Sindbad Chodziarz

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym” dodatku do „PS” z 1 czerwca 2001 r.

Dziewięcioletni człowiek nie lubi, kiedy ciekawscy dorośli go wypytują. Zwłaszcza obcy. Nie wiadomo, co zrobić z rękami, gdzie skierować lekko spłoszony wzrok. – To prawie, jak twoja lista grzechów do pierwszej spowiedzi – mama próbuje rozruszać córkę, żartując na widok kartki z przygotowanymi pytaniami.
Rok temu, przed igrzyskami w Sydney, Robert Korzeniowski zabrał je do Republiki Południowej Afryki. – Najbardziej podobało mi się safari – dopiero na wspomnienie wakacji ożywia się mała Angelika Korzeniowska. – Jechaliśmy przez sawannę samochodem i wcale się nie bałam. Widziałam lwy, żyrafy, antylopy. Wyglądały inaczej niż w telewizji, ładniej. Jedna małpa jadła banana jak człowiek, a hipopotam wyjmował z wody albo oczy albo pupę.

– A pamiętasz te świnki, które nazywałyśmy „Pumby”? – wtrąca mama, Agnieszka.
Tak, to były guźce. Najfajniej było wcześniej, w Egipcie. Dużo zwiedzaliśmy. Widziałam piramidy, ale nie weszliśmy do środka. Najlepsze było muzeum, gdzie leżały mumie. To wcale nie jest nieprzyjemny widok, przynajmniej wiadomo, jak wyglądali faraonowie. Jeden miał szczątki włosów. Wyglądali jak my, tylko mieli z tyłu dłuższe głowy.

Przejażdżki na gościu

Tata ma w sobie coś z baśniowego Sindbada Żeglarza – podróżuje po dalekich krajach, a po powrocie obdarowuje bliskich prezentami i opowiada o przeżytych przygodach. – To raczej nie tak – prostuje Angelika. – Tata przyjeżdża, przywozi prezenty, ale nie opowiada za często o podróżach. Upominkami są różne maskotki, pamiątki. Najbardziej lubię małego, szarego delfinka, którego tata kupił mi w Asteriksie – takim parku rozrywki we Francji.
Najzabawniejsze historyjki traktują o Antonio Agostino, francuskim menedżerze Korzneiowskiego. – Kiedyś się obudził tuż przed spotkaniem i mówi, że się spóźni, bo ma pomiętą koszulę – Angelika krztusi się ze śmiechu. – Tata się wściekał, że nie może przez niego nigdzie zdążyć. Ten Tonio strasznie śmieszne rzeczy robi. Kiedy ostatnio był u nas, to zapomniał zabrać do Francji komórkę.

Najmilej widzianym kolegą taty jest Rosjanin Ilja Markow, mistrz świata z Sewilli w chodzie na 20 kilometrów. Angelika bez końca wskakuje „na barana”. – Nie boję się, że spadnę – zapewnia. – Albo układamy puzzle i gramy. Bardzo lubię Iljuchę, z nim można się świetnie bawić.
Mniej chętny do takich przejażdżek jest Robert. – Raczej mnie nie wozi, ale czasami wsiadam na niego. Po pewnym czasie musze schodzić, kiedy przejdziemy cały dom i już jest koniec drogi. Lepiej się jeździ na Iljuszce, bo on nigdy nie każe schodzić.

Markow obsypuje dziewczynkę prezentami. Znając rysunkową pasję Angeliki, najczęściej obdarowuje ją różnokolorowymi kredkami. Żaden z chodziarzy nie doczekał się jednak swojego portretu.
– Nie umiem jeszcze za dobrze rysować ludzi – wyjaśnia dziewczynka.
Brakuje ci techniki – dorzuca mama. – No, ale uczysz się na kółku plastycznym, powinno być lepiej.
Tak, ale nie lubię tego, bo ten pan mówi cały czas o rysowaniu.
To jest artysta plastyk i dlatego mówi ciągle o rysowaniu – tłumaczy Agnieszka. – Przecież tatuś cały czas mówi o chodzie…
– Wcale nie cały czas! – zaprzecza mała.

Ten pan podbiegał

Angelika przyszła na świat kilkanaście dni po dramatycznych dla Korzeniowskiego igrzyskach w Barcelonie, kiedy zdyskwalifikowano go tuż przed metą, gdy szedł po pewny medal. – Dała nam odskocznię od tego co się stało, zapomnienie – zwierza się Agnieszka.
Późniejsze, znaczone sukcesami taty, lata nie odbiły się zbyt mocno w świadomości dziecka. – Nie pamiętam za dużo, najlepiej olimpiadę z ubiegłego roku – twierdzi dziewczynka.
Powiedzieć ci, kiedy oglądałaś pierwszy raz tatę? – wtrąca Agnieszka. – Miałaś niecały rok, a on pobił wtedy rekord świata na pięć kilometrów.

Podczas występów Roberta córka się nie denerwuje, czasami trzyma zaciśnięte kciuki. – Przed Sydney co wieczór modliłam się do Bozi, żeby wygrał – mówi.
Efekt był rewelacyjny – dwa złote medale. Po pierwszym zwycięstwie mama budziła rano Angelikę, która nie mogła oglądać w nocy zmagań chodziarzy. „Wstawaj, trzeba iść do szkoły„. Ta jednak spała niewzruszona. Kiedy Agnieszka powiedziała: „Wstawaj, tata wygrał w Sydney!” – mała zerwała się natychmiast z łóżka.
Oglądając w telewizji powtórkę relacji z zawodów, spytała mamę: „Jak to wygrał?! Przecież jest drugi„.
Zrozumienie przyszło później. – Ten pan podbiegał i nie zdążyli go ściągnąć – wyjaśnia z powagą.

Imprezy chodziarskie nie są dla dziecka atrakcją: – Kiedy miałam sześć lat, byłam na Rynku, gdzie był mityng, ale nie było tam nic ciekawego, nudziło mi się.
Wyczyny Roberta inspirują jednak dziewczynkę, która deklaruje, że w przyszłości zostanie sportsmenką. Najbardziej interesujący jest slalom. Na zawodach szkolnych w Białce Tatrzańskiej zajęła w nim drugie i trzecie miejsce.
Tata mi pokazywał jak się chodzi, ale niezbyt umiem – twierdzi Angelika. – Towarzyszę mu na treningach, biegnę z nim, albo bawię się na trawie. Czasem jadę obok na rowerze. Nie ścigamy się; jadę ze średnią prędkością, bo muszę utrzymywać tempo, żeby być na równi z nim i podawać mu picie.

Lepiej, żeby nie był sławny

Inną rozrywka na świeżym powietrzu są ślizgi na „jabłuszkach” – wyprofilowanych, plastikowych deskach do zjeżdżania po śniegu. – Raz, sama, wjechałam w choinki – wspomina. – Zwykle tata siedzi na moim „jabłuszku”, a ja się z nim zabieram. Kiedyś razem wylądowaliśmy na drodze.
Doskonale można również bawić się w domu. Robert i Angelika czasami wspólnie oglądają dobranockę, wolą jednak gry planszowe; najchętniej „Twistera” i „Pokemony”. – W „Twisterze” przykłada się ręce i nogi do planszy. Najgorzej jak się pomieszają nogi i jest gimnastyka – wyjaśnia dziewczynka. – W „Pokemonach” rzuca się pięcioma kostkami i trzeba mieć trochę szczęścia. Kto wygrywa? Różnie bywa.

Za to sprawdzanie zadań szkolnych przeważnie spada na mamę, która podsuwa pomysły do opowiadań z języka polskiego lub poprawia błędy ortograficzne czy arytmetyczne. Tata ogląda zeszyty rzadko. – Kiedyś się wkurzył, bo cały czas pisałam źle „a” i „o”. Odwrotnie: zamiast od góry to od dołu – wspomina dziewięciolatka. – Mama jednak częściej krzyczy i upomina.
– Dlatego, że bez przerwy jest z tobą?
– Nie. Dlatego że łatwiej się złości.

Swoje prezenty dla rodziców Angelika robi sama; na ogół są to rysunki, zwierzaki z gliny albo masy papierowej, wycinanki. – Ostatnio zrobiłam słońce i księżyc – opowiada. – Tata się zawsze cieszy. Przypina je sobie na ścianie i do drzwi we Francji, w samochodzie, albo nosi je w teczce.
Córki, która niekiedy pojawia się u boku Roberta w telewizji, nie kusi popularność. Ani własna, ani taty. – Dawniej dzieci w szkole zazdrościły mi. Mówiły, że widziały mojego tatę w telewizorze. To wcale nie jest fajne, bo on ciągle wyjeżdża, a ja tęsknię. Lepiej, żeby nie był taki sławny, ale częściej siedział z nami w domu.
PAWEŁ FLESZAR

Rodzinne anegdoty Korzeniowskich z wcześniejszych lat można znaleźć także TUTAJ.

Komentowanie zablokowane.