Skandalista Kamil K.

Tekst ukazał się w „Magazynie Sportowym”, dodatku do „PS” z 20 grudnia 2002 r.

Jeeedziesz, Kosa! – piszczą rozemocjonowane fanki na trybunach stadionu Wisły. I Kamil Kosowski jedzie: jego rajdy lewą stroną boiska, podania, strzały są największym zagrożeniem dla bramki przeciwnika.

Nietrudno sobie wyobrazić, że po każdym z wielu udanych meczów utalentowany pomocnik może liczyć na przychylność nastoletnich entuzjastek futbolu. Rok temu, podczas mistrzowskiej fety, piłkarze Wisły składali kilku dziewczynom autografy na dekoltach. – O! To jest dobry temat – ożywia się Kami. – Dużo ludzi mówi mi o zainteresowaniu fanek, włącznie z żoną, z którą się rozwodzę. A nic takiego w życiu jeszcze nie miałem. Nie zdarzyło się, żeby jakaś dziewczyna zrywała ze mnie koszulę, krzycząc: Boże! Jaki ty jesteś piękny!?. Są tutaj wierne sympatyczki, zakochane w Wiśle, ale raczej nie we mnie, tylko w „Baszczu” i Arku Głowackim.

Sześć, siedem, żeby było normalnie

Z podań Kosowskiego korzystają partnerzy, otrzymujący często „na patelni” piłki „bramkowe”. Kiedyś Mirosław Szymkowiak rzucił żartem: „U nas prawa strona jest do zasuwania w obronie, a lewa do atakowania”. – Nie chrzań, „Szymek” – odpalił Kamil. – Gdybyś trafił, miałbym trzy asysty, a nie dwie.
Cudowne było podanie w niedawnym meczu w Gelsenkirchen, kiedy z zegarmistrzowską precyzją wrzucił piłkę za plecy obrońcom Schalke, idealnie w tempo nadbiegającemu Maciejowi Żurawskiemu, który z woleja zdobył prowadzenie dla Wisły.

Pierwszej asysty „Kosa” już nie pamięta. Kilku rzeczy w życiu jednak się nie zapomina, w tym – inicjacji alkoholowej. – Miałem szesnaście lat, w internacie urżnęliśmy się żubrówką – opowiada. – Była modna wtedy, droga, przez pewien czas zbieraliśmy na nią pieniądze. Siedzieliśmy we trzech w pokoju, nie smakowało nam, ale fajnie było, bo pierwszy raz.
Nie pija w domu, piwa nie lubi, jedynie białą Finlandię ze Spritem. – Mam mocną głowę, nigdy nie byłem tak pijany, żebym usnął, albo nic nie pamiętał – przekonuje. – Liczba drinków do przyjęcia? Mogłaby być szokująca dla normalnych ludzi. No dobrze: sześć, siedem, żeby było normalnie – dobra zabawa na dyskotece. Nie ma jednak mowy o imprezowaniu, gdy na drugi dzień rano jest trening lub po południu mecz.
Uwielbia taniec, lecz na dyskotekach czasem rodzą się problemy. – Zawsze tak było, że gdy chodziliśmy grupą, to tylko mnie chcieli bić. Nie wiem dlaczego; nie jestem wielkim podrywaczem, ugodowo podchodzę do ludzi. Nie potrafię walczyć, szybko biegam, więc wolę się poniżyć, lecz załatwić wszystko polubownie. Za kolegę bym poszedł, są też sprawy, których nie można puszczać bokiem, ale na szczęście jeszcze nie musiałem wymachiwać pięściami.

Przyjaźnią się ze spokojnym, wyciszonym Maćkiem Żurawskim, który zupełnie nie pasuje do rozgadanego, spontanicznego „Kosy”. – Może na zewnątrz tak się wydaje, ale jesteśmy spod jednego znaku, Panny, i znalazłbym dużo cech wspólnych – twierdzi Kamil. – Jedna Panna drugiej nie przegada, więc sporne tematy odpuszczamy. Mój ojciec tez jest spod Panny i teraz widzę, że charakter mam identyczny. Jeżeli ubzduram sobie coś w głowie, to dla mnie nie może być inaczej, nikt mi tego nie wytłumaczy. Mogę mu nawet przytaknąć, ale i tak swoje myślę.

Klimat Hollywood

Pod budynek klubowy podjeżdżają piłkarze Wisły. BMW Kosowskiego nie wyróżnia się spośród drogich samochodów. Strój – prawie zawsze. Skórzany płaszcz do kolan (albo czarny, w wielkie, białe łaty), fantazyjne koszule, często bardzo długie, wypuszczane na spodnie. Przez pewien czas paradował w butach na dziesięciocentymetrowych koturnach, innym razem z damską w stylu torebką.
Lubię rzeczy niekonwencjonalne, lubię się ubierać inaczej niż wszyscy, lubię mieć inny kolor butów. Wkładam rzeczy, które mi się podobają, nie muszą być markowe. Jeżeli podoba mi się ciuch z targu za dwadzieścia złotych, to go kupuję i w nim chodzę. I nie czuję się gorzej, niż człowiek ubrany w sklepie Bossa czy Armaniego, po wydaniu trzech tysięcy. Naprawdę. Wyróżniam się z tłumu? Nie jestem arogantem, to jest, tylko i wyłącznie, sprawa tych, którzy na mnie patrzą i robią ze mnie nie wiadomo kogo. W Hollywood ludzie mają konta napakowane milionami dolarów, a chodzą w podartych dżinsach i tenisówkach. Chciałbym, żeby taki klimat był w Polsce.

Nie gardzi drogimi rzeczami, gdy go nie stać, odkłada przez dwa miesiące. W butikach – ogląda, przymierza. – Miałem być dziewczyną – żartuje. – Tak mama mówiła. Kiedy gramy na wyjeździe, idziemy z Maćkiem „na sklepy” i – jak baby – zawsze musimy coś przynieść do hotelu.
Pod ubraniem chowa cztery tatuaże. Pierwszy powstał kilka lat temu. – Pomyślałem sobie, że zrobię tatuaż, poszedłem i zrobiłem – wzrusza ramionami. – Następne? Każdy człowiek, który ma tatuaż, powie to samo: „Gdy ma się jeden, na pewno będzie się chciało zrobić drugi”. Piłkarze mają przerwę co pół roku, można dobrze się zastanowić. Za pół roku znowu przerwa, kolejne postanowienie… Czy to boli? Niektórych tak, mnie nie. Jest do wytrzymania. Nie wiem, czy dadzą się usunąć, mam je na stałe.

Odruch bezwarunkowy

Słów nie przebiera jak ubrań („Nie gryzę się w język, mówię, co myślę. Za moje odważniejsze odpowiedzi, mówienie prawdy, też mi się obrywa„). Czynów tez nie kalkuluje. Rok temu w Splicie kopnął bez piłki zawodnika Hajduka, zobaczył czerwoną kartkę i nie mógł wystąpić w rewanżu i meczach z Interem. – Głupota, ale on stanął mi na gardło. To był odruch bezwarunkowy, w ogóle tego nie kontrolowałem.
Tuż po ostatnim meczu sezonu 2000/01 włożył koszulkę z prostym czterowierszem: „Cała Żyleta płacze/ mistrzostwa już nie zobaczę/ cała Legia żałuje/ CWKS to ch..e. – Nie zrobiłem tego specjalnie, żeby pokazywać przed kamerami, zresztą rachunki zostały wyrównane. Dwa mecze na Legii, bardzo obraźliwe transparenty pod moim adresem. Jeden mi się spodobał: „Kosowski z grodu Kraka, co dzień Legii szarpie ptaka”. Fajnie to wymyślili, ale poza tym chcieli mnie zabić, rzucali połówkami cegieł. Myślę, że dalej będą mnie nienawidzić. Tak musi być, nie będę nikogo przepraszał.

Co ciekawe, ma hobby niezbyt przystające do wizerunku rozpieranego energią 25-latka. W wolnych chwilach wędkuje, najczęściej z Marcinem Baszczyńskim. – Trzeba mieć świra na tym punkcie – twierdzi. – W dzieciństwie chodziliśmy z bratem nad staw, położony niedaleko mojego domu. Nawet było to przyjemne; kilka razy uciekaliśmy przed strażą miejską, bo tam nie można łowić. Zawsze jednak mówimy, że to jest „nasz” staw. Ryby tam biorą.
Trafiło się kilka ładnych sztuk, szczupaków, karpi. Największy – siedmiokilogramowy. Kamil czasami zabiera je do Ostrowca, częściej wypuszcza. – Nie zabiłbym ryby, nie wiem nawet jak się ucina jej głowę, a co dopiero, żeby wypatroszyć. Robią to rodzice, ja drapieżników nie jadam.

Kanapki prezesa Płoskonia

„Kosa nigdy nie trafił na swój kamień. – U każdego trenera miałem dobrze – mówi. Urodził się po lipcu 1977 roku, więc w Gwarku Zabrze grał z młodszymi. – Miałem niewiele ponad 150 centymetrów wzrostu, ważyłem niedużo – wspomina. – Wystarczy popatrzeć na stare mecze; nie wyglądałem wtedy jak zawodnik. Był jednak trener, Jan Żurek, który widział we mnie dobrego chłopaka. Wziął mnie do Górnika z Gwarka. W życiu się nie spodziewałem, że będę miał takie szczęście, zrobię karierę, bo sporo piłkarzy w Gwarku było dużo lepszych, przerastających mnie warunkami fizycznymi.

Trzy lata temu, po sfinalizowaniu transferu Kosowskiego, ówczesny prezes Górnika, Stanisław Płoskoń i ówczesny prezes Wisły, Stanisław Ziętek byli już mocno zmęczeni kilkugodzinnymi, zakrapianymi negocjacjami. Płoskoń z rozrzewnieniem klepał Ziętka po plecach: „Stasiu, zostawiam ci mojego syneczka, jeszcze się Wiśle przysłuży”.
– Był z nami całym sercem – potwierdza Kamil. – Gdy wygrywaliśmy, cieszył się jak dziecko, śpiewał i tańczył. Po porażkach zdarzało się, że rzucał dzbankami z herbatą. Przede wszystkim, miał słowo – kiedy podał rękę, obiecał, było to niezmienne. W klubie nie płacono regularnie, ale on był hojny. Komu by się dziecko nie rodziło, czy zawodnikowi, czy masażyście, Płoskoń zawsze był przy tym i dawał pieniądze na wózek. Miał swoich ulubieńców; dorzucał im na piwo, żeby zabierali całą drużynę. Po zwycięstwach przychodził do szatni, wyjmował z kieszeni „kanapki” banknotów: „Dziękuję, panowie, tutaj macie pieniążki”.
Gdyby w Górniku był taki sukces, jak tutaj, pewnie by zwariował z radości. W Wiśle jest profesjonalizm, dużo większe pieniądze, wypłacane na czas, ale nie ma tak rodzinnej atmosfery jak w Górniku. Wiadomo – bieda zbliża.

To nie koniec gry

Latem, gdy Canal+ obniżał klubom dotacje, dziennikarz spytał Kamila: – Obcięli ci kontrakt?
– Mam tak mało, że nawet nie mieliby z czego – odparł bez namysłu.
O pieniądzach mówi dużo i chętnie, nawet nie pytany bezpośrednio. Nie przysparza mu to popularności, zwłaszcza wśród działaczy Wisły. – Mam najniższy kontrakt w klubie – twierdzi. – Taki sobie wynegocjowałem trzy lata temu? Zgoda, wtedy to były dla mnie duże pieniądze. Później jednak poprawiłem swój poziom sportowy, Wisła występuje w pucharach, ja gram w niej dobrze. Na Zachodzie jest coś takiego, jak renegocjacje kontraktu, który powinien rosnąć razem z moją wartością boiskową.

Kasa zawsze się przydaje, można czasami wyskoczyć do kasyna… – Gram tylko w ruletkę, ale nie trwonię majątku, bo nie pozwalają mi na to zarobki. Podoba mi się atmosfera, emocje. Mam swoje cyferki, czasami było bardzo miło – powodzenie działa jak narkotyk – ale ogólnie wygrać w ruletkę się nie da.
Plotki jednak krążą: o sporych długach, o zakazie hazardu postawionym przez działaczy. – Dlaczego miałbym mieć szlaban? Równie dobrze mogliby mi zakazać chodzenia w butach na wysokim obcasie – ironizuje. – Długi? Nie są duże, zawsze pożyczam od dobrych znajomych, albo kolegów z drużyny, którzy by mnie nie naciskali, żebym oddał. Na pewno nie przyjedzie pod budynek klubu mafia, nie zabierze mnie do lasu, żeby tam zakopać. Bez przesady. Ludzie są jednak niereformowalni, będą mówić swoje. Tłumaczą się winni, ja nie zamierzam. Nie jestem psychicznie upośledzony albo słaby.

Tego nie kupisz

„Dziewczyny to u mnie w porządku, z wyjątkiem jednego wyjątku” – śpiewał Jonasz Kofta. Adriana to była dziewczyna niezwykła, Kamil zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, bez pamięci. Wzięli ślub. – Świata nie widziałem poza tą kobietą – zwierza się. – Może być najbrzydsza z pięciu dziewczyn, ale mnie spodoba się dziwny kolor oczu, albo krzywy nos. Adriana była dla mnie najpiękniejsza.
Jedną z metalowych obrączek, jakie nosi na palcach, dostał od pięcioletniego synka Aleksandra. Na plecach wytatuował sobie jego imię, lecz widywać nie może go zbyt często. W małżeństwie wszystko się popsuło, Olek mieszka w Zabrzu z mamą, „Kosa” w Krakowie wraca do pustego mieszkania. – Swoje przeszedłem, swoje wypłakałem. Przyzwyczaiłem się. Syna kocham ponad życie, nie ma o czym mówić. Nie lubię siedzieć w domu, chodzę tam tylko spać. Nie będę sam do końca życia, ale nie wiem, czy jest jeszcze szansa na tak wielką miłość, jaka była.

Rozłąka z synem się pogłębi, bo Kamil nie może doczekać się wyjazdu do klubu zagranicznego. Jego ciągłe wynurzenia na ten temat już denerwują wielu. Jeden z kibiców napisał: „W sprawie transferu Kosowski zachowuje się jak dziecko, czekające na przyjazd kolejki”. – Chciałbym zadać tym wszystkim, krytykującym mnie, pytanie – mówi „Kosa” z naciskiem. – Czy oni chodzą do swoich biur, fabryk, na osiem godzin, po to, żeby pośmiać się, czy czekają, żeby dziesiątego otrzymać wypłatę? A jak pracują dobrze, to całe życie chcą pozostać na dotychczasowym stanowisku, czy jednak liczą na awans? Chcę grac w jak najlepszym klubie i zarobić jak najwięcej. Jeżeli o czymś marzę, to właśnie o sukcesach w wielkim klubie. Za pieniądze nie można tego kupić. W jakim klubie? Barcelonie! – kończy z błyskiem w oczach.

Morale poszło do góry

Kilka razy chcieli go wyrzucić z Gwarka. – Nie podobało mi się coś w drużynie, albo w szkole, to wsiadałem w pociąg i jechałem do domu, do Ostrowca – wspomina. – To był cały mój charakter. Początkowo nie za mocny, ale właśnie tam się kształtował. Przekonali mnie rodzice: ojciec chciał, żebym pojechał do internatu, trochę się życia nauczył. Nie byli zamożni, ale wszystkie odłożone pieniądze przeznaczali na opłaty za mnie. Bardzo się cieszą z moich osiągnięć, ale gdyby się nie udało, też nie mieliby tego za złe.

Lata po opuszczeniu internatu też tworzyły osobowość. Nie oglądał tego Marcin Kuźba, kumpel z Gwarka, który latem przyszedł do Wisły. „Kamil się bardzo zmienił” – mówi z zadumą zmieszaną ze zdziwieniem.
– Czasami żartuje, że jestem „soda” – śmieje się Kosowski. – Ale nie mówi tego złośliwie; Marcin to dobry człowiek, zawsze sympatyczny.
– Wiem, że wielu mnie nie lubi, wydaje im się, że jestem niedostępnym bufonem. Ci, którzy mnie znają, wiedzą jednak, że jestem w porządku. Trzy razy walczyłem z drużyną o mistrzostwo, zdobyliśmy wszystkie krajowe trofea. Morale poszło do góry. Jesteśmy zespołem inteligentnych ludzi, którzy wiedzą o co grają; poziom sportowy i intelektualny, wizerunek medialny, trzeba po prostu mieć.
PAWEŁ FLESZAR

Komentowanie zablokowane.