Rytuały dobrego samopoczucia

Borykający się z problemami personalnymi Sokół Łańcut wygrał drugi raz w ciągu trzech dni – 76:62 z Kotwicą Kołobrzeg – i osiągnął trzeci wynik w historii I-ligowych występów.

„Człowiek jest niezdolny do tego, aby nie być do wszystkiego zdolnym” – napisał Waldemar Łysiak w posłowiu do swojej bestselerowej „Konkwisty”. W tym tygodniu jest to bojowe hasło  łańcucian. Kiedy w sobotę jechali do Wrocławia bez podstawowego playmakera Kamila Zywerta i z nie w pełni sprawnym Bartłomiejem Karolakiem, by mierzyć się ze Śląskiem, który w siedmiu poprzednich meczach tylko raz został pokonany – mało kto poza nimi samymi wierzył w powodzenie. A oni zdewastowali w II połowie atak rywali, pozwalając im na zdobycie zaledwie 26 punktów i zwyciężyli 85:65.
Dzisiaj, w zaległym spotkaniu, mając chwilami problemy z realizacją choćby minimalnej, siedmioosobowej rotacji, bardzo pewnie odprawili Kotwicę. – To zwycięstwa odniesione dzięki cechom wolicjonalnym – zgadza się Artur Włodarczyk, który udanie zastąpił Zywerta. – Są też efektem atmosfery jaka u nas panuje, entuzjazmu, zaufania, umiejętności czytania gry. Ludzie, którzy w innych zespołach byliby liderami, grają sobie razem i tworzą monolit.

W inauguracyjnej kwarcie z tego monolitu wyróżniali się Marek Zywert i on – każdy ukłuł dwiema „trójkami” i kontrą, a na tablicy po dziesięciu minutach świeciło się 24:15. Gdy w drugiej części przyjezdni odrabiali straty, „Włodar” przedarł się wskroś ich defensywy, jak przez chaszcze i kałuże (pomiędzy ciałami, chwilami podskakując) i skończył dwutakt z drugiej strony kosza. Do tego Adrian Inglot wcelował z dystansu, dając drużynie najwyższe w pierwszej połowie prowadzenie, 36:23.
Włodarczyk był po swojej zwyczajowej rozgrzewce, w której uczestniczy… niemal o połowę krócej niż pozostali. – Nie lubię się rozgrzewać; umiem rzucać, biegać, podawać, więc nie muszę sobie tego przypominać przed meczem. Poza tym zawsze wcieram wtedy w nogi maść, która zaczyna działać akurat po 15 minutach, czyli wypada to na początek meczu – tłumaczy. Do tego porządnie moczy wówczas ręce, bo uważa, że mu wysychają (później już zwilża je, pocierając o głowę lub koszulkę), no i rozładowuje napięcie za pomocą pogawędki. – Gdy występowałem w AGH Kraków, zawsze na korytarzu spotkałem kogoś znajomego, albo rozmawiałem z bardzo sympatycznymi ochroniarzami. Tutaj znam mniej osób, ale czasem ktoś się nawinie, często też przychodzi do szatni nasz drugi trener, Mateusz Leja – opowiada rodowity krakus. W dzień meczowy słucha też zawsze królów dyskotek lat 80., Modern Talking, ale zżyma się na pytanie, czy ma jeszcze jakieś inne rytuały.
– Nie stosuję rytuałów, bo ich tworzenie jest dla mnie są oznaką słabości – zapiera się.- Ktoś potem czegoś nie wykona i czuje się gorszy. To co robię, służy temu, żebym się dobrze poczuł.
– Rytuały, czy przesądy służą dokładnie temu samemu.
– Ale u mnie to są czynności pragmatyczne, użytkowe.

Trudno Artka przekonać. Wszelkie swoje sądy ma przemyślane i bogato uargumentowane. Do tego jest klasycznym gadułą. Niedawno na rozmowę o niektórych aspektach funkcjonowania w zespole i na boisku wziął go szkoleniowiec Sokoła, Dariusz Kaszowski. W końcu jęknął: – Gościu, już dosyć… Miałem ci udzielić pewnych instrukcji, a zanim zdążyłem to zrobić, usłyszałem siedemnaście twoich teorii.
Tak samo nieustępliwy Włodarczyk jest na boisku. Na przerwę schodził ciężko utykając, bo po czapie Szymona Rducha gruchnął o parkiet pod koszem. Drugą połowę zaczął jednak od wyrwania piłki Łukaszowi Bodychowi; Karolak trafił lobem jednorącz, Zywert z dwutaktu, a Klima skompletował akcję 2+1 (43:28). Gospodarze miewali przestoje, ale podrywał ich Marek, który w trzeciej odsłonie zdobył 13 „oczek”. Co było bardzo ważne w świetle coraz większych problemów personalnych miejscowego teamu: w pewnym momencie mieli z Klimą po trzy faule, a staranowani Karolak i Maciej Parszewski, który dawał wcześniej pożyteczne zmiany, liczyli żebra na ławce rezerwowych. 48:30, 54:37, 58:40.
– Przeciwnicy pomagali, bo ile razy brakowało nam sił, to stawali strefą – analizuje lekko złośliwie Włodarczyk. – A Marek, przy dobrej obronie całej drużyny, wziął na siebie ciężar w ataku. Zresztą nie po raz pierwszy. Jeśli o mnie chodzi, to „przetarłem się” kondycyjnie we Wrocławiu, gdzie w pierwszej kwarcie nie widziałem na oczy i bardziej koncentrowałem się na złapaniu oddechu niż złapaniu piłki, a po meczu chciało mi się wymiotować. Dzisiaj było dużo lepiej – zwierza się 22-latek, który spędził na placu najwięcej z wszystkich zawodników, 33.5 minuty, przez większość tego czasu ścierając się jak odyniec z Pawłem Dzierżakiem.

Jest żywą reklamą swoich metod żywieniowych. Z niejaką fascynacją można obserwować, kiedy podczas wyjazdowych obiadów zachowuje się jak typowy dzieciak-niejadek (gdzie-niegdzie na Podkarpaciu nazywa się takiego także „zamorkiem”): odcedzi trochę pomidorowej zostawiając makaron, pogryzie połowę fileta, ale już ryżu „dziubnie” odrobinę i niewiele więcej surówki. – Nie lubię się przejadać. Poza sezonem jem raz dziennie, a w sezonie dwa razy, przy czym do rozpoczęcia meczu bazuję na jednym posiłku: kasza jaglana z warzywami i dwa jajka sadzone – opowiada.
– Nie wszystkie z tych zasad spodobałyby się dietetykom.
– Nie powiem, co mogę pokazać dietetykom, bo byłoby to wulgarne. Za to jestem gotowy do debaty z każdym z nich, bo żywienie jest moim konikiem. Wiem najlepiej, czego potrzebuje mój organizm i co mu służy. Poza sezonem dodatkowo, raz albo dwa razy w tygodniu, poszczę, pijąc przez cały dzień tylko wodę.
– Ale najwyraźniej nie stosujesz swoich metod zbyt ortodoksyjnie – na facebook’u, tym źródle wszechwiedzy, widziałem jak wsuwaliście z kolegą masywne hamburgery oglądając nocny mecz NBA.
– Bo wyznaję tezę, że każda trucizna w małej ilości może być lekarstwem – odparowuje z humorem i refleksem, udzielając długiego wywiadu na bosaka („ciągle tak chodzę”).

Gdy w czwartej ćwiartce usiadł już na ławce, mógł z boku popatrzeć, jak Klima niszczy rywali egzekwując osobiste, zbiera, podaje, a jeśli trzeba to nawet wyprowadza piłkę. Jak Inglot znowu ładuje efektownie za trzy, w ostatniej sekundzie dozwolonego czasu akcji. A przede wszystkim – jak Rafał Kulikowski gromadzi górę zbiórek niemal tak wielką jak on sam, dorównując żwawością swojej niespełna trzyletniej córeczce. Milenka, z promienną buzią, ogniem w oczach i triumfalnym okrzykiem na ustach, biegała wkoło hali w takim tempie i tak wytrwale, że niemal „zajechała” swoją mamę, lecz to tacie przyznano nagrodę dla MVP.
W dogasającej konfrontacji przewaga łańcucian zmniejszyła się z 60:40 do 76:62, ale nigdy nie zeszła poniżej pułapu bezpieczeństwa. Sokół zanotował 22. zwycięstwo w sezonie zasadniczym, bijąc najlepsze osiągnięcia z rozgrywek 2010/11 i 2016/17 (po 21). Ustanowił trzeci rezultat w swojej I-ligowej historii, ustępujący tylko sezonom 2007/08 i 2015/16, kiedy miał po 25 wygranych.
Tego rekordu już nie pobije, bo do końca części zasadniczej zostały dwie kolejki, ale konto będzie mógł podreperować już w najbliższy czwartek, podejmując o g. 15.30 Eneę Astorię Bydgoszcz.
– Czy wytrzymamy tę kumulację spotkań? Spoko! Przecież teraz mamy aż dwa dni przerwy, a to dla nas jak dla innych miesiąc – uśmiecha się kpiąco Artur Włodarczyk. – A przede wszystkim, jesteśmy bardzo dobrze przygotowani motorycznie.
PAWEŁ FLESZAR

SOKÓŁ Łańcut – ENERGA KOTWICA Kołobrzeg 76:62 (24:15, 12:13, 22:12, 18:22)
Sędziowali: Adam Krasuski, Arkadiusz Wojna, Mateusz Skorek. Widzów: 250.
SOKÓŁ: M. Zywert 23 (5×3, 6 zb., 3 prz.), Klima 14 (9 zb.), Włodarczyk 12 (2×3, 5 as.), Kulikowski 8 (1×3, 15 zb.), Karolak 4 oraz Inglot 8 (2×3), Parszewski 5, Warszawski 2, Błachowicz -Kiełb. Trener: Dariusz Kaszowski.
KOTWICA: Dzierżak 11 (5 as.), Rduch 9 (2×3, 5 zb.), Grujić 8 (4 zb), Ryżek 5 (1×3), Ł. Bodych 3 oraz Przyborowski 12, Pawłowski 6, P. Bodych 5, Neumann 3 (1×3, 4 zb.), Żmudzki, Dobriański. Trener: Dawid Mieczkowski.

Pozostałe wyniki i tabelę I ligi koszykarzy można znaleźć TUTAJ

Komentowanie zablokowane.