Rycerz i królowa nocy na baletach

Sokół Łańcut, wśród olbrzymich nerwów, pokonał na wyjeździe po dogrywce SKK Siedlce, 91:78, i wyrównał najlepszy wynik otwarcia w czternastosezonowej karierze w I lidze koszykarzy.

Gdy łańcucianie podróżowali wąskimi drogami na północ, ich kolega, Michał Sadło przeszedł rekonstrukcję więzadeł krzyżowych w krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. J. Dietla. Zabieg zaaranżował pomagający od dawna klubowi fizjoterapeuta, Bartosz Rutowicz, a przeprowadził go ceniony przez sportowców Michał Kłosiński, który nieco wcześniej tego samego dnia operował dawnego zawodnika Sokoła, a obecnie RB Politechniki Kraków, Wojciecha Pisarczyka.
Później na parkiecie siedleckiego MOSiR działy się jednak rzeczy nie mające dużo wspólnego z chirurgiczną precyzją. Gospodarze gubili mnóstwo piłek (8 strat w pierwszej części, a 26 w całym meczu), goście pudłowali z bliska i z linii osobistych (5 z 12 do przerwy i 18 z 30 po 45 minutach). Jedynym stojącym na wysokim poziomie elementem, zresztą po obu stronach, były „trójki”. Kiedy przyjezdni mieli ich na koncie pięć (w tym trzy – Marek Zywert) na tablicy świeciło się 18:21, a gdy Kamil Czosnowski dołożył dwie swoje do dwóch Rafała Sobiło i jednej Rafała Króla – zamknął kwartę rezultatem 24:21.
– Senny dzień, podróż, wpłynęły chyba na naszą gorszą postawę – zastanawia się Kamil Zywert. – Poza tym „zabili nas deską”, zwłaszcza w ataku. Było im łatwiej, bo mogli ponawiać akcje.
W pierwszej odsłonie miejscowi zwyciężyli w zbiórkach aż 15:3, a w całym spotkaniu 57:29, dzięki czemu kilkakrotnie niwelowali dzisiaj straty.

A mieli co odrabiać, bo w drugiej kwarcie na obwodzie zameldowali się ludzie, których nie do końca chyba tam się spodziewali: Rafał Kulikowski, Maciej Parszewski i Adrian Warszawski. Ich team zanotował w ciągu sześciu minut run 13:0, a siedlczanie nie mieli nawet zbyt wielu okazji do oddawania rzutów, bo przeciwnicy zawczasu odbierali im piłki.
Na starcie drugiej połowy wynik brzmiał 29:37, ale dwa natarcia SKK zlikwidowały przewagę. Pierwsze odparł Marek Zywert (w pewnym momencie legitymował się skutecznością 5/8 za trzy), ale po drugim Sobiło wyrównał na 43:43.
Łańcucianie opanowali sytuację zabezpieczając własny kosz i ogrywając wysokich pod przeciwnym (43:51), lecz po chwili zrobiło się 55:55 i dziki wjazd Artura Włodarczyka dał im już tylko minimalną przewagę przed czwartą dziesięciominutówką.
W niej rządził Paweł Lewandowski, inteligentnie rozwiązujący pick’n’rolle i obsługujący partnerów, błyskotliwie finalizujący jedną z akcji. Gdyby nieco wcześniej nie „odpalił” wreszcie na łuku Bartłomiej Karolak, to trafienie Lewandowskiego po zwodzie i pivocie przyniosłoby pewnie jego drużynie zwycięstwo, a nie wyrównanie na 75:75. Obaj rywale zmarnowali jeszcze po jednej szansie (SKK w ostatnich 16 sekundach) i doszło do dogrywki. Sokół miał przystąpić do niej bez kapitana, Macieja Klimy, który spadł z boiska za pięć fauli.

Od ubiegłej dekady Sokoła wozi lokalna firma „Kwoszcz”, autokarami opatrzonymi adekwatnym hasłem: „Nieważne dokąd, ważne z kim!”. Gros z grubo ponad stu tysięcy kilometrów przejechał w tym czasie z koszykarzami Sławomir Kwoszcz, który w tym sezonie wprowadził nowy obyczaj: ruszając sprzed hali po zwycięskiej konfrontacji puszcza przy mocno rozkręconych głośnikach piosenkę swojego mniej przystojnego imiennika. A leci to tak:
Miłość, miłość w Zakopanem
polewamy się szampanem
rycerzem jestem ja
a ty – królową nocyyy
Zdarza się, że w tym momencie niektórzy zawodnicy zaczynają podśpiewywać. A jak tak dalej pójdzie, polubią discopolowy kawałek jak zupę pomidorową z makaronem, którą jedzą zawsze na przedmeczowym obiedzie. W tym sezonie mają wszak na koncie już pięć wyjazdowych zwycięstw, ale jeszcze bardziej imponuje inna statystyka. Legitymują się bilansem 8-1, którym wyrównali najlepszy rezultat otwarcia z 14 sezonów kariery klubu na zapleczu ekstraklasy! Taki sam padł w rozgrywkach 2005/06, 2007/08 i 2016/17 – nigdy w 9. kolejce Sokół nie pozostawał bez porażki. Teraz dokonał tego bardzo przebudowany team, z sześcioma nabytkami, z czego trzej występowali ostatnio głównie w II lidze, a trzech zostało zdegradowanych z I ligi (przy czym jeden po bardzo dobrej inauguracji odniósł poważną kontuzję).
– No tak, gdy przyjechałem do Łańcuta dochodziły mnie słuchy, że w tym sezonie nie oczekuje się zbyt wiele, bo skład jest odmłodzony – uśmiecha się Kamil Zywert. – Ale trener Kaszowski przecież nie raz już udowodnił, że potrafi stworzyć świetny zespół z zapomnianych koszykarzy.
Wspomniany Dariusz Kaszowski zaprzeczył tym samym opinii, że woli opierać się na doświadczonych, niekiedy zaawansowanych wiekowo zawodnikach. W obecnej kadrze jest tylko dwóch z ósemką na przodzie pesela i chyba najmniej w niej znanych nazwisk. – Oni nie mieli możliwości wyrobić sobie nazwisk, bo są młodzi. Ale pracują na nie, co chyba pokazują wyniki – polemizuje szkoleniowiec, który dzisiaj w meczu nerwowym, szarpanym i brzydkim poza pierwszą w sezonie dogrywką miał też „przyjemność” otrzymać pierwsze przewinienie techniczne. – Gdybyśmy przeanalizowali składy z przeszłości, okazałoby się, że wielu, których dzisiaj postrzega się jako doświadczonych i klasowych nie było takimi, gdy do nas przychodzili. A siłą obecnego składu jest zespołowość: fajnie dzielą się piłką, a punkty się rozkładają.

Taki sam sens ma stwierdzenie Kamila: „Końcówka pokazała, że jesteśmy prawdziwą drużyną, że w najważniejszych momentach jesteśmy razem„. Z tym że w dogrywce on był o krok przed wszystkimi: sprawował pełną kontrolę, rzadko wypuszczał piłkę z rąk, penetracjami kroił defensywę jak masło rozgrzanym nożem i zdobył połowę z 16 pkt Sokoła. – Od rozgrywających oczekuje się, że w takich chwilach wezmą odpowiedzialność. A ja czułem się na tyle pewnie, że to zrobiłem. Miałem też miejsce do wjazdów pod kosz, bo obrońcy skupili uwagę na naszym zagrożeniu na obwodzie – skromnie kwituje swoją postawę.
A że Aaron Weres dostał drugie przewinienie niesportowe, które oznaczało dyskwalifikację, na miejscu był Kulikowski, Karolak zaś dołożył trzynastą „trójkę” do środowego dorobku łańcuckiego teamu – zwycięstwo nie mogło wymknąć mu się z rąk. Przyniosło mu ono również powrót na fotel lidera I ligi, gdyż zajmująca go dotąd Spójnia Stargard pauzowała.
W najbliższą sobotę, o g. 17.30, Sokół będzie bronił pierwszej lokaty we własnej hali, podejmując GKS Tychy, który w tym tygodniu dokonał dwóch kolejnych transferów, przede wszystkim Michała Jankowskiego, mającego pokaźny staż w ekstraklasie.
PAWEŁ FLESZAR

SKK Siedlce – SOKÓŁ Łańcut 78:91 (24:21, 5:16, 26:20, 20:18, d. 3:16)
Sędziowali: Błażej Rymarczyk, Maciej Krupiński, Tomasz Sawicki. Widzów: 100.
SKK: Król 21 (3×3, 11 zb., 2 prz.), Sobiło 21 (4×3, 4 zb.), Lewandowski 9 (7 as., 5 zb.), Nędzi (7 zb.), Obarek oraz Rajewicz 12 (12 zb.), Czosnowski 8 (2×3, 4 zb.), Wróbel 4 (4 zb.), Weres 3 (1×3). Trener: Michał Spychała.
SOKÓŁ: M. Zywert 25 (5×3, 2 prz.), Kulikowski 18 (1×3, 10 zb.), K. Zywert 17 (1×3, 8 as., 4 zb., 2 prz.), Klima 11 (1×3, 5 zb., 3 prz.), Karolak 11 (3×3, 2 prz.) oraz Włodarczyk 3 (4 as., 4 prz.), Warszawski 3, Parszewski 3, Inglot. Trener: Dariusz Kaszowski.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.