Ryzyko na wysokiej fali

Pełna wersja reportażu opublikowanego w miesięczniku „Super Volley” z kwietnia 2008 r.

– Nigdy nie uważaliśmy, że geografia może mieć wpływ na nasze działania – przekonuje Grzegorz Jeżowski, dyrektor Muszynianki Fakro. I te słowa najlepiej streszczają historię budowania siatkarskiej potęgi w małej mieścinie na skraju mapy.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

W Muszynie wszystko jest takie samo, jak w niewielkich, peryferyjnych miasteczkach. Ryneczek z paroma knajpami i parkingiem pośrodku, kościół, szkoła, biblioteka. Poprad – nieduża, rwąca rzeczka, rozcinająca miejscowość. Sporo pensjonatów i domów wczasowych, bo turyści chwalą sobie tutejszy spokój i czyste powietrze. I jak we wszystkich przygranicznych miasteczkach, ludzie zawsze przeprawiali się „na drugą stronę”, krzewiąc bezcłowy handel ze Słowacją na długo przed przystąpieniem obu krajów do Unii Europejskiej. I jak wszystkie miasteczka leżące na terenach podgórskich, nie raz odcinał Muszynę od świata zasypujący drogi śnieg. A zimą, nocami regularnie chwytał tęgi mróz, który jednak nie był w stanie skuć marzeń dwóch ludzi – Bogdana Serwińskiego i Grzegorza Jeżowskiego.
I dlatego Muszyna jest różna od wszystkich podobnych miasteczek. Ma drużynę, w której od kilku lat występują siatkarki o międzynarodowej sławie, która zdobyła już mistrzostwo kraju, a w tym sezonie walczy o drugie, która występuje w europejskich pucharach i dzięki której serwisy informacyjne łączą pięciotysięczną miejscowość z Moskwą, Stambułem, Wiedniem i Cannes.

A siatkarski zespół ma sponsora różnego od większości mecenasów sportu w naszym kraju. No bo proszę sobie wyobrazić panią w średnim wieku o macierzyńskim wyglądzie i uśmiechu. Stereotypy lokują takie kobiety w kuchni, przygotowujące obiad dla gromadki wychowywanych z miłością dzieci. Tymczasem Maria Janas, szefowa „Muszynianki” twardo negocjuje wielomilionowe kontrakty, jej firma opanowała dużą część polskiego rynku wód mineralnych, na dużą skalę eksportuje je do Stanów Zjednoczonych, Australii, Skandynawii, a pani Maria odbiera nagrody na międzynarodowych sympozjach biznesowych. Od dziesięciu lat finansuje sportowe postępy klubu.
Pamiętam, że działacze zaprosili muszyńskie przedsiębiorstwa na spotkanie, na którym prezentowali zespół – wspominała Maria Janas. – Nie mogę sobie jednak przypomnieć, co nas skłoniło do wyłożenia pieniędzy. Niedługo później pierwszy raz w życiu poszłam na mecz siatkówki i bardzo mi się spodobało, bo dziewczyny były niesamowicie ambitne.

„Muszynianka” jeszcze mniej ma wspólnego ze zwyczajowym postępowaniem sponsorów – ingerowaniem we wszelkie formy funkcjonowania drużyny, włącznie z pracą szkoleniową i pozyskiwaniem zawodniczek. I naturalnie – samowolnym dokonywaniem zmian personalnych, szczególnie na stanowiskach trenerskich. Zarząd „mineralnej” firmy zachowywał się w tak samo stonowany sposób przy klęskach, porażkach, zwycięstwach i sukcesach. – Pijemy „Muszyniankę”, która zawiera dużo magnezu, a on ma właściwości uspokajające – śmieje się pani Maria. – Skoro nie potrafię ocenić sportowych walorów siatkarek, to do transferów się nie wtrącam. Nie kalkulowaliśmy w żadnym momencie naszej współpracy z klubem, więc nawet mistrzostwa Polski nie traktowaliśmy jako zwrotu inwestycji. Czerpiemy pożytki z tej ziemi, która hojnie nas obdarzyła. Sponsorując siatkarki spłacamy dług wobec tutejszych mieszkańców. Przychodzą na mecze, wielu z nich to nasi pracownicy, cieszą się i to już jest zysk – kończy odrobinę patetycznie.
Przez lata rozmowy na temat budżetu drużyny na następny rok wyglądały niesztampowo. – Wy starajcie się skompletować dobry skład, a pieniądze już się znajdą – słyszeli nieodmiennie działacze przemodelowujący zespół wraz z kolejnymi awansami. – To akurat w ostatnich sezonach się zmieniło – zaznacza Serwiński. – Zaczęliśmy obracać tak dużymi kwotami, że budżet na następne rozgrywki muszę dokładnie planować i omawiać ze sponsorami już teraz, wczesną wiosną.

Nauka bez wstydu

– Każdy ma jakieś lęki, zostaje tylko kwestia, czy na przekór nim rzucasz się na falę. Ja się rzucam, bo lubię ryzyko. I kiedyś skoczę ze spadochronem, choć myśląc o tym jestem przerażona – zwierzała się Milena Rosner, jedna z bohaterek mistrzowskiego sezonu 2005/06. Ludzie, którzy na dziewiczej ziemi budowali potęgę muszyńskiej siatkówki mogą przyjąć tę kwestię za własne credo.
Zaczęło się niewinnie, od rekreacji. Adam Mazur, prezes Popradu Muszyna, koncentrującego się na szkoleniu piłkarzy, w 1982 roku założył w klubie sekcję siatkówki żeńskiej. W miasteczku nie było jeszcze sali gimnastycznej, przez dwa sezony drużyna rozgrywała wszystkie mecze na wyjeździe.
Chodziło o to, aby zachęcić miejscowe dziewczęta do uprawiania sportu. Siatkówka „narzuciła się” jako pierwszy pomysł – wspomina Serwiński, były futbolista Popradu, wówczas już absolwent Akademii Wychowania Fizycznego i szkolny nauczyciel WF. Najpierw drużynę siatkarek prowadził Mazur, później przez kilka miesięcy Janusz Sowiński. Serwiński musiał ją przejąć w trakcie sezonu, choć o tej dyscyplinie pojęcie miał raczej mgliste, wszak dotąd trenował tylko piłkarzy (zresztą przez kilka następnych lat łączył nowe zajęcie ze szkoleniem trampkarzy Popradu). – Sam nie wiem jak to się stało, że trafiłem do siatkówki – mówił z zakłopotaniem w erze największych sukcesów.
Przyznawał, że nowej specjalności uczył się wtedy na bieżąco i uczy się do dzisiaj. Ponoć po awansie do II ligi, w 1999 roku, proponował rutynowanemu koledze z Jasła, aby został I trenerem, lecz tamten nie przyjął oferty. Tak czy owak, Serwiński zachował funkcję, nigdy nie wahał się pytać o radę bardziej doświadczonych trenerów. Gdy Muszynianka zdobywała mistrzostwo, cała liga plotkowała, że zespołem kieruje zza kulis Andrzej Niemczyk. – Nie dyryguje, ale czasem daje mi wskazówki – prostował Serwiński. – Inni są może zbyt dumni, by go o to prosić, a ja się nie wstydzę.

Od początku zyskał współpracownika i przyjaciela w Jeżowskim, nauczycielu biologii, który kiedyś podnosił ciężary i grywał w piłkę ręczną. Został dyrektorem uczniowskiego klubu, Serwiński wziął na siebie funkcję prezesa. Od paru lat prowadzą wyczynowy zespół występujący w europejskich pucharach. – Skąd te umiejętności? No cóż, w naturze człowieka inteligentnego leży zdolność uczenia się – wzrusza ramionami Jeżowski. – Charakter też chyba ma znaczenie: zawsze byliśmy niepokorni, a fakt, że pochodzimy z małej Muszyny nigdy nie wpędzał nas w kompleksy – uzupełnia jego przyjaciel.
Niekiedy musieli znosić bardzo ciężkie chwile. W listopadzie 2002 roku, gdy jechali mecz pucharowy, doszło do tragicznego wypadku, w którym zginęła dwójka mieszkańców podmieleckiej wsi.

Później, szczęśliwie, omijały ich dramaty, ale wiele podróży naznaczył pech. Podczas srogiej zimy, w styczniu 2006 roku, przy ponad dwudziestu stopniach mrozu zamarzło paliwo w autokarze, którym wracali z Piły. Zawodniczki spędziły trzy godziny w nieogrzewanym pojeździe stojącym na autostradzie. – Pod koniec robiło się już strasznie: na dworze było ciemno, trójkąt awaryjny prawie niewidoczny, zaczęły „padać” akumulatory, a z nimi światła pozycyjne – opowiada Serwiński. – A obok, jakby coraz bliżej, przejeżdżały wielkie tiry. Wszystko jednak skończyło się pomyślnie i nawet nikt się nie zaziębił.
W maju tego samego roku pognębił ich następny żywioł – ogień. W centrum Kalisza zapalił się silnik autobusu. Do odległego o kilkanaście kilometrów Opatówka, gdzie miał się odbyć piąty, decydujący mecz półfinałowy, dowozili ich samochodami osobowymi… fani rywalek. – Gdy pojechały dwie pierwsze dziewczyny, to z niewyraźnymi minami zastanawialiśmy się, czy zobaczymy je w hali – wspomina żartobliwie trener. – Okazało się jednak, że siatkarscy kibice są wspaniali, zwłaszcza w Kaliszu.
Pecha komunikacyjnego zabrali później na arenę międzynarodową. Już na pierwszy mecz Ligi Mistrzyń, do Cannes, Muszynianka dotarła z przygodami, bo spóźniła się do Berlina i pół dnia trzeba było czekać na następny samolot. Z kolei na lotnisku w Stambule zginęły bagaże drużyny. Normalna sprawa, tyle że była w nich część sprzętu. Niektóre zawodniczki musiały występować w koszulkach koleżanek, inne w butach przeznaczonych do spacerów i biegania. Było im to już jednak obojętne, bo od dwóch dni większość chorowała na grypę żołądkową.

Białe rękawiczki na zielonym stoliku

Zespół występujący pod szyldem Popradu, a później Kuriera był dokładnym przeciwieństwem obecnego – skupiał tylko miejscowe dziewczęta. Wychowanki omal nie zdobyły awansu do II ligi już w sezonie 1993/94. Kurier walczył o udział w ogólnopolskim turnieju kwalifikacyjnym z Dalinem Myślenice. Rywalki mogły je wyprzedzić w ostatniej kolejce tylko w przypadku, gdyby zwyciężyły 3:0 rezerwy krakowskiej Wisły. – Co było niemożliwe, bo Wisła II była bezkonkurencyjna, regularnie wzmacniała się zawodniczkami z drużyny ekstraklasowej – opowiada Serwiński. Wisła II planowo pokonała Dalin 3:0. Wkrótce okazało się jednak, że w krakowskich barwach zagrała nieuprawniona do tego Anna Wojno, która miała za dużo występów w I lidze. Wynik zweryfikowano na walkower dla Dalinu, który awansował dalej. – Załatwili nas w białych rękawiczkach – kręci głową Serwiński. – Nie tylko ja nie miałem wątpliwości, że było to ukartowane; do dzisiaj trzymam w domu wycinek z dziennika sportowego „Tempo”, zatytułowany „Przy zielonym stoliku”.

Jedenaście lat później działacze Dalinu mieli wrażenie, że Muszynianka rewanżuje się podobnymi metodami. Oba zespoły walczyły o utrzymanie w Serii A. W jednym z kluczowych meczów w Muszynie gospodynie prowadziły 2:0, myśleniczanki wyrównały i kiedy rozpędzone szykowały się do tie-breaka, w hali zgasło światło. Przerwa trwała kilkadziesiąt minut, doszło do kilku nieprzyjemnych scen w rodzaju słownego starcia zawodniczki Dalinu Eweliny Dązbłaż z Serwińskim. Gdy zrobiło się jasno, Muszynianka wygrała piątą partię.
Jednak przed ostatnią kolejką fazy zasadniczej do zakwalifikowania się do „bezpiecznej” ósemki potrzebne jej było zwycięstwo w Mielcu ze Stalą. Gospodyniom do tego samego wystarczał jeden set. I zdobyły go od razu, a potem przegrały trzy następne… Dalin musiał walczyć w barażach o utrzymanie, co mu się udało. – Zachowywaliśmy się fair, ale nie zamierzam nikomu tego udowadniać – mówi Serwiński. – Czy mam przypominać wszystkie przypadki, kiedy gasło światło, choćby na Lidze Światowej w Łodzi, albo w meczu piłkarskiej reprezentacji z Kazachstanem? A wyliczyć wszystkich niespodziewanych porażek faworytów to już na pewno się nie da. Choćby w tym sezonie dotyczyło to Winiar, Farmutilu, Aluprofu. A rok temu przedostatnia w tabeli Stal Mielec wygrała w ostatniej kolejce z wiceliderem Naftą i też „załapała się” do ósemki

Dalin już chyba pozostanie najbardziej wymagającym przeciwnikiem w historii Muszynianki. Wszak w sezonie 2002/03 dwukrotnie pokonał ją w sezonie zasadniczym w niezwykle zażartych, pięciosetowych konfrontacjach. W play off bezkonkurencyjna była już ekipa znad Popradu. Prowadzący wówczas myśleniczanki Ryszard Litwin jest dzisiaj II trenerem u boku Serwińskiego. – Nawet niedawno wspominaliśmy sobie tamte mecze przy obiedzie – śmieje się pan Bogdan. Wówczas miał gorszy humor i apetyt. Skompletował budżet w wysokości miliona złotych i świetny skład – pewniaka do awansu. Rozgrywki rozpoczął od dwóch porażek… – Kosztowało mnie to tydzień nieprzespanych nocy – zwierza się.

Odpieprzona fucha rundy zasadniczej

Muszynianka-Fakro to najlepszy zespół na kontynencie, żaden inny nie ma przecież trzech aktualnych mistrzyń Europy – dowcipnie i z dumą komentował jesienią 2005 dyrektor klubu, Grzegorz Jeżowski. Z pompą przywitano złote medalistki Joannę Mirek, Milenę Rosner i Natalię Bamber, sporo hołdów zebrała także dwukrotna triumfatorka Ligi Mistrzyń (w barwach Cannes), Słowaczka Monika Smak. Potem było już tylko gorzej. Muszynianka prezentowała się kiepsko, gubiła punkty. – Pociesza mnie tylko to, że rok temu przegrały tu Winiary i w tym samym sezonie zdobyły mistrzostwo – mówił trener ekipy znad Popradu po porażce w – a jakże – Myślenicach. Przez delikatność nikt nie przypominał mu, że oni również przegrali przed rokiem w hali Dalinu i mistrzostwa nie zdobyli.
Niedługo później przyszła upokarzająca klęska z Winiarami na własnym parkiecie i Serwiński eksplodował. – Jestem zszokowany postawą zespołu, dwa pierwsze sety to była kompromitacja! Jako trener nie mam wiele do powiedzenia: oddaję się do dyspozycji sponsora! – nie starał się pohamować wzburzenia. – Jako prezes muszę się zastanowić, jak wstrząsnąć zawodniczkami. Miały być gwiazdami, zarabiają cholerne pieniądze, a odpieprzają fuchę!

Podawał się do dymisji już po raz trzeci. Wcześniej jego następcy miał szukać Jeżowski, ale robił to bez przekonania. – Andrzej Niemczyk jest zajęty, a innego trenera nie potrzebujemy – dowodził. Po spotkaniu z Winiarami do akcji wkroczyła Maria Janas. – Poprosiłam pana Serwińskiego, żeby odłożył emocje na bok – opowiadała kilka miesięcy później. – Tłumaczyłam mu, że u nas w firmie gdy coś się nie układa, to walczy się dalej, a nie poddaje. Zresztą on tyle serca wkłada w swoją pracę, że nikt nie byłby w stanie go zastąpić.
Nieoficjalnie mówiło się, że przekaz był krótszy i mniej dyplomatyczny. „Albo Bogdan będzie trenerem, albo Muszynianka przestanie sponsorować siatkówkę” – miała uciąć wszelkie dywagacje pani prezes.
Na burzliwym zebraniu z zespołem Serwiński postawił podopiecznym zadanie zdobycia 6 punktów w czterech meczach. Z trudem się z niego wywiązały, jednak wkrótce przyszła kompromitująca, wyjazdowa porażka 0:3 z ostatnim w tabeli Piastem Szczecin. Nikt już nie wspominał, że Muszynianka-Fakro jest murowanym faworytem do mistrzostwa, za to stała się ulubionym obiektem kpin w siatkarskim środowisku.

Przez szyderstwa z trudem przedzierały się głosy rozsądku. – Przecież mamy zupełnie nowy, niezgrany skład, nie straciłyśmy jeszcze szans, a czas będzie działał na naszą korzyść – przekonywała Bamber.
– Chwilami aż mi żal tych dziewczyn; zwierzają mi się, żę nie śpią po nocach, w trakcie gry drżą im ręce – wyrwało się Serwińskiemu. Zespół skończył sezon zasadniczy na piątym miejscu, w ćwierćfinale play off miał się zmierzyć z przeżywającym niespodziewany wybuch formy BKS Bielsko-Biała, który właśnie w wielkim stylu wywalczył Puchar Polski, a od siedmiu lat regularnie plasował się w czołowej czwórce. Na rozruchu przed pierwszym meczem w Bielsku kontuzję kolana odniosła Monika Smak i sytuacja wyklarowała się ostatecznie: trudno było znaleźć optymistę, który postawiłby choćby najmniejszą sumę na „Mineralne”.

Znieczulone adrenaliną

Tymczasem Muszynianka rozprawiła się z bielszczankami krótko i węzłowato. Z wprawą rozprowadzała akcje, odspawana wreszcie od ławki rezerwowych, Ewa Cabajewska, z przeciętności wyrwała się też libero – Magdalena Banecka. Na środku siatki królowała Dorota Pykosz, zawodniczka o najbardziej powikłanym i nieszczęśliwym życiorysie w lidze. – Los mnie nie oszczędza, ale to siatkówka daje mi wiarę i siłę. Im więcej problemów, tym lepiej gram – zwierzała się. Rosner szalała w ataku, nie zważając na kontuzję barku. – Boli mnie nawet, kiedy podnoszę komórkę do ucha – opowiadała podczas jednej z rozmów telefonicznych. – Jak zbijam piłkę? Proste – na adrenalinie, nie wymyślono jeszcze lepszego środka znieczulającego.
Takich dziewczyn nikt nie mógł powstrzymać. Zachowywały zimną krew w tie-breakach i halach rywalek. – Trzeba było skarcić Liktoras i Barańską, bo za bardzo się panoszyły w wywiadach – wyładowywała później emocje Rosner. – No, gdzie są teraz ci wszyscy krytycy i niedowiarkowie? Jakoś nie potrafili wcześniej pomyśleć logicznie: dlaczego trener Niemczyk powołuje Asię, Natalię i mnie do reprezentacji, a nie gwiazdy rundy zasadniczej? My możemy grać słabiej, wręcz się nudzić, w meczach o małe stawki, ale potrafimy sobie radzić w sytuacjach stresowych, a o najwyższe cele walczymy do upadłego.

Nie upadły, nawet eksploatowana niemiłosiernie Mirek. – Kolega mnie kiedyś spytał, czy jem koninę, bo mam tyle siły – śmiała się ze złotym medalem na szyi, nosząc pod pachą piłkę z wykaligrafowanym flamastrem napisem: „Ostatnia piłka w meczu o mistrzostwo z Naftą Piła skończona przez Joannę Mirek”.
A Serwiński przez większość play off był spokojny, chwilami wręcz senny. Kontrastowało to z jego dawnym zachowaniem, kiedy zdarzało się, że ze zmierzwionymi włosami, krwistoczerwoną twarzą i zaciśniętymi pięściami wrzeszczał do sędziego liniowego: „Poje… cię? Ty jesteś pop…!”
– Dlaczego już się nie denerwuję? Bo mam Asię Mirek w zespole – żartował po ostatnim spotkaniu.

Samorząd siatkarski

Przez wiele lat mecze Muszynianki rozgrywano w maleńkiej, szkolnej sali. Ławki rezerwowych mieściły się w wyżłobionych w ścianie występach. Nie było miejsca na stolik sędziowski, więc sekretarz zawodów siedział na krzesełku, a protokół kładł na opieranej na kolanach desce, podobnej do stolnicy, na jakiej wyrabia się ciasto. Jednej ze ścian nie było, kibice tłoczyli się pomiędzy zastępującymi ją filarami. Jeżowski pełnił funkcję spikera, ale żeby ogłosić zmianę albo zakończenie seta musiał iść do kantorka, w którym był zamontowany mikrofon. I natychmiast wracać, bo z kantorka nie było widać parkietu.
Jednym z największych sukcesów muszyńskich działaczy jest fakt, że ten kurnik dopuszczano do rozgrywek w kolejnych klasach rozgrywkowych, aż po Serię A. PZPS miał jednak wobec nich dług wdzięczności. Kiedy Janusz Biesiada postanowił skomputeryzować Związek, właśnie dzięki ludziom z Muszynianki znalazł drogę do zarządu „Optimusa” oraz korzystnych, rabatowych umów na dostawę sprzętu.

Przez cztery lata Serwiński i Jeżowski sami bawili się w biznes: założona przez nich spółka miała sklep, stragany handlowe, wynajmowała szkołę na kolonie, zarabiając w ten sposób na drużynę siatkarek. Nabrali rozmachu w 1998 roku, kiedy trener został przewodniczącym rady miasta, a później trafił rady powiatu. Jeżowski był wicedyrektorem szkoły, a dyrektorem – brat Serwińskiego, Waldemar. Ten ostatni już drugą kadencję jest burmistrzem Muszyny. Jej mieszkańcy twierdzą, że Muszyniance opłaca się sponsorować siatkówkę, bo dzięki temu od dawna nie ma kłopotów z uzyskiwaniem ziemi pod odwierty poszukiwawcze źródeł wody mineralnej.
– Twierdzi pan, że nieprzypadkowo udało nam się znaleźć możnego sponsora, kiedy zaczęliśmy pełnić ważne role w samorządzie? A ja uważam, że to nie miało szczególnego znaczenia. Tyle że dzięki swojej funkcji znałem więcej ludzi, łatwiej było mi obracać się pomiędzy lokalnymi biznesmenami – wyjaśnia Serwiński. – Muszynianka postawiła na promocję poprzez sport, a jej motywacja się zwiększała co roku, bo badania rynku pokazywały, że rozpoznawalność marki rośnie.

Żona już się nie śmieje

Tak czy owak, dzięki mineralnej firmie oraz Fakro – producentowi okien z nieodległego Nowego Sącza – klub mógł sobie pozwolić na zatrudnianie mistrzyń Europy, czy najlepszej zawodniczki ligi francuskiej, Anny Rybaczewskiej. Kiedy Joanna Mirek odchodziła do Tulicy Tuła, próbowali ją zatrzymać kontraktem w wysokości 250 tysięcy złotych. W obecnym sezonie wysokość budżetu można szacować na około 3,5 miliona złotych, a zaciąg gwiazd jest większy niż kiedykolwiek. – Może pan wierzyć albo nie, ale my naprawdę nie mamy rekordowych płac – zżymał się latem Jeżowski, słysząc o bajecznych kwotach. – Dziewczyny zastanawiają się krótko i nie targują przesadnie, ale według mnie decyduje nasza rzetelność i dobra opinia w kraju.
Wyrazicielką sądów krążących po światku siatkarskim była rok temu Izabela Rutkowska, niegdyś wyróżniająca się ligowa zawodniczka, obecnie komentator sportowy. – Iza Bełcik miała szczęście, że kontuzja dopadła ją właśnie w Muszynie – skomentowała sytuację reprezentacyjnej rozgrywającej, która przez urazy achillesa i kolana zmarnowała niemal cały sezon 2006/07. Utrzymała natomiast umowę z Muszynianką, a dzisiaj ma następną.
Duet działaczy potrafił być jednak bezkompromisowy wobec podopiecznych. Podczas premierowego sezonu w II lidze miasteczko zaczęło bębnić o alkoholowych, nocnych wyczynach najlepszej siatkarki Muszynianki. Została natychmiast wyrzucona z zespołu, choć prawdopodobnie przez to stracił on szansę na awans do Serii B.

Serwiński nostalgicznie reaguje, gdy słyszy listę zawodniczek, które wywalczyły dla Muszyny pierwszy sukces. – Miłe uczucie. To była grupa bardzo fajnych, mądrych dziewczyn, w większości nauczycielek wuefu – charakteryzuje. – Niestety, rozjechały się. Tylko Beata Jarzębak została w Muszynie i trenuje u nas młodziczki.
On nigdy nie odszedł zbyt daleko od tamtych, pionierskich czasów. Dwie godziny po ostatnim meczu finałowym z Naftą, już bez złotego medalu na szyi, przenosił z hali do szkoły jakieś stoliki, krzesełka. – Wie pan, kiedy awansowaliśmy do II ligi, powiedziałem żonie, że będę się cieszył, kiedy wejdziemy do ekstraklasy. Odpowiedziała śmiechem – wspominał. – Teraz, gdy coś mówię w domu, już się nie śmieje...
– Nasze ambicje nie mają granic – podsumowuje Jeżowski. – Spełniliśmy kolejne marzenie, kiedy wystąpiliśmy w Lidze Mistrzyń, a teraz planujemy, że ją wygramy!
PAWEŁ FLESZAR

KALENDARIUM MUSZYŃSKIEJ SIATKÓWKI
1982 – powstanie sekcji siatkówki w Popradzie Muszyna, zespół występuje w klasie okręgowej (V liga)
1984 – jesienią, w trakcie sezonu, obejmuje drużynę Bogdan Serwiński
1985 – awans do klasy międzyokręgowej (IV liga)
1986 – awans do klasy międzywojewódzkiej (III liga)
1989 – Poprad zostaje zakwalifikowany do utworzonej na jeden sezon klasy makroregionalnej (pośredniej między III i II ligą)
1990 – Bogdan Serwiński i Grzegorz Jeżowski zakładają MKS Kurier Muszyna, zajmujący się szkoleniem młodzieży
1992 – Poprad spada do IV ligi i rozwiązuje sekcję seniorek, przejmuje ją MKS Kurier
1997 – awans młodziczek Kuriera do turnieju finałowego mistrzostw Polski
1999 – awans do II ligi, pierwsza umowa sponsorska z Muszynianką, przemianowanie nazwy MKS Kurier na MKS Muszynianka
2001 – awans do Serii B I ligi
2003 – awans do Serii A I ligi
2006 – pierwsze mistrzostwo Polski

Trenerzy, którzy pracowali w Muszyniance/Kurierze/Popradzie:
Bogdan Serwiński, Andrzej Koszucki, Adam Mazur, Janusz Sowiński
Najlepsze zawodniczki na różnych etapach historii Muszynianki:
Joanna Mirek, Milena Rosner, Natalia Bamber, Dorota Pykosz, Marlena Mieszała, Ewa Cabajewska, Mgdalena Banecka, Mariola Zenik, Aleksandra Przybysz, Kamila Frątczak, Agata Karczmarzewska-Pura, Izabela Bełcik, Sylwia Pycia, Gabriela Laskowska, Anna Chrupek, Maja Motylewska-Soja, Urszula Jędrys-Szynkiel, Karolina Zając, Ewa Chrostek, Aleksandra Borzęcka, Dorota Sopata, Beata Jarzębak, Anita Lupa, Małgorzata Liber, Małgorzata Gołyska.

ZWYCIĘSTWO DZIECI
Hala, w której występują siatkarki Muszynianki Fakro była wznoszona w dwóch etapach – po dwóch największych sukcesach drużyny siatkarek. Powstała po awansie do ekstraklasy, a diametralnie przebudowano ją po zdobyciu mistrzostwa Polski, aby mogła sprostać wymaganiom Champions League.
Jest to tak zwany obiekt „lekkiej konstrukcji”, z założenia łatwiejszy i szybszy w budowie, ale w Muszynie tempo było wyjątkowe. W 2003 roku hala, której inwestorem była gmina miejska w Muszynie, stanęła przy Zespole Szkół Ogólnokształcących w pięć miesięcy. Teoretycznie liczyła 500 miejsc, lecz rzadko nie wchodziło do niej 30-50 procent więcej spragnionych siatkówki kibiców. Wszelkie rekordy zostały pobite 14 maja 2006 roku, kiedy Muszynianka rozgrywała czwarty mecz finałowy z Naftą Piła. Widzowie blisko dwukrotnie przekroczyli założone limity, a i tak duża ich gromada została poza drzwiami.

Decyzja o modernizacji, pozwalającej na sprostanie wymogom Ligi Mistrzyń zapadła bardzo szybko, ale inwestorem była znowu gmina, która musiała wypełnić przepisy ustawy o zamówieniach publicznych. Projektowanie, uzyskiwanie koniecznych zezwoleń oraz procedury przetargowe przeciągnęły się do początku września. Pierwszy mecz w nowej hali muszynianki rozegrały jednak już… końcem listopada, choć przebudowa była gruntowna. Z obiektu zdjęto dwie ściany, aby wydłużyć go o 12 metrów (do 44) i poszerzyć o 10 metrów (do 37). Stanęła piętrowa trybuna, zdolna pomieścić 1200 kibiców. W minionym i obecnym sezonie na meczach zdarzały się nadkomplety, a w hali teoretycznie (bo byli oczywiście również przyjezdni) mogło zasiąść ponad 25% mieszkańców 5-tysięcznej Muszyny!
Bardzo rozbudowano zaplecze: powstały nowe szatnie, gabinety fizykoterapii, siłownia, biura, sala konferencyjna. W planach jest urządzenie w niewykończonych pomieszczeniach sauny i jacuzzi. Największy jej atut jednak leży gdzie indziej – niezależnie jak długo potrwają zwycięstwa Muszynianki, już zawsze z hali będą mogły korzystać dzieci i młodzież ze szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum. Wcześniej na wuefie ćwiczyły w maleńkiej salce lub szkolnych korytarzach…

Komentowanie zablokowane.