Skrzydłowy spod ręki Jegorowa

Tekst ukazał się w „Tempie” z 1 kwietnia 1993 r. Autor: Jan Frandofert.*

– Na Świętego Szczepana, skoro świt, zamiast na mszę wsadzili nas do samolotu i z dwoma przesiadkami wylądowaliśmy w Montrealu – opowiada o swej przygodzie życia jeden z najlepszych hokeistów polskich pierwszej połowy lat 70., olimpijczyk i blisko 200-krotny reprezentant, Józef Batkiewicz.
– Dziś to żadna atrakcja, polecieć za wielką wodę, ale wtedy było to marzenie, które szczególnie na Podhalu wysysało się z piersi matki. Dlatego, gdy ogłoszono na wiele miesięcy wcześniej, że polscy hokeiści zostali do Kanady zaproszeni, a polskie władze wyraziły zgodę, chodziłem jak zadżumiony, marzyłem, aby awansować do kadry.

Od tamtej wyprawy minęło 20 lat, ale w pamięci Batkiewicza zachowało się wiele wspomnień, niektóre obrazy, jak żywe, ma przed oczami. Próbuję skierować jego wynurzenia na sprawy sportowe, ale nie na wiele się to zdaje. Widać, że jeszcze teraz, po tylu latach jest zafascynowany Kanadą.
– Dzisiaj wydaje się to wszystko trochę śmieszne, ale wówczas wywoływało niemal skurcze oczu. W Vancouver wprowadzono nas do szybkobieżnej windy i zawieziono na taras wieżowca, skąd ujrzeliśmy pomarszczoną przestrzeń Oceanu Spokojnego. Proszę sobie wyobrazić ten kontrast z widokami dzieciństwa, gdy dzień w dzień mój wzrok zatrzymywał się na horyzoncie ostrych konturów Tatr… Tuż po Nowym Roku przyjechaliśmy do niewielkiej mieściny o dźwięcznej nazwie William Lake, rozlokowano nas w motelowych pokojach, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się z klimatyzacją. Kto niewłaściwie nacisnął przełączniki, ten z pokoju zrobił lodówkę. Ile było śmiechu… Bodaj stamtąd zrobiono nam wycieczkę szlakiem poszukiwaczy złota. Usłyszeliśmy wtedy niewiarygodne historie o smoku Oro-Boro z jeziora Dragon i wiele innych. A w okolicznym muzeum główną ekspozycję zajmował człowiek zwierzę, zwany Skaskatek. A pytam się, kto przed 20 laty widział w 6-tysięcznym mieście szpital, gdzie w pomieszczeniach dla chorych były nie tylko radia i szafki z książkami, ale i telewizory. Dla mnie atrakcją był taki fakt, że różnica czasu między miejscowościami wynosiła godzinę, a odległość między nimi nie przekraczała 80 kilometrów… Albo wycieczka do starodawnego fortu w North Bateford, gdzie były ślady walk z Indianami.

Józek pamięta, jak w Quesnell powitała hokeistów wyjeżdżających na lodową taflę muzyka organowa i jak z głośników wysłuchali życzeń, które przesłał im premier Kanady, Pierre Elliot Trudeau, ale nie może sobie przypomnieć, jaki wynik uzyskali z tamtejszym zespołem Kangaroo.
Polacy z trudem zremisowali 4:4, bo nie zdołali się jeszcze zaaklimatyzować. Natomiast całe tournee przyniosło im 5 zwycięstw, 3 remisy i 1 przegraną. A wyprawę kanadyjską trener Anatolij Jegorow potraktował jako formę przygotowań do nadchodzących mistrzostw świata w Helsinkach. Awans do grupy A wywalczyli biało-czerwoni w sezonie olimpijskim – 1972 r.
– Kiedy Jegorow zabierał nas na igrzyska do Sapporo, powtarzał w kółko, że to ważny, ale nie najważniejszy start. Dopiero turniej w Bukareszcie będzie miał najważniejsze znaczenie dla przyszłości polskiego hokeja. I tak też było! Na olimpiadzie wygraliśmy z Niemcami, co dało nam prawo występów w finałowej szóstce, w której jednak przegraliśmy wszystkie spotkania.
Sześć tygodni później stanęliśmy do gry o awans do grupy A. Trzy pierwsze mecze graliśmy z szybkością halnego, gromiąc Norwegów 9:1, Japończyków 11:1 i gospodarzy, Rumunów, 7:0. Czwarty mecz, z Jugosławią, wygraliśmy w dużo skromniejszych rozmiarach, 5:3.
Ale mało brakowało, abyśmy zakończyli na nim nasze występy. Wtedy bowiem doszło do tragicznego w skutkach wypadku Felka Góralczyka. W pewnym momencie miała być zmiana na tafli, lecz Felek straciwszy krążek postanowił go odzyskać, albo przynajmniej wybić szarżującemu na bramkę Kosyla Jugosłowianinowi. Trochę nieprzepisowy „szczupak” i rywal tracąc równowagę wpadł na Polaka. Piętka łyżwy trafiła Felka w oko i stało się. Gdy zobaczyliśmy krew, zostaliśmy sparaliżowani i po długiej przerwie, podczas której wyniesiono Felka z lodowiska i przewieziono do kliniki, nie mogliśmy dojść do równowagi. Usłyszałem czyjś głos, że zjeżdżamy do szatni i wtedy krzyknął Tadek Kacik: „Co, krwi nie widzieliście, na wojnie nie byliście?”. Dokończyliśmy mecz w nie najlepszych nastrojach, a czekały nas jeszcze dwa inne, z USA i NRD. Zespół był rozbity, a stawała przed nami długo wyczekiwana szansa powrotu do grupy A.

– Amerykanie chcieli nas wziąć na „duśduś”, zaatakować i trzymać przed bramką Kosyla. Ale od czego był trener: „Dacie się im? Boicie się?”. Wstąpił w nas bojowy duch, a że górale nadawali ton reprezentacji, więc zaskoczyliśmy Amerykanów. Przyjęliśmy walkę, lecz szukaliśmy rozwiązania nie w solówkach, tylko w podaniach krążka z kija na kij. I szybko prowadziliśmy 3:0. Jednak później i my przeżywaliśmy ciężkie chwile. Wytrzymaliśmy napór, Kosyl był wprost cudowny i wygraliśmy 6:5. A wydarzeniem było wysadzenie na bandę największego kozaka u rywali – Sarnera, przez naszego kapitana – Czachowskiego.
Wieczorem i przez noc lizaliśmy rany. Na drugi dzień graliśmy przeciwko Niemcom zza Odry. Mieli przewagę, bo graliśmy dwiema parami obrońców, a później dwoma atakami. I przeżyliśmy istną cenę strachu, bo początkowo przegrywaliśmy 0:2. Ale gdy Walek Ziętara i Tadek Kacik doprowadzili do wyrównania, zaczął się wściekły mecz. Przed końcem trzeciej tercji Wiesiek Tokarz strzelił na 3:2 i tak już do końca zostało. Główna w tym zasługa naszego bramkarza, Kosyla. Zwycięstwo oznaczało, że awansowaliśmy do grupy A i za rok wystąpimy w Moskwie.

Batkiewicz nie powiedział tego wprost, ale z jego opowieści wynika jednoznacznie, że ogromną zasługę w osiągnięciach naszej drużyny narodowej miał Rosjanin, Anatolij Jegorow.
– Tolo nie tylko wyzwolił w nas bojowość, ale wpoił grę kombinacyjną, zbliżoną do prezentowanej przez „Sborną”. Nie przejmował się zbytnio, co mówiło kierownictwo, o co dopominała się prasa, ale rozkładał nasze siły na mecze małe, średnie i wielkiej wagi. Wolno nam było przegrać z Rosjanami 0:20, aby tylko zrealizować pewne fragmenty taktyczne, ale na drugi dzień musieliśmy pokonać Amerykanów. Zresztą jeszcze w 1975 r. w Monachium i Duesseldorfie zwyciężyliśmy ich dwukrotnie, 5:3 i 5:2. I pozostaliśmy kolejny raz w gronie pierwszej szóstki, kiedy rok później – już bez Jegorowa – przegraliśmy z nimi, i to w Katowicach, 2:4!
– Ale z ZSRR było 6:4, co nie udało się nam nigdy wcześniej i później.
– Właśnie to było pyrrusowe zwycięstwo, które trener Jegorow zaliczyłby do niezbyt ważnych, bo jego celem było pozostanie w grupie A. Tymczasem w Katowicach Polacy, niestety, spadli do grupy B, choć nie powinni!

Ręczę panu – to znów Batkiewicz – że Jegorow nie dopuściłby, żeby bez jego zgody wyjeżdżali na lód zawodnicy, aby wymuszali na nim zmiany w decydujących, wręcz przełomowych momentach. A niestety tak było w Katowicach. Nie mówiąc już o tym, że ruski sędzia Dombrowskij nie pozwoliłby sobie wobec Jegorowa na krzywdzenie naszej drużyny.
– Tolo to był niewiarygodny facet. Czy pan wie, że w każdym konflikcie stawał po naszej stronie? Choć gdy trzeba było, to zmywał nam głowę. W reprezentacji wszyscy byli wierzący, chodziliśmy więc w niedzielę obowiązkowo na mszę świętą. I czy pan słyszał, żeby radziecki człowiek robił to samo? To nie były czasy odwilży, u nich rządził jeszcze Breżniew, a Tolo chodził z nami do kościoła. Wiedzieli o tym nasi kierownicy, wiedziała ambasada sowiecka, ale on im wyjaśnił, że trener musi być ze swoimi zawodnikami wszędzie. Jednak w Moskwie krzywo na to patrzono i wcześniej zażądano jego powrotu do ZSRR.
JAN FRANDOFERT

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, poruszające tematyką, niekiedy wręcz paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.