Słońce z medalu

Reportaż ukazał się w „Tempie” z 18 listopada 1989 r. Autor: Leszek Rafalski.*

Olimpijska noc 1968 r. W Krakowie, w ciasnym mieszkaniu ze ślepą kuchnią, siedzi wpatrzona w telewizor piękna blondynka, Zofia Szordykowska. Obok tylko 3-miesięczny syn Piotr. Na ekranie transmisja z Igrzysk w Meksyku. Finał biegu na 3000 m. Jeszcze 150 m… jeszcze tylko 50… Meta! Henryk Szordykowski, zawodnik krakowskiego Wawelu, na 7. miejscu.
Bohdan Tomaszewski, relacjonujący zawody, zaniepokojonym głosem prawie wykrzykuje:
Szordykowski pada na murawę, podbiegają sanitariusze, już leży na noszach, widzę obok dwóch lekarzy.
Na tym relacja się urywa. Następne godziny były dla Zofii jak koszmarny sen. Nie miała telefonu, by zadzwonić do TV i dowiedzieć, co się z mężem dzieje. Była absolutnie sama, w obcym sobie jeszcze mieście, bez przyjaciół, bez rodziny. Do rana nie zmrużyła oka, zmagając się ze złymi domysłami. Za tę noc zapłaciła całkowitą utratą pokarmu. Zapłaciło więc i dziecko.

Jeszcze przez następny dzień nie udało jej się zdobyć żadnej wiadomości, a jedynym dobrym sygnałem był brak złych wieści. Tymczasem Szordykowski leżał w szpitalu, gdzie po dwóch godzinach odzyskał przytomność. Właściwie stracił ją już około 100 metrów przed metą. Sam nie wie, jak w rozrywającym płuca, rozrzedzonym powietrzu dokończył ten bieg. Jakiś instynkt poza progiem świadomości doprowadził go do mety.
Tak jak ona nasłuchiwała wiadomości z Meksyku, tak i on pilnie wpatrywał się w teleksowe informacje z kraju. Wreszcie doczekał się i aż osłupiał z wrażenia. Na tablicy z depeszami przeczytał, że żona powiła mu córeczkę i że obie czują się dobrze. Koledzy żartowali, że tym samym pobił rekord świata, mając co trzy miesiące dziecko z jedną żoną.

Olimpiada w Meksyku była wstępem do pięknej kariery Henryka Szordykowskiego. 20 razy został mistrzem Polski, 4 razy halowym mistrzem Europy na 1500 m, 2 razy halowym mistrzem USA na 1 milę, wygrał biegi na 1500 i 5000 m podczas Pucharu Europy. W latach 1969-71 na listach rankingowych plasował się w trójce najlepszych na świecie średniodystansowców. Na bieżniach pokonał wszystkich wielkich rywali.
Następne Igrzyska w Monachium nie przyniosły mu medalu. Minął się z formą. Drogę do trzecich Igrzysk, w Montrealu, zagrodzili urzędnicy. Do wyznaczonego minimum zabrakło mu 0.1 s. I nikt nie uwzględnił, że im bliżej było olimpiady tym lepsze uzyskiwał rezultaty, bijąc nawet rekord Polski.
Przed Montralem znany krakowski malarz, Jan Salamon zaczął pracować nad portretem Szordykowskiego: biegacz w błękitnej koszuli, na dalszym planie blask olimpijskiego medalu. Ale gdy prysły nadzieje na start w igrzyskach, artysta zmienił nieco tło. Zamiast medalu pojawiła się słoneczna kula. Może to i lepiej – myślę sobie, patrząc na wiszący na ścianie obraz. Medal był symbolem jego marzeń, słońce bardziej oddaje charakter Szordykowskiego, jego optymizm i otwartość do ludzi.

Kończąc karierę w 1978 r. usłyszał od Tadeusza Ślusarskiego: – Heniek, ty się urodziłeś o 15 lat za wcześnie. Dopiero teraz zaczynają w sporcie płacić.
Ale nie żałował. Pieniądz nigdy nie był w jego życiu najważniejszą sprawą. Gdyby tęsknił do milionów, mógł podpisać kontrakt z zawodowym cyrkiem lekkoatletycznym w USA, do czego skwapliwie go namawiano. Za jeden podpis oferowano 50 tys. dolarów, diety i bilety lotnicze oraz ekstra premie za wyniki. Nie skorzystał też z krajowych ofert od bogatszych od Wawelu klubów. Nie dorobił się na sporcie. Dziś mieszka w skromnym, dwupokojowym mieszkaniu, wraz z żoną-pedagogiem i synem, byłym wicemistrzem juniorów w strzelaniu, ćwiczącym również karate i kulturystykę. Sprzedali również samochód, wyżej sobie ceniąc rowery i długie rodzinne spacery w okolicach Lasku Wolskiego.

Żegnając się z bieżnią, miał wiele kłopotów z samym sobą. 100 tysięcy przebiegniętych kilometrów, katorżnicze treningi jakie sobie narzucał (dziś żaden biegacz tak ostro nie ćwiczy), brak odnowy biologicznej, nie najlepsze odżywianie oraz ciągłe przedstartowe stresy mocno nadszarpnęły jego zdrowie.
– On tego panu nie powie, bo nigdy do nikogo nie ma pretensji – mówi pani Zofia. – Ale gdy będąc chory po zakończeniu kariery prosił by PKOL załatwił mu badania w RFN, za które sam chciał zapłacić, to całkowicie go zignorowano. Nikt się tym nie zajął.
Zbyt lubił sport, by od niego odejść. Został w klubie szkoleniowcem, zaczynając pracę od zajęć z dziećmi ze szkoły podstawowej. Przez prawie trzy lata codziennie dojeżdżał autobusem do Proszowic, by tam dziatki uczyć sportowego abecadła.
Gdy był mistrzem, 20 tys. ludzi w hali Madison Square Garden skandowało „Szordy, Szordy…”. Ogłuszały go oklaski. Rodacy po biegach znosili go na rękach, odwiedzał gwiazdy ekranu, spotkał się z prezydentem USA, Lyndonem Johnsonem. Był na pierwszych stronach gazet. Kiedyś przed biegiem o mistrzostwo USA w trakcie wielkiego show, na pytanie dziennikarza, co jada, odparł wesoło: „Wszystko, oprócz jeży”. Na drugi dzień ta odpowiedź była głównym tytułem w miejscowej gazecie. Zaznał smaku sławy.
I nagle z tego wielkiego, kolorowego świata przesiadł się do brudnego autobusu do Proszowic, pełnego przekupek wiozących swe tobołki na targ.

– Człowiek w każdej sytuacji musi szukać pozytywnych bodźców do życia – mówi. – W Proszowicach odnalazłem radość odkrywania talentów i przekonałem się, że nie ma dzieci niezdolnych do sportu. Jedne mają predyspozycje do biegu, inne do skakania, do rzutów lub gier. A ci, którym los poskąpił talentu często pracą potrafili zdolniejszych wyprzedzić. Gdyby nie kłopoty ze zdrowiem, chętnie wróciłbym w teren, by pracować z najmłodszymi. U nich dostrzegam to, co dodawało blasku naszym treningom, jakąś iskrę polotu i fantazji, której brakuje wielu współczesnym zawodnikom zapatrzonym tylko w pieniądze.
Potem przeszedł wszystkie szczeble pracy z młodzieżą aż dotarł do seniorów. Ponadto od roku społecznie opiekuje się kadra średniodystansowców.
Wierny klubowi, wierny miastu. Kraków zawładnął nim do końca, chociaż trafił tu tylko przez przypadek. Być może w innym mieście, nie tak skażonym i zatrutym, więcej by osiągnął, ale w żadnym innym miejscu na ziemi nie mógłby wracając z zawodów wstąpić do przyjaciół z „Piwnicy pod Baranami” i w śmiechu zatopić się do rana. Piotrowi Skrzyneckiemu podarował kiedyś swój olimpijski kapelusz, a Skrzynecki z kolei tak polubił jego synka, że w wieku 8 lat ogłosił go honorowym członkiem „Piwnicy” i dla niego założył specjalny „Klub pod Mrówką”. Tak się u Szordykowskiego wielki sport z kabaretem przeplatał.

A przecież to wszystko wisiało na włosku. Urodził się w Iłowie, u schyłku wojny, w piwnicy, do której Niemcy uciekając rzucili granaty. Cudem ocalał. Cudem też przeżył kilka miesięcy później swoją śmierć kliniczną. Mógł też z matką wyjechać do Anglii, gdzie jego ojciec, nauczyciel z zawodu, pracował w 1944 r. przy obsłudze RAF. Ale ojciec uznał, że w Polsce jest ich miejsce i wrócił.
Przypadek sprawił, że jeszcze żyje. Przypadkiem tez dopiero w wieku 20 lat trafił do lekkoatletyki, gdy jako nieznany nikomu żołnierz uzyskał na sprawdzianie tak doskonały czas, że instruktor podejrzewał, iż stoper szwankuje.
Nie było za to przypadku w wyborze stylu życia, w hierarchii wartości jaką sobie ustanowił.
– Jedno tylko człowiek ma życie i dlatego jeden drugiemu zawsze powinien pomagać – mówi Szordykowski.
Wprawdzie wiele razy w życiu sparzył się na ludziach, ale swej zasadzie stara się być wierny. Bardzo ceni sobie życie rodzinne, wychowywanie syna, wspólne wycieczki za miasto.
Zofia Szordykowska dodaje:
Nauczyliśmy się liczyć tylko na siebie, stąd tyle w nas optymizmu. Staramy się znajdować czas na poznawanie przyrody, na wyciszanie się w górach i w lesie. Kontakty z naturą dodają nam sił, które miasto i codzienny zgiełk zabierają. Nie tęsknimy do samochodu, niczego nikomu nie zazdrościmy. Może niektórzy już nie wierzą, że można tak żyć.
Tylko pamiątki, kalendarz Azteków, dzwon filadelfijski i bogactwo pucharów przypominają, że mistrz finiszu Henryk Szordykowski podbijał kiedyś świat.
LESZEK RAFALSKI

* To kolejna pozycja działu, w którym przedstawiane są archiwalne artykuły z krakowskiego dziennika sportowego „Tempo”, które nie istniały dotąd w formie elektronicznej. W dobie, kiedy – zwłaszcza w internecie – o sporcie często piszą ludzie bez umiejętności dziennikarskich, a niekiedy nawet pozbawieni elementarnej znajomości poprawnej polszczyzny, warto ocalić od zapomnienia teksty z przeciwnego krańca skali. Teksty o niezwykle wysokim poziomie warsztatowym, paraliterackie, z gazety, w której najwyżej ceniony był najszlachetniejszy gatunek dziennikarski – reportaż.
Ukazywać się tutaj będą się teksty z „Tempa” z kilkunastu lat, do 1998 r.

Paweł Fleszar

Komentowanie zablokowane.