Siostra Lucyna w drodze do ekstraklasy

Komplement tyleż pochlebny co dwuznaczny: – Przecież ta libero „Ekonomicznej” zachowuje się jakby miała owsiki – znajoma siatkarka przed rokiem kręciła z podziwem głową, patrząc jak przemieszcza się po parkiecie Lucyna Reptak.
– Zawsze tak było; jako dziecko robiłam w domu najwięcej zamieszania – śmieje się zawodniczka Armatury Elitesek UEK, od ośmiu miesięcy nosząca nazwisko Borek, a od kilkunastu – zbierająca komplementy w I lidze.
– Mama nie mogła spuścić z pani oka?
– Nie, raczej nie. Pełniłam bardziej rolę rozweselającą towarzystwo. Fajnie, że tamta ruchliwość przekłada się teraz na grę i jest z niej coś pożytecznego. Choć w życiu prywatnym to z kolei przeszkadza. Jestem bardzo roztrzepana i zapominam niektórych rzeczy.


Powieść kryminalna napisana przez autora tego tekstu jest już w sprzedaży. Możliwości jej kupna są wymienione TUTAJ

– Ciągle ma pani – jak to określa mój kolega – „zespół niespokojnych nóg”, ale już nie cieszy się pani tak spontanicznie jak w ubiegłym sezonie. Spoważniała pani po zamążpójściu?
– Hahaha! To nie tak. Mamy teraz ciężkie treningi, dosyć mocno to odczuwam. Przez cały tydzień nawarstwia się zmęczenie i energii do zabawy już mało zostaje. Ale staram się wspierać drużynę. Wspólna radość bardzo pomaga.
– Wasz trener, Tomasz Klocek wyjawił kiedyś, że bardzo przeżywa pani niepowodzenia. Deprymują panią.
– Bo chciałabym być perfekcyjna i chyba to mi przeszkadza. Czasami staram się dograć piłkę idealnie, a nie jest to najlepszy pomysł, bo wystarczy podbić do góry, bezpiecznie. I dlatego tak się denerwuję. Mam przynajmniej ten komfort, że zmieniam się ze środkowymi, więc mogę zejść na chwilę i ochłonąć.
– Kiedy się stanie obok pani, trudno uwierzyć, że grała pani na środku. Tak samo jak kiedyś trudno było uwierzyć, widząc jak robi to pani w drugoligowych Karpatach Krosno.
– Pamięta to pan? Z moim wzrostem faktycznie było to troszkę śmieszne.
– Nic takiego nie powiedziałem. To było raczej imponujące: 163-centymetrowa środkowa w ataku nad siatką…
– To, niestety, stało się z konieczności – miałyśmy problem z kontuzjami zawodniczek na tej pozycji. Moja szybkość i „wariactwo” pozwoliły mi się tam jakoś odnaleźć. Fajnie to wspominam, bo przeżycie było duże, a jeszcze jakoś to przetrwałam (śmiech).
– Była już libero, która grała na środku. Nazywała się Mariola Barbachowska…
– …A dzisiaj Zenik. Nie wiedziałem, że Mariolka grała na środku. Gdybym zrobiła choć niedużą cześć takiej kariery jak pani Mariola, to bardzo mi będzie miło (śmiech).
– A propos kariery. Planowała pani w ogóle coś takiego? Miała pani 21 lat i grała jeszcze w III lidze w Krośnie, nie szukała pani klubu pozwalającego na szybszy rozwój.
– Od dziecka latałam po tej hali „na Karpatach”.  Trener Sobolewski bardzo chciał awansować, zrobić dobry zespół. Ale było większe zainteresowanie męską siatkówką, niż żeńską. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że coś mogę osiągnąć, nie miałam nawet wielkich marzeń. No i pechowo jakoś to wychodziło. Większość dziewczyn z mojego rocznika, czy sąsiednich, zrezygnowała szybko z siatkówki; nawet nie wiem, co się z niektórymi teraz dzieje. Trzeba było drużynę zbierać „z zewnątrz”. Dopiero jak przyszła Marzena Solska to się ruszyło, zrobił się szum, potem awans. Wtedy zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy rzucić siatkówkę po studiach, czy kontynuować grę. W Krakowie udało mi się bardzo fajnie wszystko powiązać.
– Ale przyjechała pani tutaj chyba bardziej z powodów prywatnych, niż sportowych?
– W Krakowie mieszkał mój ówczesny chłopak, później narzeczony, a obecnie – mąż. Dostałam propozycję od trenera Klocka i dla mnie to było super. Nie wiem jak to powiedzieć – naprawdę super! Szansa! No i jeszcze druga połowa tutaj. A na dodatek, w marcu 2010 roku skończyłam licencjat. Wszystko się idealnie ułożyło.
– Wracając do tej ruchliwości. Kiedyś trener mówił, że jest pani z pokolenia libero szkolonych już nowocześnie, m.in. do odbioru zagrywki palcami. Ale coś mi się wydaje, że pani sama uczyła się odbijać palcami, bo chciała pani robić jak najwięcej na boisku.
– Coś w tym jest. Nie pamiętam specjalnych ćwiczeń na odbieranie palcami. Chyba przyjmowałam sobie sama sposobem górnym. A kiedy trenerka Solska zobaczyła, że to daje niezłe efekty – częściej kazała mi to robić na zajęciach.
– A przygotowanie gimnastyczne pani ma? Pokazuje pani sporo, niekiedy ekwilibrystycznych, parad w obronie.
– To po prostu wielka chęć podbicia piłki (śmiech).
– Mogę mieć jeszcze większą chęć, ale nie dałbym rady w tym czasie kroku zrobić…
– Prawdę mówiąc, miałam dwuletnią przygodę z gimnastyką artystyczną, w szkole podstawowej, na SKS-ie. Zapisałam się, żeby wszystkie emocje wynieść z domu. Ale zlikwidowali tę grupę i zaczęłam chodzić na siatkówkę. Nie wiem, czy nauczyłam się na tej gimnastyce czegoś, co zostało mi do dzisiaj? Raczej nie.
– Z innej beczki. Zrobiła pani licencjat z pielęgniarstwa na PWSZ w Krośnie, w Krakowie chciała pani skończyć studia magisterskie.
– Chciałam kontynuować, ale nie było mi to dane. Jestem na studiach magisterskich, na zarządzaniu, na Uniwersytecie Ekonomicznym. Trudny dosyć ten kierunek…
– A co z tamtym? I w ogóle – z wyuczonym zawodem? Zostanie pani siostrą Lucyną? Wzbudza pani zaufanie jako pielęgniarka.
– Miło mi bardzo, dziękuję. Chciałabym pracować w tym zawodzie w przyszłości, wcześniej dużo mi dawał! Polubiłam to; odkąd skończyłam licencjat, strasznie tęsknię za zajęciami w szpitalu, za pacjentami. Mam nadzieję, że uda się kiedyś podjąć tę pracę, bo uprawnienia do niej mam dzięki licencjatowi.
– Kiedy? Bo coś mi się wydaje, że teraz marzy pani jednak o osiągnięciu sukcesów w siatkówce.
– I to jest problem największy. Będę jeszcze w tym roku próbowała zdawać na pielęgniarstwo, na studia magisterskie, ale muszę się przygotować, bo testy są bardzo ciężkie. Zwłaszcza, że mam już prawie dwa lata przerwy i trochę rzeczy zapomniałam, uleciały z głowy. Chciałabym mieć tytuł, wyższe wykształcenie. A ze sportem, o ile zdrowie pozwoli…
– A konkretnie?
– O marzeniach nie będę mówić głośno, bo się nie spełnią (śmiech). Chciałabym robić cały czas postępy. I jeśli byłaby szansa zagrać w ekstraklasie, to z otwartymi rękami bym przyjęła wszelkie propozycje.
– Sądzę, że takie propozycje za jakiś czas się pojawią. Ale można nie czekać na nie, tylko wziąć to sobie samemu. Awansując z obecną drużyną.
– Nooo, jest na to szansa! Mamy bardzo fajny zespół, z predyspozycjami do awansu, tylko trochę nierówno gramy. Jesteśmy w stanie walczyć nawet z Legionovią. Może być jak w ubiegłym sezonie, kiedy bałyśmy się Chemika Police, bo to bardzo zgrana drużyna, a trafiłyśmy właśnie na nią w play off i pokonałyśmy je… W tym roku możemy jeszcze więcej zdziałać.
Rozmawiał PAWEŁ FLESZAR

Skomentuj