Rockowy piosenkarz z wielkimi płucami

Zaskakująca nominacja Stephane Antigi, na przekór szerokiej krytyce, może stać się szczęśliwym pociągnięciem. Przynajmniej na najbliższy rok.

Przede wszystkim należałoby powoli godzić się z myślą, że polska reprezentacja jest coraz słabsza i w dającej się przewidzieć przyszłości bardziej prawdopodobne są wyniki z mijającego sezonu, niż sprzed dwóch czy czterech lat. Upływa czas kluczowych jej zawodników; drużyna, której symbolem długo byli atakujący (Paweł Papke, Grzegorz Szymański, Piotr Gruszka, Mariusz Wlazły) nie ma już od dawna nikogo tej klasy. Definitywne wypadnięcie Pawła Zagumnego (a niedługo po nim pewnie i Łukasza Żygadły), Krzysztofa Ignaczaka i wreszcie Michała Winiarskiego, przy upartej absencji Wlazłego – pozbawi ją już wszystkich trzonowych zębów (najważniejszych dla przyjęcia, rozegrania i ataku). Ludzi, którzy mogliby w ich zastępstwie udźwignąć grę nie widać i w perspektywie organizowanych za kilkanaście miesięcy nad Wisłą mistrzostw świata wyniku nie jest w stanie zagwarantować żaden szkoleniowiec. Nawet gdyby nazywał się Bernardo Rezende, Hugh McCutcheon czy Władimir Alekno, żeby pozostać przy zwycięzcach olimpiady.

Dlatego może najlepszym rozwiązaniem jest Antiga, znacznie tańszy niż utytułowani trenerzy (a PZPS chyba nie stać w tej chwili na szastanie pieniędzmi), ale przede wszystkim – zdolny skrzyknąć całą starą gwardię na ostatni wspólny turniej i stworzyć atmosferę, dzięki której grupa zafunkcjonuje podczas mistrzostw i poprzedzającej je kilkumiesięcznej pracy. A do tego zadania francuski skrzydłowy wydaje się dobrym kandydatem.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że prezes Związku, Mirosław Przedpełski, który utrzymuje, że zatrudnienie Francuza to jego autorski pomysł, spekuluje właśnie m.in. na jego zdolność perswazji w odniesieniu do kolegi ze Skry. Wszak to prezes już wcześniej próbował ściągnąć Wlazłego do kadry.
Siatkówka jest obłożona tak dużym bagażem naukowych i quasi-naukowych metod (od przygotowania fizycznego po statystykę), które wśród czołowych reprezentacji świata w jakiś sposób ulegają klinczowi (każda z nich ma te metody na najwyższym poziomie). Decydujące znaczenie zyskuje więc czynnik ludzki: umiejętność motywacji, wiara w sukces, jak najmniejsza ilość popełnianych błędów, wybitne indywidualności (chodzi o takie formatu Dmitrija Muserskiego wygrywającego finał olimpijski). Wszelkie aspekty psychologiczne może właśnie rozwiązać lubiany, cieszący się autorytetem i dobrze komunikujący po polsku Antiga.

Francuz jawi się w roli trenera reprezentacji jako ktoś w stylu frontmana zespołu rockowego. Taki piosenkarz ma być obdarzony sugestywnym głosem, pociągającym wyglądem i łatwością kontaktu z fanami. Najlepsze teksty i najpiękniejszą muzykę pisze często kto inny, prawie zawsze to inni grają porywające melodie.
Antiga ma znakomite zaplecze w postaci Philippe Blaine’a. Gdyby to ten drugi zostawał szkoleniowcem „biało-czerwonych”, protesty zapewne byłyby nieporównanie cichsze niż przez dwa ostatnie dni. Jego wiedza, doświadczenie i osiągnięcia są bezdyskusyjne. Trudno wątpić, że da z siebie mniej jako zastępca/asystent/współpracownik/połowa duetu niż dałby jako pierwszy trener. Trudno też wątpić, że skompletują z Antigą kompetentny sztab. Na czym ma polegać słabość czysto szkoleniowa debiutanta Antigi, skoro na zajęciach i meczach zawsze u jego boku znajdzie ktoś taki jak Blain – i będzie swego rodzaju „płucami” swego byłego podopiecznego?
I to też chyba odpowiedź na wątpliwość podniesioną przez Ireneusza Mazura: dlaczego w takim razie nie postawiono na któregoś polskich zawodników, którzy w ostatnich latach zakończyli kariery, jak choćby Sebastian Świderski, Krzysztof Stelmach, Gruszka, czy paru innych. A który z nich mógłby liczyć na takie „płuca” jak Antiga? I na kogo niby?

Komentatorzy, którzy nagle zauważyli, że sponsorzy mają wpływ na zatrudnianie trenerów reprezentacji, rozczulają naiwnością. Nie jest to tajemnicą od czasu „Nie-Boskiej komedii anno domini 2001”, kiedy Ryszarda Boska zwolniono zanim zdążył ponieść jakąkolwiek istotną porażkę, a ani PZPS, ani Polkomtel nie dementowały publicznych dywagacji o sile sprawczej firmy telekomunikacyjnej dla tego pociągnięcia.
Można się zastanawiać, czy to zdrowy układ (a na pewno siatkarscy mecenasi mogliby doedukować się w sferze dyskrecji i powściągliwości), ale realia są brutalne. Jedyne autentyczne męskie sukcesy ostatniego ćwierćwiecza wywalczyła trójka cudzoziemców: Raul Lozano, Daniel Castellani, Andrea Anastasi. Bez wsparcia sponsorów Związku nie byłoby stać na zatrudnienie żadnego z nich.
O zwolnieniu tego ostatniego powie coś przyszłoroczny czempionat (a przynajmniej w tym aspekcie – czy zastąpienie go Antigą da jakiś efekt), natomiast jeśli zrobiono to za karę – to o kilkanaście miesięcy za późno. Bezapelacyjnym osiągnięciem Włocha był „brąz” mistrzostw Europy 2011, największą wartością drugiego miejsca w późniejszym Pucharze Świata był awans na olimpiadę. Natomiast epatowanie się zwycięstwem w Lidze Światowej 2012 – podczas gdy wszyscy nastawiali się na turniej w Londynie – jest groteskowe. Igrzyska są najważniejszą, najbardziej prestiżową imprezą czterolecia. Jednocześnie, Polska miała największą szansę na medal olimpijski od Los Angeles 1984 (gdzie zresztą nie pojechała). I ta szansa została zmarnowana, m.in. przez złe rozłożenie akcentów w przygotowaniach.
Wcześniejszych zasług Anastasiego przekreślać nie można, pozostaje za to wątpliwość, czy… nie za wcześnie objął ster polskiej reprezentacji. Chyba za szybko, jesienią 2010 r., został bowiem zdymisjonowany Castellani, który jedną poważną imprezę wygrał („złoto” ME 2009), jedną przegrał (MŚ 2010) i nie dostał możliwości rozstrzygnięcia tego remisu.

Wracając na zakończenie do Antigi, na jego angaż miała chyba pewien wpływ medialność, swoisty urok, charyzma, a z drugiej strony – brak tychże cech u niektórych rodzimych trenerów wymienianych jako kandydaci do tego stanowiska. A na szkoleniowców ze światowego topu w tej chwili PZPS najzwyczajniej nie stać (zwłaszcza że poniesie też koszty rozwiązania kontraktu z Anastasim).
Uczciwie brzmi deklaracja Mirosława Przedpełskiego, że bierze na siebie odpowiedzialność, jeśli pomysł z Antigą nie wypali. Niezależnie, czy reprezentacja osiągnie w polskich halach zadowalający rezultat (medal?) i obaj zostaną na swych stanowiskach, czy znowu przegra i odejdą (choć tego prezes wyraźnie nie deklarował) – problemy nie znikną. Stara gwardia, nawet jeśli uda się ją teraz zmobilizować, w końcu się wykruszy, sam Bartosz Kurek to za mało, żeby ją w następnych sezonach pociągnąć do ścisłej światowej czołówki.
A biorąc pod uwagę, że z pięciu ostatnich finałów mistrzostw świata juniorów (czyli przez 10 lat) do czterech się nie zakwalifikowaliśmy, a raz zajęliśmy 9. miejsce – na obfite bezpośrednie zaplecze trudno liczyć. Natomiast tegoroczni brązowi medaliści mistrzostw świata kadetów z oczywistych względów nie mogą stać się tymże zapleczem jutro ani pojutrze.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.