w Pieniężnie. W Elbląskim. Kiedy chce ją odwiedzić – na rower i jazda. Podczas tych peregrynacji uznał, że jazda na rowerze jest zbyt łatwa i niezbyt uciążliwa. Wtedy właśnie pomyślał, że riksza jest bardziej wymagająca i sposobna do wielkich, a głośnych wyczynów.
Siedem lat boksował w wadze średniej w GKS Jastrzębie.
– Nie byłem rewelacyjny – opowiada. Trofea: dwa puchary i dyplomy.
Znak szczególny – nos. Został znokautowany. Doznał wstrząśnienia mózgu. Pożegnał się z wyczynem.
Pracował jako górnik w kopalni. Pięć lat temu zawaliła się ściana w chodniku. Nikt nie zginął – na szczęście.
– Ja miałem zginąć, ale Opatrzność czuwała nade mną – mówi.
Lękał się już kopalni. Pojechał do Krakowa. Do żony.

W Krakowie zmienił diametralnie tryb życia. Pracuje na powietrzu. Zdrowo. Najmilej wspomina czeską księżnę. Całą noc woził arystokratkę i jej tłumacza po barach i restauracjach.
Kiedy do Krakowa zawitał rugbista Andrzej „Holland” Jermakow i w przypływie zbójnickiej fantazji urządził nocny wyścig riksz po Rynku, Druskis akurat był chory.
Obiecuje sobie, że pojedzie w regularnym, planowanym rajdzie podwawelskich riksiarzy. Pary mu nie zabraknie.
PIOTR SIKORA

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.