Rowerkiem na Rynek

O przywiązaniu do miejsc, osób i dwóch kółek. Miejscu w sztafecie pomiędzy Dorotą Świeniewicz a Anną Werblińską. No i o „poprawkowej” propozycji z Krakowa, która sprawiła, że Magdalena Sadowska została nową atakującą Elitesek UEK.

– Na początek test na pamięć.
– O kurczę…
– Nie jest trudny, tylko z haczykiem. Pamięta pani, kiedy ostatnio nie grała w ekstraklasie?
– Na sezon 1997/98, rok przed maturą, przeniosłam się z Polonii Świdnica do Nike Węgrów i występowałyśmy w ówczesnej Serii B.
– I?…
– I wywalczyłyśmy od razu awans do Serii A!
– Zechciałaby pani snuć dalej analogie?…
– Ha, ha, ha! No mam taką nadzieję, że ten sezon w I lidze będzie podobny! Zespół jest fajny i wszystko tu gra.
– To tak samo jak w Chemiku Police, o którym się mówi, że zdobył już pierwsze miejsce kompletując skład.
– Każdy może mówić co chce. Podejrzewam, że wielu kibiców powie, że to Chemik awansuje. Niech tak będzie, niech takich kibiców będzie nawet 99%. Ale ja jestem sportowcem i uważam, że gdybyśmy się już teraz poddały, to nie byłoby w ogóle sensu zajmować się siatkówką. Cała moja drużyna pewnie też tak myśli. Każdemu może się noga powinąć, są lepsze dla jednych i gorsze dla innych dni. W sporcie jest wszystko możliwe. Naszym celem też jest awans, nie wiem, na ile to jest realne, ale wierzymy w powodzenie i optymistycznie podchodzimy do sprawy.
– O tym, że w sporcie jest wszystko możliwe, przekonał także ostatni play out w PlusLidze Kobiet – pani Stal Mielec prowadziła w nim 3:1 z AZS Białystok i wydawało się, że to Białystok spada, a wy zagracie barażach. A one odwróciły wynik i się utrzymały.
– Bardzo wierzyłyśmy w powodzenie, byłyśmy mocne psychicznie. Te mecze były na niesamowicie wysokim poziomie jak na walkę o utrzymanie. Białystok zagrał rewelacyjnie. Nie wiem, skąd miały tyle siły, energii. Ale utrzymanie Białegostoku to przede wszystkim wygrana dwóch zawodniczek: Jack i Thompson.
– Po czternastu latach w ekstraklasie – polskiej i niemieckiej – trafiła pani do I ligi, do Krakowa. Skąd ten wybór?
– Już w tamtym roku miałam propozycję z UEK i bardzo się zastanawiałam. Postanowiłam zostać w Mielcu, w ekstraklasie. Ostatni sezon był jednak kiepski: nabawiłam się kontuzji, długo nie grałam, klub nie płacił, a na koniec spadłyśmy. Najcięższy sezon w życiu. Żałowałam tamtej decyzji i męczyło mnie, dlaczego nie skorzystałam z ubiegłorocznej oferty: pomyślałam w pewnym momencie, że jeśli jeszcze raz dostanę propozycję z Krakowa, to na pewno ją przyjmę.
– Wiedzieli o tym?
– Mieli już numer telefonu (śmiech). Sporo się zmieniało, potrzebowali zawodniczek. Co ich skłoniło, to już pytanie do prezesa.
– Osiedliła się pani w Krakowie?
– Tak, mam mieszkanie, zwiedzam, podziwiam.
– Ma pani na to siłę przy dwóch treningach dziennie?!
– Sama się zastanawiam, skąd ta energia się bierze. Na dodatek, na treningi dojeżdżam na rowerku.
– Nie wierzę.
– Naprawdę. Kocham rower, wszędzie na nim jeżdżę. Potrafię wieczorem wsiąść na rower i zwiedzać, pojechać na Starówkę, pojechać na Wawel, pojechać na Rynek.
– Ale co Pani robi z rowerem, kiedy chce Pani usiąść w kawiarence na Rynku. Pod pachę?…
– (śmiech) Nie ma z tym problemu, zawsze da się go gdzieś postawić. Rower jest idealny do zwiedzania, wszystko w ten sposób można poznać.
– Większość miejsc poznaje pani gruntownie. Sześć zespołów na ponad dwadzieścia lat kariery, ten jest siódmy. To mało jak na współczesne obyczaje.
– Na ogół przywiązuję się do ludzi, do klubu, do miasta. Jeśli gdzieś jest mi dobrze, jestem zadowolona, to nic nie robię, żeby stamtąd odchodzić.
– Żal się rozstawać? Teraz częste zmiany klubów zwykle oznaczają większe zarobki.
– Pieniądze pieniędzmi? Wiadomo – to też nasza praca, pieniążki mają znaczenie, ale nie są najważniejsze. Liczy się atmosfera, drużyna, trener, ludzie z którymi się pracuje.
– Porozmawiajmy o tym, ale po kolei. W Polonii podawała pani piłki Dorocie Świeniewicz?
– To były troszeczkę inne czasy i o ile sobie przypominam to dziewczynek do podawania piłek nie było. Ale pamiętam jak Dorotka grała, bo już wtedy trenowałam w klubie w juniorkach. I pamiętam odejście Dorotki do Bielska, a niedługo później przeszłam do seniorek.
– A siostry Barańskie podawały piłki pani?
– Nie. Szkoda, że się rozminęłyśmy i kiedy wyjechałam, to Ania i Bogusia za jakiś czas weszły po kolei do drużyny ligowej.
– U was zawsze była sztafeta talentów. Mam nawet do pani i koleżanek żal, bo w lutym 1996 r. wygrałyście dwa razy w Łańcucie z MKS i między innymi dlatego niedługo później spadł z II ligi?
– Ha, ha, ha! Co zrobić?
– Żartuję. Miałyście bardzo fajny zespół, złożony głównie z nastolatek, a jedna z bardziej doświadczonych, Anna Hasik-Słowikowska na rozgrzewce tak przywaliła ze skrzydła w trzeci metr, że piłka po odbiciu od parkietu dotknęła sufitu.
– Ale pan pamięta!
– Jedyny raz widziałem wtedy, żeby dziewczyna zrobiła sufit, tego się nie da zapomnieć. Wracając do tematu przewodniego – była pani wtedy środkową.
– Tak, tak, tak. W Węgrowie przestawili mnie na lewe skrzydło. I tam grałam przez prawie całe życie, a na prawe przenieśli mnie cztery lata temu w Dąbrowie.
– A co lubiła pani najbardziej?
– Lewe skrzydło i fajnie byłoby tam wrócić. Ale nawet o tym nie myślę, bo przez cztery sezony nie trenowałam przyjęcia, więc mogłyby być z tym problemy. Poza tym przyjmujących mamy tu pod dostatkiem, a na prawym póki co jestem jedyna, więc nie będę się nigdzie pchała (śmiech).
– Kończąc wątek Nike Węgrów – to było ryzyko, zmienić szkołę na rok przed maturą i wyjechać tak daleko od domu.
– Długo się nad tym zastanawiałam, ale okazało się, że bardzo dobrą decyzję podjęłam. Trener Zbigniew Krzyżanowski miał świetną rękę do młodzieży i dzięki niemu dużo się nauczyłam. Awansowałyśmy do ekstraklasy, a tam całkiem dobrze sobie radziłyśmy: dwukrotnie zajęłyśmy trzecie miejsce w finale Pucharu Polski, z czego raz – będąc beniaminkiem. To był wielki sukces jak na tak młodą drużynę, gdzie średnia wieku była około 20 lat. Później zaczęłam jednak studiować na AWF w Warszawie i przeniosłam się do stołecznej Skry, z której odeszłam po 3 latach, ponieważ klub niestety zbankrutował.
– Później były dobre wyniki za granicą: puchar Niemiec, trzecie miejsce w mistrzostwach tego kraju. Silna była tamta liga?
– Liga niemiecka nie odbiegała za bardzo od polskiej, ale teraz pewnie dużo się zmieniło, gdyż do Plus Ligii Kobiet napływa co raz to więcej doświadczonych zawodniczek z zagranicy i mam wrażenie że nasz polska liga z roku na rok staje się mocniejsza. Wyjazd do Niemiec planowałam tylko na rok, ponieważ chciałam nauczyć się języka i nagle zrobiło się z tego pięć lat? Było cudownie, wspaniale, przez pięć lat nie ruszałam się z VbF Suhl. Gdyby nie to, że bardzo już tęskniłam za Polską, znajomymi, rodziną, to pewnie bym tam została. Dwa lata w Dąbrowie – odejście to decyzja zarządu MKS. No i Stal Mielec?
– Pani odeszła, długi zostały?…
– No tak. Mogę mówić w swoim imieniu i czterech innych byłych zawodniczek Stali – wspólnie mamy tego samego menedżera. Mamy sprawę założoną u prawnika, dokumenty poszły do Sądu Polubownego przy PlusLidze Kobiet. Jako że w ubiegłym sezonie grałyśmy w tej klasie, mamy obowiązek załatwiać sprawy taką drogą. Mam nadzieję, że klub z Mielca postara się te zaległości uregulować. Byłabym bardzo zaskoczona, gdyby bez żadnych płatności, bez żadnej ugody, dostali licencję na grę w I lidze.
– Po ostatnim sezonie została jeszcze jedna przykra pamiątka – kontuzja.
– Miałam naderwane ścięgno achillesa, operację. Długo się rehabilitowałam. Jeździłam do Rzeszowa, gdzie zajmowali się mną fizjoterapeuci z Resovii. Oni naprawdę mają pojęcie o rehabilitacji, bardzo mi pomogli, dostałam też od nich zestawy ćwiczeń, które przerabiałam sama. Dzięki temu, patrząc na moją łydkę dzisiaj w ogóle nie widać, że miałam przerwę, wszystkie mięśnie zostały odbudowane. Ciągle też pracuję nad tym achillesem i wierzę, że wszystko będzie w porządku.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.