Ryba z ością

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 3 października 2003 r.

Ćwierćfinał pucharu Francji przy komplecie publiczności. Po jednej stronie Bordeaux i wschodzące megagwiazdy futbolu: Zinedine Zidane, Christophe Dugarry, Bixente Lizarazu. Po drugiej Strasbourg z dziewiętnastoletnim Tomaszem Frankowskim w składzie.

Chłopak z Białegostoku nie odbiegał wtedy o przyszłych mistrzów świata i Europy. Jego drużyna zwyciężyła po dogrywce 2:0 i awansowała. Tomek był aktywny przez dwie godziny, stwarzał sytuacje strzeleckie. – Zdobyłem nawet gola, ale sędzia niesłusznie go nie uznał – wspomina.
Wcześniej, z rezerwami Strasbourga, został królem strzelców trzeciej ligi (22 gole), później zaliczył dobry sezon we francuskiej ekstraklasie. Dalej szło pod górkę, w końcu Strasbourg puścił go wolno do III-ligowego Stade Poitiers (drugie miejsce w tabeli najskuteczniejszych z 22 bramkami). W następnym sezonie spadł z II ligi z Martigues, uznano go za jednego z winnych degradacji, trzeba się było pakować. – Wpisałem się w pejzaż: jeszcze jeden Polak, któremu nie powiodło się na Zachodzie. Nie będę opowiadał bajek, że rzucano mi kłody pod nogi. Po prostu nie było odpowiedniej oferty, a zgłosiła się Wisła – opowiadał po powrocie, w 1998 r.
– Nie żałuję; pojechałem się uczyć i nauczyłem się. Gry w piłkę i języka francuskiego – zwierza się dzisiaj. – Nie chciałem się dorobić, gdy podpisywałem pierwszy kontrakt, nawet nie wiedziałem, ile zarabiam. Na same „frytki” – kilka par dżinsów i colę po treningu.

Pulitzer za ripostę

Na paryskim Parc des Princes, w meczu z PSG, młodziak wybiegł kiedyś sam na sam z Bernardem Lamą. – Mostowoj wyłożył mi piłkę i zgłupiałem – opisuje „Franek”. – Chciałem Lamie strzelić między nogami, a uderzyłem w piętę. Długo potem nie mogłem dojść do siebie.
Do krakowskiej Wisły przywiózł nabyte we Francji umiejętności. Już w debiucie, na stadionie Polonii Warszawa, zdobył gola po pierwszym kontakcie z piłką, ośmieszając bramkarza rywali. Zrobił zwód w jedną stronę, posadził na pośladkach Macieja Szczęsnego, poszedł w drugą i strzelił do „pustaka”.
Potem czasami marnował sytuacje, częściej – trafiał na zawołanie, imponując spokojem w polu karnym. – Po to się wychodzi, żeby sprawić przyjemność kibicom – uważa. – Kiedy mam okazję, próbuję się zabawić, a jeśli uda się strzelić ładną, sprytną bramkę, to tym bardziej się cieszą.
Fani Wisły od pięciu lat odwdzięczają się uwielbieniem. Nawet obecnie, gdy najczęściej wychodzi na boisko z ławki rezerwowych, śpiewają dwukrotnemu królowi strzelców naszej ligi: „Tomasz Frankowski, najlepszy napastnik Polski!„.

– To miłe, ale w piłce jest takie przysłowie: „Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz” – nie owija w bawełnę Tomek. – Jeszcze niedawno byłem najlepszym zawodnikiem Wisły, a teraz ciągłe urazy uniemożliwiają mi osiągnięcie normalnej dyspozycji. Jestem jakiś ociężały, wykonanie niektórych zagrań przychodzi mi trudniej. Wiele strzałów, po których dawniej padały bramki, teraz obrońcy blokują, bo nie mam odpowiedniej szybkości. Miotam się pomiędzy pierwszą drużyną a rezerwami. Mam dylemat, czy zmienić otoczenie, czy zostać, bo może problemy wkrótce ustąpią.

Czasem spławia rozmówcę krótkim zdaniem, kiedyś zapomniał przyjść do redakcji na umówiony czat z internautami, ale dziennikarze chętnie podsuwają mu dyktafony pod nos. Odpowiada niesztampowo, nie „ściemnia”. – Wyniosłem z domu skromność, więc gdy zawalę, to się przyznaję. Co będę tłumaczył, że mi piłka podskoczyła.
Następnego dnia po rewanżowym meczu z Lazio grający w nim ćwiczyli krótko. Pozostali, w tym Frankowski, zostali na boisku jeszcze godzinę. Wracając do szatni rzucił do dziennikarzy stojących pod budynkiem klubowym: – Jak plewy trenują to już nie patrzycie? A ja trzy bramki dzisiaj strzeliłem!
– Nie będę wymieniał, co mi dolega, bo zabrakłoby miejsca w gazecie na inne teksty – skwitował niedawno w wywiadzie.
Niekiedy autoironia przeradza się w palący sarkazm. – Tomek, ty naprawdę tak dobrze mówisz po francusku? – powątpiewał jeden z dziennikarzy.
– Gdybyś tak dobrze pisał, jak ja mówię po francusku, dostałbyś już nagrodę Pulitzera – padła riposta.

Strzał w audi

Grupa juniorów Jagiellonii kipiała od rozsadzających ją talentów. Frankowski, Marek Citko, Mariusz Piekarski, Daniel Bogusz, Jacek Chańko, kilku innych, którzy także – choć w pośledniejszych rolach – zaistnieli w dorosłym futbolu. Już od młodzika przywozili medale z każdego turnieju. W 1992 roku zdobyli mistrzostwo Polski juniorów. Dwa lata przedtem, w finale ogólnopolskiej olimpiady młodzieży, walczyli z reprezentacją Krakowa. Sędziował Wit Żelazko, popularny obecnie komentator telewizyjny.
– Dusiliśmy strasznie ten Kraków – wspomina Tomek. – W pierwszej połowie prowadziliśmy 1:0, mieliśmy następne sytuacje; nie wiem, czy rywale przeszli linię środkową. W drugiej połowie ciągle mieliśmy przewagę, ale oni niespodziewanie wyrównali, a pięć minut przed końcem staliśmy z Andrzejem Sazonowiczem, żeby wznowić grę, a Żelazko mówi: „Strasznie mi was żal, bo tak pięknie gracie. Idźcie w pole karne, połóżcie się, to wam karnego gwizdnę”. Chyba sobie żartował, ostatecznie zresztą nie daliśmy mu okazji.

Z brawurą („Osiemnaście lat, człowiek miał inne wartości w życiu„) bawili się również poza boiskiem. – Wracaliśmy dwoma maluchami, Citko jednym, a ja z Samuelem Tomarem w drugim – opowiada. – Ścigaliśmy się na dwupasmówce, Citko uciekł w prawo, a Tomar nie wyhamował i trzy samochody się pocałowały. Jagiellonia to nie Wisła, więc zdarzenie nie zostało tak rozdmuchane jak wypadek Kuzery. Poza tym wtedy nikt nie ucierpiał.
Dostałem nauczkę, a dwa lata później – drugą. Przyjechałem akurat z Francji, właśnie kupiłem sobie beemkę kompakt. Daniel Bogusz miał forda fiestę, ścigaliśmy się na śliskiej po deszczu drodze. Nie zauważyłem kierowcy, który skręcał w lewo. Bogusz się wyrobił, uciekł na prawy pas, a ja nie mogłem, bo jechał autobus, więc wybrałem „strzał” w stojące audi. Wyleczyłem się z szybkiej jazdy. Od tamtej pory, Bogu dzięki, nic mi się już nie przydarzyło. Nie szarżuję.

Pierwszy sms Smudy

Kiedyś w Strasbourgu Tomek nie chciał jeść ryby na obiad. – W Polsce ludzie głodują, a on tu wybrzydza – zżymał się trener, słysząc skargę kelnerki.
– Nikt mnie nie przekona, żeby zjeść rybę z ośćmi, nawet na Wigilię ciężko mi się przemóc przy karpiu – tłumaczy Frankowski. – Gdy usłyszałem, co powiedział trener, uznałem, że moje dni w Strasbourgu są policzone. Lada chwila mnie tam nie było.
W Polsce spotkał kilku szkoleniowców obdarzonych silnych charakterem i niebanalnym usposobieniem. Pierwszy był Franciszek Smuda, który mawiał z sympatią: „Frankowski to taka wesz, która wszędzie się wciśnie„.

– Dla mnie, pod koniec lat 90., to był najlepszy trener w Polsce, a za nim daleko, daleko nikt – uważa Tomek. – Czasami zdarzały się śmieszne sytuacje, gdy na odprawach miał trudności ze znalezieniem odpowiedniego słowa w języku polskim. Prosiliśmy, żeby powiedział po niemiecku, może ktoś przetłumaczy, to szybciej pójdzie. Gdy trafił do Wisły po raz drugi, stał się bardziej podejrzliwy – na obozach czasami wchodził znienacka do pokoju, jakby śledził czy nie pijemy. Może zostało mu to po pobycie w Legii? A w okresie przygotowawczym człowiek jest tak zmęczony, że nie w głowie mu alkohol. Pewnego razu nauczył się wysyłać sms-y. Pierwszego wysłał do Kmiecika, który był jego asystentem. Napisał: „Ty ch…”.

– Wyjechaliśmy do Włoch, trenerami byli Kusto i Nawałka, a koordynatorem Łazarek. Coś w trawie piszczało, że zostanie trenerem, jeśli wiosną drużynie będzie szło kiepsko. Trzy tygodnie trenowaliśmy ciężko, zagraliśmy słabo w turnieju towarzyskim. Koordynator Łazarek, siedzący dotąd na trybunach, został pierwszym trenerem. Nie wiedzieliśmy, kto będzie jego asystentem, bo Nawałka z Kustą przeprowadzali na zmianę rozgrzewki. Widocznie lepiej robił to Nawałka, bo on się załapał. Łazarek miał swoje słynne powiedzenie: „Krótko, ale godnie”, no i nie pracował dłużej niż dwa miesiące.
Wspomina. – Z Nawałką miałem jeden „spaw”. Na wiosnę 2001 roku mieliśmy dziesięć punktów przewagi w tabeli, ale coś się zacięło. Przegraliśmy u siebie z Wisłą Płock, a potem zremisowaliśmy ze Śląskiem Wrocław. Podejrzewano, że odpuściliśmy. Niesłusznie. A trener zachował się, jakby rzeczywiście tak było – odsunął od składu mnie i Kałużnego. „Kałuża” wykręcił się, przedstawiając L4 i opowiadał, że nie gra, bo ma kontuzję. Ja nie chciałem się w to bawić, a Nawałka tłumaczył w prasie, że moja żona będzie rodzić i dlatego nie wystawił mnie w meczu z Ruchem. Była ostra wymiana zdań, czułem się pokrzywdzony, bo chciał motywować drużynę moim kosztem.

Wspomina. – Lenczyk miał lżejsze metody treningowe. Dzięki niemu poznałem zapach sali judo. Dużo tam ćwiczyliśmy: akrobatyka, rozciągania, zabawy z piłkami lekarskimi, gumami. Jak na wuefie. Była to nowość, ale bardzo mi się podobało, a w lidze gnietliśmy wszystkich.
– Kiedyś kolano Kazka Moskala porównywał do przepalonego pieca, rysując go na tablicy. Kierował się zasadami savoir vivre. Jeżeli jako starszy nie wyciągał pierwszy dłoni, to znaczyło, że się nie wita. Parę razy się zapominałem, a potem czesałem włosy ręką. Adaś Piekutowski przyjechał na obóz z opatrunkiem na prawej dłoni, siedzieliśmy przy obiedzie, a on podszedł do Oresta i wystawił lewą. Nadział się na ostre spojrzenie, a my kładliśmy się ze śmiechu.

Takie trele-morele

Jedna z fanek Strasbourga uwielbiała Frankowskiego, malowała jego obrazy. – Wychodziły niezłe, głównie portrety, kilka mam do tej pory – uśmiecha się.
Francuzka nie doczekała się wzajemności, bo jeszcze przed wyjazdem poznał w Białymstoku Edytę. Po kilku latach wzięli ślub, w 2001 roku urodził im się synek, Fabian. Drugie dziecko ma przyjść na świat w grudniu. – Czy zmieniłem się po urodzeniu syna? Zacząłem gorzej grać w piłkę – żartuje „Franek”. Niezgodnie z prawdą, bo trzy miesiące później zanotował jeden z najlepszych meczów w karierze. Wisła długo prowadziła na Reymonta z wielką Barceloną, Frankowski strzelił gola, przy innym przedostatnim podaniem oszukał obronę Hiszpanów. Wymierzona co do centymetra, miękka wrzutka w pole karne – tak serwuje się obiady w ekskluzywnych restauracjach. – W drugiej połowie już słanialiśmy się na nogach, bo zaczęli grac piłką – opisuje.

Wiosną 2000 r. strzelił cztery gole Górnikowi Zabrze, a jesienią wziął udział w meczu-legendzie. Do pucharowego rewanżu w Krakowie z Realem Saragossa Wisła przystąpiła po porażce 1:4 na wyjeździe. – Wszyscy byli pogodzeni z odpadnięciem – mówi Tomek. – Wiadomo: liga hiszpańska silniejsza, takie trele-morele. Do przerwy znowu przegrywaliśmy, 0:1, a potem nastąpił cud. Trener Lenczyk zdjął gwiazdy drużyny, Czerwca, Kulawika i Moskalewicza. Wprowadził trzech totalnych rezerwowych: Kelechiego, Nicińskiego i Sosina. „Keli’ wyrównał, ja poprawiłem na 2:1, lepiej się poczuliśmy. A gdy Kazio Moskal dołożył trzecią bramkę, to tamci ze strachu popełniali już katastrofalne błędy. Dogoniliśmy ich i zgnietliśmy jak pitbull ratlerka. Później trafiliśmy na Porto, a Lenczyk skomentował losowanie: „I po co wam było eliminować Saragossę?”.

Niemoc wśród gejsz

W 1993 roku był najmłodszym piłkarzem w historii legalnie transferowanym za granicę. – Menedżer Strasbourga, Max Hild, przyjechał do Warszawy, porozmawiał po francusku z prezesem Kuleszą – opowiada Tomek. – Przekonał go, że to nie jest wypucha, że nie zostawią mnie samemu sobie.
Trzy lata później był pierwszym Polakiem, który zagrał w lidze japońskiej. Do Kraju Kwitnącej Wiśni ściągnął go Arsene Wemger, obecny menedżer Arsenalu Londyn. Wcześniej, w Strasbourgu, „Franek” wynajmował przez biuro nieruchomości mieszkanie słynnego trenera.
Pobyt w Nagoi to wiele nowych wrażeń. – Wyjazdy na mecze superszybkimi pociągami, domy metr od płotu, piętrowe parkingi – opisuje. – Gejsze na dworcach; nie przechadzające się powoli, ale pędzące we wszystkich kierunkach jak pozostali Japończycy.
Był wypożyczony na dwa miesiące, wystąpił w ośmiu z dziesięciu meczów, furory nie zrobił. – Pięknie się tam zarabia, ale miałem problemy z aklimatyzacją – wyjaśnia. – Grający w Japonii cudzoziemcy mówili, że ot szaleństwo, przyjeżdżać tam na tak krótko. Dragan Stojković twierdził, że jego pierwsze pół roku ot było totalne nieporozumienie. A po dwóch latach został największą gwiazdą J-League.
– W jednym meczu wyszedłem sam na sam, kiwnąłem bramkarza, biegnę sobie do pustej bramki. Super atmosfera, komplet widzów, prowadzimy. Widzę kątem oka, że goni mnie obrońca, podniosłem więc piłkę, aby nie mógł jej wybić i uderzyłem w słupek. Potem, na powtórkach, zobaczyłem, że ten obrońca zrezygnował. To najlepiej obrazuje moją niemoc w Japonii – nawet tak prosta sytuację schrzaniłem.

Przez cztery lata w Wiśle filigranowy napastnik był okazem zdrowia. Kontuzja przydarzyła się w lipcu ubiegłego roku, w najmniej spodziewanym momencie. – Czułem się wyśmienicie fizycznie, to miał być mój sezon – opowiada. – Graliśmy sparing z Lyonem, bolało mnie w pierwszej połowie. Po przerwie sygnalizowałem zmianę. Trener wysłał Mauro Cantoro na rozgrzewkę, ale trwała ona bardzo długo i przy jednym z podań tak mi strzeliło w pachwinie, że do dziś mnie „ciągnie”.
Urazów psychicznych miał trzy. Jesienią 1999 roku mistrzowie Polski prezentowali się fatalnie, więc włodarze klubu, aby nimi wstrząsnąć, zaczęli wymachiwać kijem. Najgorzej obeszli się z Frankowskim, który został przesunięty do rezerw. Aktualny król strzelców wyszedł więc na osiedlowe boisko przeciw czwartoligowej Wieczystej Kraków. Sześciu fotoreporterów i kamera telewizyjna uwieczniły niespotykaną liczbę widzów i zwycięskiego gola Tomka z rzutu karnego. – Tak naprawdę ukarano mnie wtedy, bo ktoś naopowiadał bzdur, że PSV Eindhoven chce mnie kupić, a ja gram słabiej, żeby zaniżyć wysokość transferu – wyjaśnia.

– Drugi raz poczułem się fatalnie, kiedy trener Lenczyk po meczu z Saragossą, w którym byłem jednym z bohaterów, postanowił zmienić wielomiesięczną taktykę i przed spotkaniem z Porto posadził mnie na ławce. Twierdził, że wejdę w przerwie, strzelę gola i wygramy. Tak byłem roztrzęsiony tą ławką, że po wejściu w drugiej połowie byłem cieniem.
Ostatnio po raz trzeci przyszło mu walczyć z frustracją. – Drużyna jest w Warszawie, przygotowuje się do meczu jesieni, a ja wspominam tutaj przeszłość, jutro zaś jadę do Radomia, pomagać rezerwie w trzeciej lidze – mówił przed dwoma tygodniami z goryczą. – Ale to nie koniec świata, trzeba sobie z tym radzić. Takie sytuacje a wkalkulowane w zawód piłkarza, zarabiamy dosyć duże pieniądze, więc nie ma co za bardzo nam współczuć.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.