Serduszko od 25 lat bije coraz mocniej

Stal Ostrów Wlkp. w Łańcucie świętowała triumf w I lidze koszykarzy. W decydującym czwartym meczu goście pokonali, 76:63, Sokoła, który występem w finale odniósł największy sukces w historii.

Niedzielne spotkanie zaczęło się identycznie jak sobotnie (opisywaliśmy je TUTAJ), wymianą „trójek” – teraz między Adrianem Mroczkiem-Truskowskim a Szymonem Rduchem – lecz dalej potoczyło zgoła inaczej. Gospodarze zniwelowali jeszcze straty powstałe po zmyślnej, bilardowej akcji: Tomas Ochońko – Wojciech Pisarczyk – Wojciech Żurawski (5:9 – 9:9), jednak pognębiła ich salwa ostrowian z dystansu. Dwa trafienia Mroczka-Truskowskiego, po jednym Pisarczyka i Adriana Sulińskiego, a nikt z patrzących na widniejące na tablicy po 10 minutach 11:25 nie przypuszczał, że to dopiero zwiastun ich passy na obwodzie.
– Dla nas nie było to zaskoczenie. Wczoraj w szatni powiedzieliśmy sobie, że tak słabej skuteczności już na pewno nie będziemy mieli – mówił Ochońko po ostatnim gwizdku, kiedy już było wiadomo, że w ten sposób zdobyli 36 z 76 punktów. – Przecież w trakcie całego sezonu ten element był naszą silną stroną.
– Jeszcze raz się potwierdziła zasada finału: kto dobrze zaczyna, zwycięża na końcu – skwitował trener Sokoła, Dariusz Kaszowski.
Jego odpowiednik w Stali, Mikołaj Czaja trzymał się dzisiaj podstawowego składu, pierwszą zmianę zrobił w 12. minucie, za to – rewelacyjną. Łukasz Olejnik na przerwę schodził z kompletem sześciu trafień – po dwa za 1, 2 i 3, a jedna z „dwójek” mogła być „trójką”, gdyż linię przekroczył nieznacznie.
W szczytowym momencie przewaga Stali wynosiła 18 „oczek” (17:35), zredukowali ją trochę, mierząc za trzy, Dawid Bręk z Rduchem (23:35), a tuż przed przerwą, z bliższa, dołożyli Maciej Klima i Szymek. 27:40.

Twardej walki było mnóstwo, a w trzeciej odsłonie zapamiętanie osiągnęło apogeum. Zrazu „zakleszczyli” się, bijąc o zbiórkę, Tomasz Fortuna z Klimą, a następna akcja została przerwana, kiedy Żurawski siedział okrakiem na leżącym Rduchu.
– Wiedzieliśmy, że aby myśleć o sukcesie musimy przebić agresywność przeciwników jeszcze większą, własną – tłumaczy Tomek Ochońko, który wjazdem z zawiśnięciem w powietrzu, finezyjną asystą kozłem i dwoma strzałami zza łuku napompował różnicę do 29:53. On też pozbawił złudzeń miejscowych, pilnując wyniku w czwartej części: kontra i 2 osobiste po faulu na 44:57, półdystans na 46:59, za trzy na 50:66 i półdystans na 52:68, niespełna trzy minuty przed końcem, gdy do hali zostały wniesione puchary za 1. i 2. miejsce oraz tace z medalami…
Tomasz „Żelazne płuca”, który w I połowie mniej punktował, za to świetnie kierował grą i bronił, pozostał jednak na parkiecie aż do syreny, przez pełne 40 minut. Generalnie, wraz z partnerami zaimponował przygotowaniem fizycznym, choć po dwóch pierwszych spotkaniach wydawało się, że w tej sferze mogą ustąpić łańcucianom. – Każdy mecz traktowaliśmy jak ostatni. Biorąc pod uwagę, że to finał nie było co zostawiać sił na później – Ochońko wyjaśnia zaciętość i bezkompromisowość swojego teamu, który ewidentnie nie polegał na fakcie, że w zanadrzu ma piątą, środową konfrontację u siebie.

„Z kart tej powieści okaże się, czy bohaterem historii mego życia będę ja sam, czy też rola ta przypadnie w udziale komu innemu” – brzmi słynne zdanie z „Dawida Copperfielda” Charlesa Dickensa. Wbrew pozorom, niezbyt często (a już na pewno nie stale i regularnie) to się udaje, zwłaszcza w życiu zawodowym. Przed oczami łańcuckich kibiców przewinęła się w tym sezonie frapująca historia Marcina Pławuckiego, który na zapleczu ekstraklasy po raz pierwszy zagrał dopiero Sokole, w wieku 25 lat, kiedy kariery koszykarskie toczą się już po ustalonych torach. On nie mógł się przebić na ten pułap, ale ciągle próbował, także ćwicząc w przerwach letnich, choćby na ubiegłorocznym lipcowym campie doszkalającym.
W debiutanckim sezonie był na ogół bardzo pożyteczny, a niekiedy wręcz niezbędny. Tak dotarł do finału, gdzie zmierzył się ze Stalą, klubem, którego jest wychowankiem, a w którym nigdy nie wystąpił w drużynie seniorów. Dzisiaj, na przełomie trzeciej i czwartej kwarty, znowu pociągnął partnerów, najchętniej poszli za nim Klima i Tomasz Pisarczyk. Szturm przyniósł redukcję deficytu do 11 „oczek” (44:55, 46:57, 50:61), ale załamał się w opisywanym kontrnatarciu Ochońki.
– Czy to ich skuteczność była kluczem do rozstrzygnięcia? Nie! To nasza nieskuteczność. Proszę popatrzeć na tablicę; zdobyli 76 punktów. Naprawdę, stać nas by mieć więcej. Ja sam spudłowałem z pięć razy w dobrych sytuacjach – Marcin był niepocieszony. Nie chciał słuchać argumentów o przygodzie życia i obietnicach, jakie niesie ona na przyszłość.
A ostrowianie, zawodnicy, kibice, działacze, oblewali się na parkiecie szampanem. Ochońko na barkach kumpli obcinał siatkę z kosza, w której przełożonej przez tors zamiast koszulki, ociekając trunkiem, Wojtek Pisarczyk udzielał ostatniego wywiadu.

Plasując się na drugiej pozycji w I lidze Sokół uświetnił największym sukcesem dubeltowy jubileusz. Ćwierć wieku temu, po dłuższej przerwie, została zgłoszona do konkurencji seniorów łańcucka drużyna koszykarzy. Występowała w rozgrywkach makroregionalnych, łączących osiem ówczesnych województw, a dwa obecne – podkarpackie i małopolskie. W prostej linii była prekursorem obecnego teamu; po trzech latach zmieniła nazwę na Parafie-Sokół, później został już Sokół z szyldami aktualnych sponsorów.
W tymże 1990 roku reaktywowano w Łańcucie Polskie Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, w którego struktury drużyna koszykarzy potem została włączona.
Przez te 25 lat wielu ludzi w różny sposób i w różnym stopniu pomogło w jej działalności. Większość z nich mogła obserwować na żywo dającą wejście do finału porywającą rywalizację z krośnianami, a teraz sam finał. Na czele z Dariuszem Kaszowskim, co do którego jest jedna wątpliwość: czy jest lepszym trenerem basketu (przygotowującym i prowadzącym zespół), czy psychologiem (stawiającym w pełnym świetle graczy po przejściach, bądź nieco „przykurzonych”), czy – od pewnego czasu – menedżerem (zjednującym sobie współpracowników i sponsorów, dzięki czemu może błyszczeć w dwóch pierwszych specjalnościach)?

Nie wszyscy się zjawili, niektórych już nie ma. Przede wszystkim człowieka, od którego to wszystko się zaczęło. Józef Witek był działaczem organizacji katolickich (lubił, by zwracać się do niego per Brat Józef), skrzyknął wspomnianą drużynę, potem zgłosił ją do ligi. Był autentycznym społecznikiem i fascynatem koszykówki. Pomysłów miał mnóstwo, czasami zupełnie fantastycznych („Zobaczysz, Pawełku, weźmiemy w dzierżawę tę cegielnię na Wysokiej, będziemy robić cegłę i budować domy dla zawodników”), ale sporo z nich wprowadzał w życie. Organizował pielgrzymki do miast, w których Parafie rozgrywały mecze, dzięki czemu redukował koszty podróży. Pielgrzymi i koszykarze jechali tym samym autokarem, ci drudzy na tylnych siedzeniach nie zawsze zbożne odprawiali praktyki, ale wiara Brata Józefa w ludzi była niezachwiana. Przez jakiś czas na koszulkach zawodników widniało serduszko. Na znak miłości.
Odszedł w 2004 roku. Niezależnie, jak wyobrażamy sobie Niebo, to można przyjąć kilka pewników: że On tam jest, że jego przygarbioną sylwetkę (był podobny do angielskiego aktora Pete Postlethwaite’a) najczęściej widać na rowerze lub kroczącą obok niego, że oglądał z góry play off Sokoła i że mu się podobało. Choćby dlatego, że tyle młodzieży gromadziło się na trybunach.
PAWEŁ FLESZAR

Galerię z meczu można obejrzeć TUTAJ.

SOKÓŁ Łańcut – BM SLAM STAL Ostrów Wlkp. 63:76 (11:21, 16:19, 11:15, 25:21)
Sędziowali: Janusz Kiełbiński, Andrzej Walczak i Marcin Wasilewski. Widzów: 900.
SOKÓŁ: Bręk 10 (2×3), Kulikowski 9 (9 zb.), Rduch 9 (2×3), Klima 8 (9 zb., 2 prz.), Fortuna oraz Pławucki 15 (3×3, 4 zb.), T. Pisarczyk 6 (4 zb.), Balawender 2, Czerwonka 2, Wrona 2. Trener: Dariusz Kaszowski.
STAL: Ochońko 22 (3×3, 7 as.), Mroczek-Truskowski 17 (5×3), W. Pisarczyk 8 (1×3, 10 zb.), Żurawski 8 (10 zb.), Suliński 7 (1×3, 7 zb.) oraz Olejnik 12 (2×3, 4 zb.), Zębski 2. Trener: Mikołaj Czaja.

Komentowanie zablokowane.